piątek, 17 stycznia 2014

DO MORE OF WHAT MAKES YOU HAPPY

Czy zrobiliście noworoczne postanowienia? Można by powiedzieć, ale po co? Skoro większości i tak nie jesteśmy w stanie zrealizować, albo poddajemy się już pod koniec stycznia. Otóż moja lista w tym roku ma aż 20 punktów, niektóre bardzo mobilizujące jak nauka słówek, inne są kwestią wolnego czasu, chęci i nadwyżki dolarów na koncie. Zatem wiele jest do zrealizowania, kilka już umarło na starcie. Ale nowy rok nowe wyzwania. Żeby zaczęło się pięknie i w turkusowych kolorach, poleciałam na 4 dni na Malediwy. Odwiedziłam trzy różne, boskie, zniewalające wyspy, i jak zwykle się spiekłam mimo nacierania kremami z filtrem. Widoki z każdej strony są tak niewiarygodne, że leżąc na białym piasku, zastanawiałam się jak to jest możliwe, że są takie miejsca na ziemi. Plażing, smażing, opalażing pasuje do mojego czterodniowego wypoczynku znakomicie. Na dodatek przy odrobinie kombinowania, można spędzić parę dni w raju za mniej niż trzysta dolarów ( nie licząc przelotu), ale to już pozostawiam w tajemnicy.


Święta w domu minęły bardzo przyjemnie. Nasze śpiewanie kolęd roznosiło się po całym osiedlu przy dźwiękach skrzypiec (oczywiście), i mimo że domownicy lekko fałszowali, było niezwykle magicznie. Stół uginał się od wigilijnych specjałów, teraz ugina się moja łazienkowa waga, bo jednak w "cycki" nie poszło. W pracy spokojnie, dużo wolnego, mało lotów, ale w zupełności mi to odpowiada. Pasażerowie na locie do Waszyngtonu zajadali się lodami i jeśli się przez 15 godzin nimi najedli to alleluja. Z serii "głupota na pokładzie" koleżanka z kraju na I. zobaczyła śnieg, który niczym lawina zsunął się z dachu samolotu i spadł prosto do "rękawa" łączącego wejście na terminal z drzwiami samolotu. Dobrze, że akurat nikt nie przechodził, bo można było z tej zaspy ulepić bałwana. Na widok białej zaspy zostawiła wszystko i ruszyła w stronę otwartych drzwi, od których miałam już gęsią skórkę i w myślach odliczałam minuty do ich zamknięcia. Rozumiem, że w kraju na I. śnieg to nie codzienność, ale żeby pakować go do plastikowego niebieskiego kubka, celem zabrania do Doha. Moja cierpliwość sięgnęła zenitu, gdy mało tego, że trzeba było zajmować się jej pasażerami, bo ważniejszy był śnieg, to jeszcze wpakowała go do lodówki. Bez pomyślunku zupełnego, mówię meduzie wyciągaj ten brudny śnieg, bo będzie heca zaraz. Po pierwsze w lodóweczce gdzie wchodzi kilka butelek i dwa soki, nie ma miejsce na kubek śniegu, po drugie za godzinę stopnieje i do domu sobie go i tak nie zabierze. Fuknęła coś pod nosem i poszła z kubkiem do drzwi.

Lamentowania nie było końca, aż wreszcie samolot ruszył na ceremonie odmrażania, jedyne dwie godziny opóźnienia, bo nie jesteśmy jedyni w kolejce, a przed nami A380, który jak wiemy mały nie jest. Francuz przed nami dostał tyle obelg on naszych pasażerów, że jest za duży i przez niego nie zdążą na swoje połączenie do Bombaju, że prawie skończyły nam się szklanki tak im w gardłach zaschło od marudzenia. Przyszedł też Pan z końca samolotu zapytać o stan i samopoczucie jego kota który leci w cargo i jak mu tam jest. A potem jeszcze dzieci po ciastka, inni do toalety, a kiedy polecimy, a czy zdążymy, a czemu tak gorąco, a dlaczego tak długo, a czemu AirFrance a nie my pierwsi...po dwóch godzinach na ziemi maskarada się skończyła i z 300 osobową gromadką wściekłych pasażerów wzbiliśmy się w powietrze.

W Doha zima, czyli kurtka, szalik, no może nie rękawiczki, ale zimowe ubrania wyciągnęłam z walizki. Katarczycy też wyciągnęli kurtki, ale klapki zostały. I wygląda to przekomicznie, bo mają sine palce z zimna, ale pełnych butów nie założą.  Czasem popada deszcz, a kaloryfer w pokoju ratuje życie, gdy nie chce się wychodzić na te chłody. Żeby jednak do końca w domu nie siedzieć, poszłam na wystawę najbardziej kontrowersyjnego brytyjskiego artysty sztuki współczesnej - Damiena Hirsta. I tak jak za granicą czeka się w kolejce po bilet, tu kolejki nie ma a wejście jest bezpłatne. Grzechem byłoby nie skorzystać. Wystawa faktycznie powala na kolana, i na pewno nie każdy odwiedzi wszystkie pomieszczenia, choćby ze względu na walory estetyczne i możliwość nasilenia się mdłości. Niektóre instalacje są tak inne i dziwne, że jak to przy sztuce współczesnej, nasuwa się pytanie " ale o co chodzi"?. Gabloty z martwymi zwierzętami, i żarłacz tygrysi w formalinie robią wrażenie, ale to nic w porównaniu z wysadzaną diamentami czaszką, która w 2007 roku została sprzedana za 100 mln dolarów. Czaszkę można sobie oglądać długo i dokładnie, a obsługa wystawy jak zwykle bawi się telefonem.


sobota, 7 grudnia 2013

HALO HALO

Nie taki diabeł straszny jak go malują, owszem na moim locie vipowskim był CEO, ale nie ode mnie tylko z OneWorld. Kamień z serca, bo tyle maili wysłali jakby miał to być najważniejszy lot w moim życiu. Panowie byli mili, niezainteresowani ani, ani, tym co się działo na pokładzie. Mówiąc krótko, taka ich rozpiska dnia przemieścić się między Dubajem a Doha i wielkiego poruszenia nie było.

W czasie drugiego już w tym roku święta nazywanego Eid (czytane id) czyli święta ofiarowania i pielgrzymki do Mekki, po długich obietnicach i marudzeniu, wreszcie odwiedził mnie mój tato. Pięć dni spędziliśmy na maksymalnych obrotach a przez to, że pół Kataru wyjechało na wakacje, nie było ani korków, ani złośliwości na drodze, był istny raj. Odkryłam piękną plażę, oddaloną od miasta około 100 km, gdzie śniadanie na kocyku smakuje niewyobrażalnie wspaniale. Jestem przygotowana jak na prawdziwy piknik z atrakcjami i bagażnikiem pełnym smakołyków. Teraz czekam na obniżkę sprzętu do grillowania i dmuchanych materacy, żeby można się było w pełni relaksować. Ale gadu, gadu materace i bajery, a przecież zima już przyszła, słońca jak na lekarstwo, owszem jest ciepło 24-28 stopni, ale na wycieczkę na plażę niekoniecznie. Zatem byle do wiosny, na początku lutego-marca powinno się robić cieplej. Tato wrócił oczarowany, tak więc pierwsza wizyta w Katarze zaliczona do udanych.


Ostatnio miałam dużo wolnego, wybrałam się do mojego ukochanego Omanu a następnie wyskoczyłam na 3 dni do Abu Dhabi odwiedzić koleżankę. Oman zachwycił mnie nie pierwszy raz, a na dodatek załapałam się na National Day. Co prawda nie jest obchodzony tak hucznie jak w Katarze czy Dubaju, ale klimat gór, zieleni i czystości godnej pozazdroszczenia pozostaje na długo w pamięci. Odwiedziłam restaurację poleconą mi kiedyś przez Stefana i niech mi się ktoś waży tam nie zaglądnąć podczas wizyty w Omanie http://www.kargeencaffe.com/en/ bez tego wyjazd jest jak to mój dziadek mawiał "rosół bez oków". W Abu Dhabi nie mogłyśmy się nagadać. trochę czasu upłynęło od naszego ostatniego spotkania, ale przyjaźń nie ulatnia się z dnia na dzień. To strasznie miłe, mieć kogoś z kim się nie widzi przez długie miesiące i nadal ma się milion tematów do poruszenia.



piątek, 25 października 2013

FIG - PIG

Plusem posiadania samochodu jest to, że można swobodnie i o każdej porze gdzieś wyruszyć. Moją ulubioną wycieczką, jest przejażdżka na drugą stronę ulicy do supermarketu. No dobra można by się przespacerować, szczególnie, że w Katarze już zima - czyli chłodniej ale nadal gorąco w ciągu dnia, ale jak już się rozpędzę z kupowaniem co mi się jeszcze przypomni..to nie doniosę. Więc prosta sprawa - jadę autem. Przejazd zajmuje mi dłużej, niż przedreptanie z laczka bo muszę objechać, zawrócić i dopiero jak hiena polować na miejsce parkingowe, bo wystarczy, że czekając na miejsce ktoś wyjedzie w inną stronę i "bęc" już ktoś mi tam wjedzie, nie patrząć na to, że ja czekam z włączonym migaczem. Awantura gwarantowana. Na nic się zdają nerwy, bo tu panuje prawo dżungli, trzeba szukać nowego miejsca. W końcu mam, z piskiem opon wjeżdżam, żeby na pewno nikt sobie na ten kawałek zębów nie ostrzył.

Nie dodałam, że jest przed ósmą w sklepie panowie w uniformach przebierają popsute pomidory i dokładają nowe warzywa i owoce. Znam trasę mojego objazdu wózkiem tak dobrze, że mogli by zgasić światło a i tak bym kupiła wszystko co potrzebuję. Wrzucam kluczyki, plastikową kartę i szmacianą torbę na zakupy do mini wózka i szusuję między regałami. Pierwszy punkt - bagietki, bo idę o zakład, że jeszcze nie gotowe. Czuję się jak u siebie bo pan od pieczywa krzyczy z końca "dzień dobry madam - bagietki jeszcze nie gotowe - 15 min madam" no dobra, mam czas na resztę zakupów. Dojeżdżam do działu owoce - pakuję banany, brzoskwinie, padam na zawał przy dziale z borówkami i stwiedzam, że przeżyję bez nich bo cena powala. Szukam fig na koktajl alewidzę brzoskwinie, cytrusy, banany, mango - fig brak. Pytam przebierającego w pomidorach pana z obsługi "do u have fig" -pig??? odpowiada. Nie pig tylko fig, taki owoc...aaa.."no madam mefi fig" no i po koktajlu.

Gorące pachnące bagietki dowiozłam do domciu. Zjadłam śniadanie z moją nową-starą współlokatorką. Nie pamiętam czy pisałam, że czekoladowa wreszcie się wyprowadziła i powróciła do mnie moja kochana Ukrainka. Zamieszania było sporo, załatwiania jeszcze więcej, i co wydawało się niemożliwe stało się realne. Znowu mieszkamy razem i wreszcie nikt nie trzaska drzwiami i nie ma problemu, że ktoś mnie odwiedza.

Dostałam też maila w związku z wielkim wydarzeniem, które szykuje się już za parę dni. A mianowicie przystępujemy do OneWorld i nie wiem czy się bardziej cieszyć czy płakać, zostałam przydzielona do obsługi lotu do Dubaju z naszym szefem na czele i super vipami, którzy przylecą do Doha na ineagurację. Mam nadzieję, że nie zemdleję albo nie poleję nikogo arabską kawą. Mogę się tylko domyślać co tam się będzie działo. Ćwiczę uśmiech numer pięć i przyszywam guziki, żeby z wrażenia nie poodpadały.

piątek, 4 października 2013

CISOWIANKA


Woda jak woda, nic dziwnego by w tym nie było, gdyby nie fakt, że ta oto woda pojawiła się w klasie biznes na locie powrotnym z Ameryki. No taka radość mnie ogarnęła, że prawie wszystkim sugerowałam spróbowanie polskiej wody gazowanej. Cisowianka, ci-so-wian-ka powtarzałam, żeby nikt nie przeoczył faktu, że mamy na pokładzie polską butlę z bąbelkami.

Ci co mnie znają, wiedzą że często opisuję swoje doświadczenia i nie zawsze są one miłe. Tym razem miarka się przebrała po stronie dziennikarzy. Dostaję dużo maili, próśb i zapytań dotyczących pracy, mieszkania w Doha itd.itd na co zawsze odpisuję. Ostatnio napisał do mnie dziennikarz jednego z polskich miesięczników, aby udzielić odpowiedzi na kilka pytań, materiał dotyczył pracy w liniach lotniczych. Pytania rozbudowane jak kalkulator matematyczny, no ale dałam radę - odpowiedział najbardziej szczegółowo jak się dało i czekałam na przesłanie tekstu do akceptacji. Niestety poziom tekstu wystrzelił mnie w orbitę, i wyciągnięte z kontekstu zdania nie miały w ogóle odniesienia do tego o co pytał szanowny dziennikarz. Naniosłam poprawki, wysłałam i czekałam na odpowiedź, która owszem nadeszła z kilkudniowym opóźnieniem i żenującymi zmianami pojedynczych wyrazów. Tekstu nie zaakceptowałam.Była nieprzyjemna wymiana maili pod koniec - mam nauczkę na przyszłość.

Tydzień po incydencie z dziennikarzem nr 1 i kiedy moja bezgranicznej wiara w ludzi i ich umiejętności podupadła, otrzymuję maila od Pani niewiadomo skąd - wiadomo jednak, że jest dziennikarką, jak wynika z treści maila. Od razu przechodzi na "Ty" bo to chyba teraz modne i bez ładu i składu oznajmia, że przygotowuje materiał o pracy stewardessy. "Jeśli jesteś zainteresowana, czekam na kontakt". Odpisuję prosząc o dodatkowe informacje, po których będą mogła uznać czy jestem zainteresowana bądź nie. Jest odpowiedź! " Chodzi mi o informacje dotyczące szczegółów pracy stewardessy m.in. jakie warunki trzeba spełnić, żeby zostać stewardessą, czy to ciężka praca, na czym dokładnie polega i zarobki". Szczególnie zachwyciło mnie ostatnie pytanie - może powinnam też podać rozmiar buta i numer konta bankowego? No ale brniemy dalej w wymianie mailowej. Odpisuję i proszę o podobanie proponowanego wynagrodzenia za udzielenie informacji i odpowiedź na pytania. Znając już odpowiedź pana numer 1 - "w tej gazecie właściciele nie zapewniali wynagrodzeń dla naszych rozmówców. Dotyczyło to także znanych artystów, z którymi były przeprowadzane długie wywiady + duże zdjęcia okładkowe (m.in.Krzysztof Krawczyk, Czesław Mozil, Paweł Kukiz, Muniek Staszczyk i Tadeusz Drozda) spodziewałam się podobnej odpowiedzi. Oto ona: "Nie stosujemy takich praktyk, jeśli nie wchodzi w grę rozmowa "za darmo", to bardzo dziękuję za poświęcony mi czas i pomoc".

Za darmo umarło. Podziękowałam i uznałam, że na żadne maile tego typu nie będę więcej odpowiadać. Po ostatnich przejściach z pierwszym Panem i przewracaniem kota ogonem, robię sobie przerwę. Co za dużo to niezdrowo.

sobota, 7 września 2013

NOGAWICZKI

Wracając do Kataru miałam szczęście siedzieć koło Dżamala z Jordanii, którego serdecznie pozdrawiam. Nie pamiętam kiedy minął lot, bo całą drogę rozmawialiśmy na milion najróżniejszych tematów. Dżamal mówi bezbłędnie i obłędnie po polsku, więc już w ogóle byłam niesamowicie zaskoczona. Studiował, mieszkał, pracował w Polsce przez wiele lat i opowiadał jak to było jak przyjechał do Polski naście lat temu. Zimno, ponuro, nikogo nie znał, uczył się trudnego dla obcokrajowca języka i chciał sobie kupić skarpetki. Znał tylko słowo rękawiczki, a skarpetki po arabsku niestety nie brzmiały podobnie. Drogą skojarzeń poszedł do sklepu i powiedział "poproszę nogawiczki" strasznie mnie ta historia rozbawiła, bo w końcu skoro rękawiczki to dlaczego nie nogawiczki?

Sektor usług w Doha jest na poziomie -5 o czym wiemy nie od dziś. Nie raz spotkałam się z tym, że nie mogę czegoś załatwić, albo wręcz udaje mi się to niezwykle łatwo, bo zasady i logika tu właściwie nie istenieją. Na przykład wczoraj wybrałam się na masaż do pobliskiego hotelu. Rezerwację miałam na godzinę dziesiątą, przyszłam parę minut wcześniej. Kazano oczekiwać. Usiadłam na fotelu, przeglądałam kolorowe czasopisma..parę minut po dziesiątej przyszła Pani z kraju na F. i podała mi ankietę do wypełnienia. Co mnie boli, gdzie mnie boli, czy mam jakieś schorzenia, uczulenia itp. wypełniłam, no i dalej czekam. W końcu coś się ruszyło i weszłam do przebieralni, dostałam ręcznik i wskazano mi kabinę w której mam wziąć prysznic przez masażem. Deszczownica prysnęła, aż odskoczyłam wrzątek leci, kurki odpadają, za chwilę lodowata woda, no nie spłuczę się w takich warunkach. Po dziesiąciu minutach walki z prysznicem i temperaturą wody, ubrałam szlafrok i podreptałam w moim mokrych klapeczkach za Panią, pozostawiając ślady na podłodze. Była godzina 10:25 zaczynamy mój 1,5 godzinny relaksujący masaż z olejkami, fiku miku jak obiecał człowiek z którym telefonicznie umawiałam się na to niesamowite doznanie. Pani z kraju na F. chyba sama nie wiedziała co się dzieje, bo masaż nie przypominał niczego. Zła byłam już po kilku minutach, okryta ręcznikiem z basenu z poszarpanymi bokami i wyjątkowo nie znającą się na podstawach masażu Panią. Dobra zaraz znowu ktoś mi będzie mówił, że Ci ludzie mało zarabiają, że to ich jedyny dochód i że znowu wymyślam i wyolbrzymiam, ale otóż co było dalej. Pani wcierała olejek w stopy, następnie włosy i na końcu w moją twarz. Z olejkiem ze stóp na twarzy wyszłam do przebieralni po swoje bibeloty, patrzę na zegarek a tam 11:03. Myślę sobie hola, hola ktoś tu ma inne poczucie czasu, albo coś tu jest nie tak. Lekko zła wychodzę do recepcji i Pani z półuśmiechem podaje mi rachunek na prawie 400 złotych za 60 min.masażu. Oczom nie wierze. Pytam gdzie było to 60 minut bo chyba mamy źle zsynchronizowane zegarki? Pani z kraju na F. odpowiada "Meeeem jor apojment is et 10" Bez komentarza.

Wracając z Londynu na pokładzie VIPy w pierwszej klasie, plus dodatkowo kilka w biznesie, bo się w pierwszej nie wszyscy zmieścili. Ważne osobistości, a w dodatku bliscy znajomi, przyjaciele itd. naszego szefa. O zgrozo, lepiej nie popełnić żadnej gafy, bo będą ścinać głowy. Strach ma wielkie oczy, bo pasażerowie byli przesympatyczni, owszem wymagający, ale zupełnie normalni w porównaniu do naszych wyobrażeń opartych na innych lotach z VIPami. Wylądowaliśmy w Katarze, patrzę przez małe okrągłe okno, a tam w szeregu jak na szachownicy ustawiło się 12 BMW, które blokując pół lotniska oczekiwały na pasażerów z pierwszej klasy. Rzadko spotyka się taki widok. Owszem często pasażerowie wybierają opcję przejazdu BMW do samolotu a nie autobusem, ale czegoś takiego to ja jeszcze nie widziałam. "Świetną" organizacja trwała tak długo, że autobusy z biznes klasą nie mogły przejechać, bo BMW blokowały ruch. Taka sytuacja.

Na urlopie mogłam wreszcie trochę pokoncertować. Zabierałam moje skrzypce dosłownie wszędzie. Moje lekcje nie poszły w las a nawet załapałam sie na małą sesję zdjęciową u Jaśków. Nuty przyklejone taśmą klejącą do szybki, smyczek nasmarowany kalafonią i rozbrzmiały "Cztery pory roku" Vivaldiego. Dziękuję bardzo, bardzo było cudownie. Szykuję już repertuar na grudzień. Do zobaczenia!



niedziela, 25 sierpnia 2013

SAUNA

Skończyło się urlopowanie zaczęła się praca. I od razu z rozpędu się na locie rozchorowałam do tego stopnia, że widziałam podwozie samolotu klęcząc w toalecie. Na szczęście nie wezwali karetki, ale nie wiele brakowało, a kapitan odwiózł mnie do domu. Może się człowiek wykończyć gdy na zewnątrz taka wilgotność, że w saunie się człowiek tak nie wypoci jak my wczoraj na pokładzie. Cztery sektory do obsłużenia. Nie było gdzie szpilki włożyć, maksymalne obłożenie na wszystkich odcinach, VVIP, VIP, podjeżdżały białe BMW jeden za drugim. Na ostatnim rejsie zeszło ze mnie już powietrze i gadyby nie przełożony pokładu to bym padła z wycieńczenia. Fakt nie jadłam za dużo i nie piłam, wiem że trudno w to uwierzyć ale nie było czasu. Dwanaście godzin na nogach na maksymalnych obrotach, usiąść można było tylko na start i lądowanie i to tego ta temperatura, która jest nie do wytrzymania. W samolocie wyłączone zasilanie, więc nawet klimy nie było, pasażerowie wściekli, z nas się leje strumieniami, wyglądamy na trzecim locie jak szczury które wpadły do basenu. Na czwartym ostatnim odcinku podziękowałam i trzymając się blatów, żeby się nie przewrócić obsługiwałam kuchnię nie wychodząc już w takim stanie do kabiny. Zaczęło się słabo, dzisiaj odpoczywam, zgrywam zdjęcia z wakacji, nie czuję się jeszcze wspaniale więc dzisiaj będzie odpoczywanie.

Jest nowy grafik, dużo wolnego, szykuje się kilka ciekawych wyjazdów, ślub cywilny przyjaciółki w Dublinie i w przyszłym roku wesele w Meksyku - poszukję osoby towarzyszącej na kwiecień ktoś chętny?