Pokazywanie postów oznaczonych etykietą QATAR. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą QATAR. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 sierpnia 2016

VOUCHER

Nie mogłam się powstrzymać, żeby tego nie skomentować. Czego? Voucheru na posiłek, ciepło-słodko-gorzki. Pewnego dnia wyruszyłam na wycieczkę, odprawa, bilet, jak zwykle w biegu, przeskakują po dwa schodki, oby zdążyć. Podbiegając co kilka metrów, przeciskam się przez ludzi z wózeczkami, siateczkami, całym dobytkiem, którzy stoją jak święte krowy i blokują taśmę (dla tych last minute) czyli dla mnie.
-Przepraszam, przepraszam, przepraszam..
Przeciskania nie ma końca. W podskokach dobiegam do mojej bramki i z kropelkami na czole uświadamiam sobie, że boarding się jeszcze nie rozpoczął. Wracam ruchomymi schodami o piętro wyżej, aby wypełnić czas i zorientować się w nowościach MUST HAVE z duty free. Wracam po kilkunastu minutach, patrzę a przy bramce żywego ducha. O k...zamknęli mi bramkę, przez moje psikadełka.

Z zawałem serca i wypiekami na twarzy pytam obsługę naziemną, gdzie mój lot się zapodział. No i radość minęła - OPÓŹNIENIE. 4,5 godziny chodzenia tam i z powrotem, przymierzając wszystkie przecenione 50-70% okulary, nacierając się olejkami, kremami i błyszczykami z brokatem, ruszam na posiłek do restauracji wskazanej przez przemiłego Pana o szmaragdowych oczach. Głodna byłam już dość mocno, bo śniadanie pozostało tylko w sferze marzeń - więc wyobraziłam sobie bufet, pachnące pieczywo, kolorowe warzywa i owoce, jednym słowem raj. No i owszem był raj, ale nie dla tych z moich Voucherem. Pan w fikuśnej białej czapie wskazał na bufet po lewej, gdzie hmm..co tu dużo mówić, nie zdecydowałam się podjąć wyzwania i pokonać swoich leków. Sucha jajecznica, makaron z niczym, parówki, które pogodziły się ze swoim losem, ciastko i 4 ziemniaki. Czego chcieć więcej. Smacznego!


piątek, 17 czerwca 2016

ROWER


Mieszkając w Katarze już ponad pięć lat, wciąż wydaje mi się, że nic nie jest już w stanie mnie zaskoczyć. Haa..no i się pomyliłam. Przeoczyłam gdzieś fakt, że wszelakie usługi na katarskiej pustyni nie zawsze działają na poziomie jakiego się oczekuje. Jak dostać istnego szału wewnętrznego, który próbował wydostać się na zewnątrz i wystrzelić jak fajerwerki w sylwestra? Zapiszcie się na zajęcia "spinning" w hotelu Sharq Village w Doha - emocje gwarantowane.

Zaczęło się w grudniu. Wzięłam się ostro za moją mamę, aby chciała się więcej ruszać. Podniosła tyłek z kanapy i wzięła się za siebie. Nie chodzi tu tylko o efekty zewnętrzne, ale przede wszystkim o zdrowie. Młodsi nie będziemy, a po 50-tce, no hmm..chce się coraz mniej, a dupsko i cholesterol rośnie. Byłam jak egipskie muchy, które jak się raz przyczepią to już nie odpuszczą. Wręcz nękałam matulę codziennie, czy trening zaliczony, czy była, czy zrobiła Chodaka, czy nie kupowała śmieciowego jedzenia itd.

Można się było moją zdartą płytą naprawdę zadławić. Ale mamy pół roku za pasem i robimy podsumowanie co nastąpiło. Pani A. jest lżejsza o 8 kg, zmieniła nawyki żywieniowe, poprawiła o 180 stopni swoją kondycję fizyczną i zakochała się w rowerach. Rowery czyli Indoor Cycling prowadzone przez przesympatycznego instruktora Maćka, stały się wyznacznikiem tygodnia. Wszystko podporządkowane jest rowerom, od grafiku w pracy po spotkania z koleżankami. W drodze, na obiedzie, na spacerze od rana do nocy słyszę tylko Maciek i Maciek. Czy można dosłownie oszaleć na punkcie treningu na rowerach - można, Pani A.jest tego najlepszym przykładem.

Podczas krótkiego wypadu do domu, nie miałam nic do gadania i zostałam zapisana na "moje rowery". Nigdy wcześniej nie byłam na tego typu zajęciach, ale wiedziałam mniej więcej czego się spodziewać. Zajęcia były intensywne, prowadzone na najwyższym poziomie, nie było miejsca na kręcenie nosem. Maciek przygotowany do zajęć jak prawdziwy fachowiec, znawca tematu i widać z daleka, że doskonale zna się na tym co robi. Najfajniejsze jest to, że zaraża tym innych. Pozytywną energią, magnetycznym uśmiechem i niebywałymi zdolnościami aktorskimi. Można spokojnie wręczyć mu rowerowego Oskara.

Nie od razu załapałam bakcyla, ale spodobały mi się te "moje ukochane rowery" jak mówi Pani.A. Gotowa do działania znalazłam zajęcia w Doha, zapisałam się i pojechałam na pierwsze zajęcia. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że będę to też ostatnie zajęcie w tym miejscu. Ciśnienie mi skakało jak grzanki z tosterze, na miłość boską jak można wziąć gościa z ulicy i kazać mu pedałować? Tak, tak, dno i trzy metry mułu, ten człowiek nie miał zielonego pojęcia o zajęciach, które prowadził. Na całe szczęście nikomu nic się nie stało. Najgorsze jest to, że tania siła robocze wygrywa z profesjonalizmem i blokuje miejsce ludziom, którzy się na tym znają i wykonują swoją pracę z pasją.

Naładowana jak dzieci w oczekiwaniu na koniec roku szkolnego, nie dałam za wygraną. Obdzwoniłam hotele w Doha, w poszukiwaniu innych rowerów.
-hello, Im looking for spining classes, is it available at your fitness center?"
-Swimming madam?
-No, no, no - spinning not swimming.
-Swimming we have on Monday and...
-SPINNING!class I dont want to swim!
-Wait please. (słuchawka została podana innej osobie)

-Yes, hello? How can I help you?
- Hello, I would like to ask you If you have a spinning classes? Like you know, Indoor cycling, bikes..
-Aaaa..no Madam no have.

Świetnie,  po trzech próbach natrafiłam na Sheratona, nie jest w mojej okolicy, ale aż tak daleko to znowu nie jest. Dzwonie - są zajęcia, jest grafik, jest 25 rowerów jest konkret. Dzisiaj o 8:30 wyruszyłam na zajęcia, które były przezajebiste. Pani instruktor było spokojnie po 60-tce i dała nam taki wycisk, że kwiczałam w ostatnich minutach rowerowego szaleństwa. Było porządnie, tak jak to powinno wyglądać. Każdemu sprawdziła sprzęt, dopasowała siodełka, kierownice i cisnęła jak króliczki duracel. Tym sposobem znalazłam, wypełniacz skrzypiec, które na okres wakacji mają przerwę. Polecam gorąco!


sobota, 7 czerwca 2014

KAWA NA ŁAWĘ

Dostaję już maile z pogróżkami, gdzie jakiś nowy wpis. No to kawa na ławę. Zacznę jak zwykle od końca czyli rozpętało się piekło. Tak jak lubię słońce, wysoką temperaturę i szum klimatyzatora, to w tym roku drzwi szatana otworzyły się na oścież i temperatura poniżej 47 stopni w ciągu dnia nie spada. A to dopiero przedsmak piekielnych katuszy. Każdego roku zaskakują mnie te upały, chociaż wiem, że przyjdą i że będzie gorąco, do tego mam przecież czarny samochód, ale co roku jakbym odkrywała Amerykę, że ciepło, że już i że tak szybko. Zupełnie ominął mnie sezon basenowo-plażowy i teraz czekać trzeba do września, żeby na plaże z materacem dmuchanym wyskoczyć.

Jeśli o plaży mowa to wreszcie podjęłam wyzwanie "skalpel". Gdzie człowiek nie spojrzy wszędzie Chodakowska i Chodakowska, koleżanki ćwiczą i chwalą się rezultatami. Ale żebym ja się dała nabrać na ten FB funklub z motywacją w tle, jak można mieć piękne ciało wykonując serię na oko łatwych ćwiczeń, to minęły lata świetlne. No i pewnego dnia spotkałam się z Tysia i największą kierowniczką od ciast we Wrocławiu, która przekonała mnie, że ta cała Chodakowska jest warta zachodu i że powinnam spróbować. Ćwiczę! I jak Ewka obiecała, widać już pierwsze efekty. Przypominam trochę film odtwarzany w slow-motion bo podjadam ciasta, cukiereczki i nie odmawiam sobie niczego, bo takiego skalpela to ja sobie nie zafunduje, żeby wszystkiego odmawiać. No więc z małym oszustwem w tle, stopa flex i jadę dwadzieścia powtórzeń. Budzę się w nocy i powtarzam " pamiętaj, że Twoje ciało może więcej niż podpowiada Ci Twój umysł" - psychoza.

Katar wreszcie może pochwalić się nowym lotniskiem. Plusy - w porównaniu do starego ma same plusy. Minusy - nie uwolnimy się nigdy od autobusów, więc nie każdy będzie miał okazję wchodzić na pokład klimatyzowaną tubą, jak dla mnie ciemne, szaro-szare, mało światła, ale za to dużo wodnych akcentów z roślinkami. No i nie mogę ominąć gigantycznego żółtego misia z nocną lampką, wartego 6,8 milionów dolarów, po co? Do dyspozycji pasażerów komputery Apple Mac i z pewnością wiele więcej, ale będę odkrywać uroki lotniska przy okazji prywatnej podróży, bo w pracy nie mamy szansy wszystkiego zobaczyć.

Pod koniec maja poleciałam do Abu Dhabi na koncert Justina Timberlake'a. I jak jesteście w Polsce i nie macie biletów na sierpniowy koncert w Gdańsku, to jesteście placuchami. Było tak zajebiście, że uśmiech mam do teraz jak sobie pomyśle, co to były za emocje. Ha..większe były tylko przy kontroli paszportowej, kiedy mojej koleżanki nie wypuścili z Kataru ( brak pozwolenia na wyjazd z kraju ) i w ostatniej chwili podjęłam decyzję, że lecę sama. Hotel zapewniał autobus na koncert więc w wesołym busie poznałam ludzi z Dubaju, z którymi bawiliśmy się przy największych hitach Justina. Stadion du Arena wypełniło ponad 20 tysięcy ludzi w różnym wieku. Nie było napalonych nastolatek z plakatami, a w zamian międzynarodowy misz-masz narodowości, grupy przyjaciół, małżeństwa, pary i chłopcy bez koszulek. Gorąco było okrutnie, więc zanim pojawił się JT, wszyscy wyglądali jakby stali pod fontanną. Wreszcie się zaczęło - czapki z głów! Impreza światowego formatu, talent to jedno ale w połączeniu z przygotowaną choreografią, zespołem tancerzy, Tennessee Kids i wizualizacjami, które przyprawiały o zawroty głowy, można bez ogródek powiedzieć, że warto było czekać siedem lat na powrót niezaprzeczalnej gwiazdy na scenę muzyczną. Tłum bawił się w najlepsze, mimo rozmazanych makijaży i mokrych włosów - JT pozwolił sobie skomentować ten stan rzeczy i powiedział: "Hello Abu Dhabi! Let me just get this out the way. It is really f****** hot here. We can’t turn the air conditioning on in here?" Było bosko! Ale co ja wam będę mówić, Justin to Justin. I jakby to powiedziała moja kumpela.."stara nie obchodzą mnie teraz cudze dzieci, ząbkowanie, kto jaką kupę zrobił i jakie ich dzieci są piękne i wspaniałe, ja mam teraz problem czy jechać na Justina czy nie".


 A z plotek z pierwszej ręki..miałam na pokładzie znaną piosenkarkę, filigranową blondynkę - zgaduj zgadula...





niedziela, 13 kwietnia 2014

SPEKTAKL CYRKOWY

Brzmi fikuśnie? W innych okolicznościach napisałabym spektakl teatralny, ale problem w tym, że to nie teatr, tylko cyrk. Jak miałam kilka lat, parę razy w roku (mogę zmyślać) przyjeżdżał do K-K cyrk. To było dopiero wydarzenie. O niczym innym się w szkole nie mówiło, tylko o występach, klaunach, słoniach i strojach z cekinami. Auto z muzyką i ogłoszeniem przez megafon, że przyjechał cyrk, jeździło w tę i we w tę. No nie można było przejść obojętnie obok tego wydarzenia. Prawie jak samochód z lodami Family Frost, którego melodię zanucę w środku nocy wybudzona z głębokiego snu.

Impreza odbywała się w QNCC, zachęcam do wejścia na stronę z czystej ciekawości zobaczyć jak wygląda budynek "drzewo", który robi wrażenie nie tylko na przysłowiowym Kowalskim. Przyjeżdżamy o godzinę za wcześnie. Wyczuleni na korki wieczorową porą, nie możemy się nadziwić, że udało nam się przejechać pół miasta na zielonym świetle. Co tu robić? Objeżdżamy budynek parkingu, którego fasada zewnętrzna przypomina dobrej klasy hotel z projektu znanego architekta. Objeżdżamy kilka razy rondo, bo Stefan nie zdążył skręcić i już zaczęłam się robić bladozielona. Potem zaliczamy parking dla autobusów, bo też źle wjechaliśmy, aż wreszcie parking właściwy. Zabieramy ciepłe swetry, bo mimo że na zewnątrz już upały w środku będzie epoka lodowcowa zapewniona przez klimatyzację ustawioną na zamrażanie. Z parkingu zjeżdżamy ruchomymi schodami w dół, i znowu w dół aż znajdujemy się w ogromnym holu z kolorowymi sofami i przestrzenią przypominającą lotnisko. Widzę strzałkę nakazującą iść prosto, no to maszerujemy. Zaczynają się taśmy jak w kreskówce Jetsonowie i suniemy sobie powoli, bo minęło może dopiero z 10 min. Mijamy niewielkich rozmiarów mężczyznę z mopem i dyskutujemy o zniknięciu boeinga, którego historia staje się coraz bardziej niemożliwa do wyobrażenia. Schody w górę i po chyba dwóch kilometrach jesteśmy w drugim budynku. Wszystko się błyszczy, kolorowe neony, oświetlenie i obsługa z mini sklepikiem zawieszonym na szyi jak na meczach footballu w juesej. Patrzymy na zegarek - 45 min do rozpoczęcia przedstawienia, ruszamy więc na zwiedzanie.

Znowu schody ruchome, więc każdy ustawia się na innym torze i wjeżdżamy dumni jak prezesi Banku Polskiego. Przed nami kilka osób robi zdjęcia z gigantycznym pająkiem, który jak później doczytałam jest dziełem Louise Bourgeois. Wybitnej amerykańskiej rzeźbiarki, której 9 metrowa rzeźba "Matka" ze stali i marmuru, jest jedną z jej najbardziej znanych rzeźb. Oprócz oryginału artystka wykonała także 6 kopii z brązu, domyślam się, że nie stałam pod tym z marmuru należącym dzisiaj do Tate Britain. Ale pająk interesujący i naprawdę gigantyczny. Mijamy rzeźbę i jak w bajce ukazuje się przed nami prostokąt podzielony na kolorowe, migające kwadraty, które wyświetlają jakiś napis. Zaciekawieni podchodzimy bliżej, bo całość wygląda jak błyszcząca podłoga na którą trzeba stanąć i pod wpływem nacisku kwadrat zmieni kolor albo zacznie grać BackstreetBoys. Podchodzimy do krawędzi i miałam rację z tym, że trzeba stanąć, bo pod wpływem ciężaru kwadrat zalał się strumyczkiem wody i w jednej chwili zorientowaliśmy, że dyskotekowa płyta to nic innego tylko tafla wody. Idąc wzdłuż krawędzi  każdy kwadrat uruchamiał czujnik z wodą, dając nam zabawę na kolejne kilka minut.


Ale jeśli się wam wydaje, że już nic nie może nas bardziej zaskoczyć... Zaraz za migającym basenem znajduje się niepozorna kawiarenka. Podchodzimy, oglądamy, nic szczególnego, napoje, dwa batony i żywego ducha, aż tu nagle Stefan dostrzega ruchome schody. Patrzymy na siebie i jak w kreskówce startujemy, aż została za nami smuga kurzu. Ścigamy się kto pierwszy ten lepszy, bo to nie są takie zwykłe schody ruchome..one są kręcone! Wjeżdżamy z jednej strony, zjeżdżamy z drugiej, no jak dzieci. I jeszcze raz.


Dobra koniec zabawy, zostało około pół godziny do przedstawienia. Idziemy po przekąski, bo przecież bez nich się nie obejdzie. Odbieramy bilety, podając papierową kartkę potwierdzenia rezerwacji i udajemy się do stoiska z popcornem. Mija nas "pan popcorn" z wiadrem tego białego styropianu i wręcza mini kubeczek na spróbowanie. Degustujemy i zachwycona smakiem karmelu, koniecznie chcę taki sam kupić. Stajemy w kolejce i proszę o duży popcorn właśnie ten - karmelowy, którym przed chwilą zostałam poczęstowana. Trzy osoby zerkają na mnie zza lady, jakby zaczarowani, i mówią -"Madam ale nie można tego popcornu, tylko można ten solony kupić." Jak nie można - myślę, że żart i dociekam o co chodzi z tym popcornem. Otóż według sprzedawcy popcorn karmelowy można kupić dopiero po spektaklu, a solony można już teraz. Pytam czy z popcornem nie można wejść? Można, ale tylko z tym solonym...- A skąd ktoś będzie wiedział jaki ja mam popcorn w pudełku? - Ojjj..będą Madam, i ja mogę stracić pracę, takie zarządzenie i takie regulacje tu mamy. Jako jedyny sprzedawca popcornu w całym budynku, nie miał ani komu robić konkurencji, ani logicznego wytłumaczenia dlaczego solony tak a inny nie. Jak to Polak kombinuję, żeby jednak sprzedał mi ten karmelowy a ja sobie go przykryję tym solonym i wejdę. No ale podchodziło to już pod przestępstwo kryminalne. za które najprawdopodobniej skazano by mnie na wygnanie, a sprzedawcę wtrącono do lochu ze szczurami.

Kupuję pudło solonego, nie ma wyjścia. Mijamy kolejnego młodzieńca z wiaderkiem tym razem cukierkowym, kolorowym jak się później okazało niedobrym popcornem, którego też chciałam spróbować i byłam taka podekscytowana, że do mojej papierowej bryły ląduje na sam czubek kilka mini kubeczków tego przysmaku. Ha..no to zobaczymy co się stanie, a mianowicie, czy ktoś zwróci uwagę, że to inny popcorn niż solony. Nie da się nie zauważyć, że mam w kubełku tęczę kolorów, ale co mnie oczywiście nie zdziwiło, wchodzę jak gdyby nigdy nic. Marzenia o karmelowym popcornie przeszły, gdy zjadłam pół tony białych puszków i czułam jak mój organizm od razu zaczął produkcję skórki pomarańczowej.

Wreszcie się zaczyna. Siedzimy w najwyższym rzędzie, nie ma wyżej. Żałuję, że nie wzięłam teleskopu, bo scena jest jakby 4 pietra niżej. Tak nisko, że niektóre akrobacje a właściwie aktorzy znikali nam z pola widzenia. Główna część scenografii składała się z kilku poziomów, na najwyższym widzieliśmy już tylko buty artystów. No cóż, trzeba trochę ponarzekać, przynajmniej nie przepłaciliśmy jak inni siedzący niżej, bo tak samo guzik było widać, o czym się przekonaliśmy tuż po przerwie przesiadając się o kilka rzędów w dół. Występ czternastu młodych ludzi bez kręgosłupów, powalił na kolana. Niesamowite show, fantastyczna oprawa muzyczna, genialne akrobacje, aż niewiarygodne, że można w tak interesujący sposób połączyć cyrk, teatr i musical. Siedziałam oszołomiona każdym występem, czasem z sercem w gardle, czasem z niedowierzaniem, że można takie cuda wykonywać. Kanadyjski zespół Cirque Eloize ma też polskie akcenty. Jednym z wizjonerów spektakli, części dekoracji oraz głównym trenerem akrobatycznym jest Krzysztof Soroczyński. Od najmłodszych lat wierzył w swój talent, dziś jest jedną z ważniejszych postaci świata cyrku. Kto kiedykolwiek będzie miał okazję wybrać się na jeden ze spektakli cyrku Eloize, nie zastanawiajcie się ani minuty. To jest przedstawienia o krok dalej niż jesteśmy sobie w stanie wyobrazić - mistrz.



niedziela, 30 marca 2014

KARTY NA STÓŁ

Wypatrzyliśmy ostatnio nowe, inne, bardzo lokalne miejsce spotkań. Znudził się souk, znudziły się wygórowane cenowo restauracje i trawa w parku. Otóż całkiem przypadkiem, odwiedziliśmy (Gosia, Stefan i Ja) Caffe Halul - zdjęcie nie jest moje, pożyczone z sieci, żebyście widzieli mniej więcej o co chodzi.


Nasza nowa miejscówka, znajduje się przy targu rybnym i czasami można fiknąć od unoszących się w powietrzu zapachów. Pod wieczór cafeteria zapełnia się w błyskawicznym tempie i znalezienie wolnego stolika, jest jak szukanie kwatery w Zakopanem na dzień przed sylwestrem. Po piątkowym obiedzie, wyruszyliśmy na spacer. Cel - Caffe Halul, wg.aplikacji endomondo 20-30 minut drogi spalone kalorie, nie kwalifikują się nawet pod zjedzony deser. Idziemy na skróty, czyli dzielnicą gdzie w nocy strach się tam zgubić i gdzie przyjaciele z Pakistanu coś rozkminiają, a przynajmniej takie sprawiają wrażenie. Wzięłam aparat i wymyśliłam sobie, że zrealizuję projekt "100 twarzy" zaczynając od dzisiaj. Nie łatwe zadanie, bo nie wiem do końca jak moi sąsiedzi z dzielni zareagują na próbę zrobienia im zdjęcia. Ale raz kozie śmierć, mam Gosię i Stefana, więc czuję się pewniej i mam tenisówki, żeby w razie co uciekać.


Zaczynamy. Wychodzimy z budynku i już żałuję, że bolid został na parkingu podziemnym. Na własne życzenie, ryzykuję utratą życia, zdrowia i konfiskatę aparatu. Ale nie  ma żartów dziesięć metrów od budynku robię pierwsze podejście. Daleko stali więc się nie pytałam, ale nie grozili mi palcem i nawet się uśmiechnęli..hmm..no może nie będzie tak źle. Na skrzyżowaniu, gdzie nie ma zasad kto jedzie pierwszy, przebiegamy zygzakiem jak żmije na polanie, żeby nas jakiś człowiek ze szklanym okiem nie rozjechał. Trochę się ociągam i robię ogon, bo towarzystwo dopisuje i na dodatek pozwalają na zdjęcia, choć z lekką niepewnością na początku. Wyglądamy zabawnie, bo w Katarze takie spacery nie mają miejsca. A już tym bardziej po tak zacnej okolicy. Zaczynam się zastanawiać, kto jest dla kogo większą atrakcją. Stefan liczy kroki z aplikacją w telefonie, Gosia wypatruje osoby rozmawiające przez telefon, które mają chyba milion darmowych minut, bo gadają non stop. Wypatruję starszego pana w białym turbanie, z długą brodą ale jest za daleko, żeby zrobić ładne wyraźne zdjęcie, więc jestem niepocieszona.


Końca naszej drogi nie widać, a mi się nawet zaczęło podobać. Przeciskamy się między budynkami koloru pustyni, na balkonach walizki, ubrania, koce i rozwieszone pranie, na chodniku siedzą i dumają albo dzwonią mężczyźni, bo kobiet nie było na naszej trasie. Ani jednej. Jak się później okazało, nie tylko mi się spodobało robienie zdjęć. Psychologia tłumu zadziałała bezbłędnie i niektórzy nawet podbiegali, żeby im też koniecznie zrobić zdjęcie. Pozowali, poprawiali się, robili miny i pękali z dumy, każdemu modelowi pokazałam zrobione zdjęcie na wyświetlaczu w aparacie i wtedy pojawiał się bezcenny uśmiech i parada żółtych zębów. Po 1900 metrach wg.obliczeń Stefana natrafiliśmy na dwóch mężczyzn, którym mogłabym spokojnie dać 50, 70 a nawet 100 lat. Zmarszczki tego starszego pana tak mnie urzekły, że zdjęcie jest bezkonkurencyjne. Zrobiło się zamieszanie, doszło jeszcze dwóch ciekawskich, ustawiliśmy ich na murku obok kolegów, a Gosia zaangażowała hindusa z siatką zakupów do zrobienia wspólnego zdjęcia. Chłop miał przerażenie w oczach ale zdjęcie zrobił, z pomocą połowy osiedla, które z zaciekawieniem przyglądało się co się tam wyprawia. pstryk, pstryk pstryk już prawie jesteśmy na miejscu.


 Po dziurach, po piachu, po błocie, bo ostatnio była ulewa, z brudnymi stopami (kto w klapkach) dochodzimy do mini parku. Jedni leżą z telefonami, drudzy grają w piłkę a dzieci skaczą na placu zabaw. Dzień wolny na świeżym powietrzu trzeba wykorzystać z głową o tej porze roku, lada dzień nastanie gorąc piekielny i wtedy już tylko klimatyzacja 24h na dobę nas uratuje. Przebiegamy przez ruchliwą ulicę, narażając życie po raz drugi w ciągu pół godziny. Caffe już pęka w szwach a dopiero dochodzi 17-sta. Szukamy wolnego stołu, i chyba niekoniecznie ten który podsiedliśmy był dla nas przeznaczony, ale nikt nie powiedział słowa, więc zostajemy. Otwieramy plecak pełen gier i zabaw, bo nie powiedziałam najważniejszego...W krajach arabskich hazard jest niedozwolony, ale właśnie tam odbywają się partyjki w karty czy domino, a jak ktoś nie ma swojej talii czy klocków można zamówić i dostaje się nowiusieńką paczkę kart. Do tego wszystkiego pali się shiszę, pije herbatę z miętą i podjada bób. Gwar, zapach słodkiego dymu z fajki wodnej i skupienie w każdym ze stolików, tworzy klimat niezwykły, czujemy się jak u siebie, a pragnę dopowiedzieć, że jesteśmy jedynymi kobietami w tym miejscu i absolutnie nikt nie traktuje nas inaczej. Nie ma nieprzyjemnych spojrzeń, komentarzy, czy ogólnego oburzenia z zapytaniem - co my tam robimy. Wyciągamy rewelacyjną grę planszową pt. "kolejka" rozkładamy kolorowe karty i planszę na stole. Przygotowania chwilę trwają a w tym czasie pół knajpy zaczęła się zastanawiać co to za gra. Ciekawość wzięła górę, bo podchodzili, robili zdjęcia i pytali skąd ta gra. Wywołaliśmy poruszenie, a że kolejce towarzyszą niemałe emocje, jeden mężczyzna z Arabii Saudyjskiej przyglądał się jak gramy przez godzinę, o czym nam później powiedział i urządziliśmy sobie krótką pogawędkę. Tak minął piątek, święty dzień..wolny, słoneczny i pełen atrakcji.




poniedziałek, 8 lipca 2013

MAŁE SUKCESY

Każdy sukces cieszy, ten mały czasami bardziej od tych wielkich. Nie jest to wprawdzie artykuł w magazynie "Travel", ale ogromne zaskoczenie, że wydrukowali akurat moje! Trochę więcej się angażuję w różne akcje, i tym samym postanowiłam pisać do naszej wewnętrznej gazetki. Nie mają do niej dostępu osoby trzecie, tylko pracownicy firmy. Zamieszczam moje dwie gwiazdy z maja i lipca. Myślę nad kolejnym tematem...Jakieś propozycje? Może coś o Polsce? Każda forma promocji jest dobra:)


piątek, 28 czerwca 2013

JAK KRZYSZTOF KRAWCZYK

Dobra energia mnie ostatnio nie opuszcza. Dostałam przepiękny grafik na lipiec i tym samym będę dwa razy w Warszawie. Wreszcie się udało dostać ten lot, o który dosłownie jest walka na noże. Mam nadzieję, że pogoda będzie dopisywać. Do tego Wietnam, gdzie mam zamiar uszyć kilka sukienek, bo krawcowe, których jest zatrzęsienie robią to w jeden dzień i są w tym świetne. W Australii zostało mi jeszcze kilka miejsc do odwiedzenia, layover krótki, ale pasażerowie są najsympatyczniejsi ze wszystkich którzy podróżują z nami na różnych trasach. A do tego jacy przystojni...:)

W Katarze nastąpiło przekazanie władzy i mamy od paru dni nowego Emira. Już się od jakiegoś czasu do tego przygotowywano, aż rach ciach i jest. Co ciekawe, nie pierwszy raz przejęcie władzy nie wynika ze śmierci władcy, co jest dość niespotykane. No ale skoro Papież poszedł na emeryturę, to uznajmy że nasz Emir też, oddając fotel synowi.

Wielkimi krokami po raz kolejny zbliża się ramadan. Święto, które szczególnie w Zatoce Perskiej obchodzi się "na poważnie". Wszystko będzie pozamykane, nie będzie można pić, jeść w miejscach publicznych. Najlepiej na ten czas wyjechać albo siedzieć w domowym zaciszu, bo można się czasem zapomnieć. W hotelach na plaży będą zamknięte bary i też nie będzie się można napić nawet wody, dopiero w ukryciu w hotelu, żeby nikogo nie urazić. W pracy odbije się wszystko na serwisie, pasażerach i nie daj Bóg będziemy mieli pilotów, którzy poszczą i przez wiele godzin nic nie jedzą. Załoga będzie się migać od pracy, albo nie będzie chciała czegoś podać bo np. nie może dotykać alkoholu. No cyrk to mało powiedziane. Jeszcze się nie zaczęło, a już nie mogę doczekać się końca.

Jutro wybieram się do Chicago, spotkać z koleżanką z ogólniaka, której nie widziałam ho, ho, ho. Już się nie mogę doczekać. A do tego pierwszy raz w Chicago, więc jestem podekscytowana jak nigdy.

P.S nowy emir wygląda jak młody Krzysztof Krawczyk.



niedziela, 31 marca 2013

KOLACJA W CHMURACH

Ostatnio w Doha dużo się dzieje. Zaczynając od genialnego Food Festival po koncerty światowych gwiazd muzyki. Będąc na miejscu, takich okazji nie można przegapić. Festiwal jedzenia przyciągnął tłumy ludzi i o dziwo nawet wszystko było ładnie zorganizowane. Mówię o dziwo, bo Katarczycy mają zachwiane poczucie organizacji i najczęściej nikt nic nie wie, każdy mówi co innego i jest szatański chaos. A tu proszę, niespodzianka. Food Festival trwał cztery dni. Hotele i restauracje oferowały swoje specjały, od których można było dostać zawrotu głowy. Impreza miała miejsce w parku przy Muzeum Sztuki Islamskiej, gdzie rozstawione zostały namioty i najlepsi szefowie kuchni przygotowywali najróżniejsze dania.

Wstęp na festiwal jest darmowy. Dopiero gdy ma się ochotę czegoś spróbować trzeba nabyć kupony, dostępne w kilku wyznaczonych miejscach. Wtedy doliczana jest opłata dla organizatora w wysokości dziesięciu rijali. Ceny na stoiskach nie przekraczały dwudziestu rijali, więc można było spróbować kilku rzeczy na raz i jeszcze zostawić miejsce na deser. Wybór był naprawdę imponujący. Wybrałyśmy z ciocią Anią, kuchnię meksykańską i usiadłyśmy przy okrągłym stole przy filipińskiej rodzinie. Żar z nieba, bo lato już się zbliża wielkimi krokami, jedyny minus, że nie ma parasoli pod którymi można się na chwilę schować do cienia. Główną atrakcją pieszczącą kubki smakowe imprezy było "dine in the sky" czyli trzydaniowy zestaw kulinarnych wariacji, serwowany na wysokości 40 metrów nad ziemią. Siedem razy w ciągu dnia 22 odważnych, ma przyjemność dosłownie zasiąść w chmurach i oprócz doznać widokowych są też te smakowe, przygotowywane przez najlepszych kucharzy. Koszt obiadu w chmurach wynosił 500 rijali a bilety rozeszły się jak świeże pączki. Osobiście patrząc na dźwig, który podnosi platformę stolików na wysokość czterdziestu metrów, zrobiło mi się słabo i chyba bym tam ze strachu nic nie zjadła...ale pomysł uważam za bardzo interesujący.



wtorek, 12 marca 2013

NA ZIELONEJ TRAWCE


Mało jest miejsc, gdzie można wypoczywać na świeżym powietrzu. Do tego trzeba wziąć pod uwagę, że tylko w zimie, jest możliwość spacerowania, leżenia na plaży i biegania po "korniszu". W lecie o takich luksusach nawet się nie myśli, każdy kalkuluje najkrótszy możliwie czas spędzony w nieklimatyzowanym pomieszczeniu. Kto nie wierzy, że temperatura w lecie przekracza pięćdziesiąt stopni, niech przy rezerwacji biletu pamięta, żeby wybrać opcję z postojem w Doha i będzie mógł wyjść pozwiedzać. Uff..Aż mi się gorąco na samą myśl zrobiło.

Park który szczególnie lubię, znajduje się przy Muzeum Sztuki Islamskiej, a właściwie jest na jego terenie. Wstęp do parku jest możliwy tylko w godzinach, gdy muzeum otwarte jest dla zwiedzających. We wtorek pocałowałam bramę, bo zapomniałam, że akurat we wtorki wszystko zamknięte jest na cztery spusty. Na dwa dni przed lotem do Brazylii wpadłam na pomysł, żeby trochę się dotlenić i pojechałam do parku. Zaparkowałam czarną strzałę i z zamiarem czytania wrzuciłam książkę do torebki. Wzięłam pod pachę czarny szalik, który będzie imitował mój kocyk. W bagażniku była Gosi mata do jogi, ale nie będę tam festynu robiła. Park jest zielony i wyjątkowo pusty. Ogólnodostępne wi-fi przyda się później do sprawdzenia maili. Spacerkiem dochodzę do cypla przy wodzie, gdzie na kształt kopców kreta stworzono wzniesienia pokryte trawą. Stają się moim wymarzonym miejscem do leżenia. W parku jestem sama, nie licząc ogrodników którzy coś tam dłubią przy palmach i Pana z kawiarenki obok, który przeciera stoliki i podśpiewuje pod nosem.

Rozkładam szalik na górce i kładę torebkę pod głowę, tworząc idealny kąt do czytania. Słońce pięknie odbija się od tafli wody, a widok na fikuśne wieżowce i hotele po drugiej stronie zatoki jest zniewalający. Cisza, spokój tak to ja mogę wypoczywać. No i gdy sobie tak leżę i delektuję się ciszą, przychodzą do kawiarenki młode Katarki, które od razu wyciągają BlackBerry, Ipady i takie, takie. Plotkują, chichoczą i wybierają napoje z karty. Przyglądam im się chwilę spod słonecznych okularów i wracam do lektury. Po kilkunastu minutach kątem oka widzę, że dwie ubrane od stóp po głowę w czarną abbaję postacie, obwieszone biżuterią i spryskane perfumami, które unoszą się po całym parku, wdrapują się na "moją" górkę i najwyraźniej zmierzają w moją stronę. Błysnęły znaczki Louisa V. i Diora na torebkach i po chwili były już metr ode mnie.
- Cześć, możemy się koło Ciebie położyć?
- Cześć, jasne, że tak. - odpowiedziałam z takim zdziwieniem, jakbym była w ukrytej kamerze.
- Naprawdę możemy?
Młode Katarki ubrane i wyglądające jak milion dolarów, były jeszcze bardziej zaskoczone niż ja, bo chyba nie spodziewały się, że będą miały możliwość poleżeć na trawce w parku koło białej kobiety w tenisówkach, jeansach i książką w ręce.
- No, Tak! Zapraszam.
Jedna położyła się po mojej lewej a druga niczym sardynka w puszcze po prawej. I sobie leżymy. Śmiać mi się chciało, bo sytuacja wyglądała komicznie. Po chwili ta z lewej pyta:
- Jak masz na imie?
- Dominika - odpowiadam. - A Wy?
Imion niestety nie pamiętam, ale były równie arabskie jak moje towarzyszki.
- A co czytasz? - pyta druga.
Pokazałam okładkę mojego kryminału o księżniczce z lodu i wymyśliłam, coś na poczekaniu odchodząc od prawdziwej wersji morderstwa, dochodzenia itd.
- To my już idziemy.
I na trzy cztery wstały, otrzepały swoje piękne, czarne abbaje i pomachały na do widzenia.

Jeszcze przez kilka minut byłam otumaniona i rozbawiona sytuacją, bo nigdy wcześniej nic podobnego mi się nie przytrafiło. Nie licząc wycieczki do Aleksandrii, gdzie dosłownie wszyscy chcieli sobie zrobić ze mną i z moimi blond włosami zdjęcie. Do tego stopnia, że chodzili za mną z telefonami komórkowymi i nagrywali każdy mój krok, albo ustawiali się po cichu do zdjęcia i szybko pstrykali. Mogę się tylko domyślać, że koleżanki z kawiarenki na pewno zrobiły ukradkiem zdjęcie - szkoda, że nie wzięłam maila może bym miała ciekawą pamiątkę.

sobota, 1 grudnia 2012

KAPEĆ

Trzy dni na SBY, z którego mnie na dodatek nie ściągnęli, dał się odczuć z każdej strony. Bo ile można siedzieć w domu, gdy z góry było wiadomo, że mają mnie w nosie. Z 4 dni SBYja dostałam godzinny lot tam i powrót, na którym głupia kobieta z groomingu, czyli ta od sprawdzania naszego nienagannego, pięciogwiazdkowego wyglądu, znowu uznała, że moje paznokcie są odrobinkę pomarańczowe. Chyba złożę w Inglocie reklamację na najbardziej soczysty czerwony nr 21 jaki tam mają. No, a że ja nie potrafię trzymać języka za zębami, musiałam się z nią pokłócić. Durna, rumuńska, mała wieśniara. Nie sięga mi nawet do szyi a panoszy się jakby była matką wszystkich stefek. Kazała zmyć, moje czerwone paznokcie, zrobiła wykrzywioną minę i zignorowała moje pytanie. Co za baba... Koniec końców, musiałam iść na rozmowę twarzą w twarz do jej pokoju i podchodząc do swojej kumpelki dla odmiany Hinduski powiedziała: " Darling kan ju konfyrm det dys nejl polisz is orendż" - Hinduska jak kazało zapytanie, śpiewająco odpowiedziała - "Jes, jes it is". No i znowu niekt nie stanie po stranie mojej i moich czerwonych paznokci. Żeby już nie sprowadzać na siebie więcej kłopotów jak mam, oznajmiłam że nie będę więcej malować paznokci, bo ktoś ma kłopoty z odróżnianiem kolorów. Ukłoniłam się w pas i poszłam.

Wczoraj wieczorem zaprosiła mnie Monia, na niezapowiedziane lanie wosku, bo w końcu w Doha też należy sobie trochę powróżać. Zabrałam Alpa, który jest moim studentem i udzielam mu lekcji polskiego. Ma bardzo sympatyczną narzeczoną z Polski i chce trochę podszkolić swoje umiejętności. Bardzo miły i ułożony młodzieniec. W moim sbyjowym więzieniu musiałam koczować do 22 giej, więc 22:01 byłam już gotowa do odbicia karty i opuszczenia zakładu karnego. Wsiadłam do samochodu, zapaliłam światła, silnik i poczułam, że coś mi się krzywo siedzi a przód samochodu z lewej strony jakby opadł. To mogło znaczyć tylko jedno. Wysiadłam z samochodu i zobaczyłam kapcia, który o tej godzinie nie wróżył nic dobrego. No i co tu robić. Obok mojego domu, jest jakiś szemrany zakład samochodowy, więc pomyślałam, że chociaż tam powoli się dotoczę, nie uszkadzając koła. No i jak fryzjer ma otwarte do pierwszej w nocy, tak mechanicy o dziesiątej już byli w domu. Pięknie. Nie widziałam, co począć, Alp był w drodze a mi zależało na czasie, bo wosk stygnął i droga do Sławków daleka. Mężczyzna z białej toyoty, musiał zauważyć że mam minę jakby mi zdechł chomik i czym prędzej otworzyłam szybę, mówiąc " I need your help". Wyskoczył z samochodu jak z procy i od razu zaczęła się akcja reanimacja mojego koła.

Zadawał pytania, czy mam to i tamto, jakieś klucze, lewarki dżizys, jakbym ja to miała wiedzieć. Dobrze, że zapasowe koło było o które się martwiłam, że nie mam. Niestety klucz do odkręcenia śrubek w kole nie pasował, a po drugie go nie było i  Pan M. pożyczył mi swój. Przyjechał Alp wspólnymi siłami, udało się zmienić koło. Podałam chłopakom mokre chusteczki, żeby przetarli ubrudzone ręce, bo chociaż to miałam na stanie. No i teraz zadzieram kiecę i lecę do serwisu zmieniać koło, dopompować i umyć bolida, bo jest taki brudny, że wstyd wsiadać. Ostatnio trochę kropiło i kurz, który się już zebrał przeistoczył się w błotnistą maź, pokrywającą całe auto. Potem do biura, gdzie mam parę spraw do załatwienia i w końcu z urlopu z Wyspach Zielonego Przylądka, wraca Gosia. Już się nie mogę doczekać.

sobota, 24 listopada 2012

KOREANKA W KRAKOWIE

Nie uwierzycie. Ja do tej pory przecieram oczy ze zdziwienia. Przed lotem do Kalkuty z którą kojarzy mi się tylko Matka Teresa i cała otoczka Indii, które toną w górze śmieci, sprawdziłam załogę i system wyświetlił dwie Koreanki, Tajkę i dwie Hinduski. Tragedia Posejdona. Przyszłam na briefing trochę wcześniej, bo wyjątkowo nie było ruchu na drodze i busik dojechał bardzo szybko. Po kilkunastu minutach byłyśmy już w komplecie. Zaczęło się od autoprezentacji, czyli skąd się przybyło, jak długo pracuje się w firmie i jakimi językami się mówi. I pierwszy raz ktoś wyrwał mnie w butów. Pałeczkę przejmuje Koreanka i mówi "Hi, my name is Yu-Mi, Im from South Korea and I speak english, korean and POLISH". Zemdlałam. Myślałam, że źle słyszę, ale okazało się, że koleżanka YuMi zasuwa po polsku jak mały robot. Mieszkała rok w Krakowie i rok w stolicy. Uczyła się języka pięć lat w Korei, a potem na Jagiellońskim. Dacie wiarę?

Cały lot rozmawiałyśmy po polsku i nie mogłam się nadziwić, że tak świetnie mówi w naszym języku. Na pytanie co najbardziej podobało Ci się z Polsce, odpowiedziała bez zająknięcia - "tyskie". Potem dodała, że jadła też kiełbaski z niebieskiej nyski przy Hali Targowej i mnie kupiła. Zna wszystkie zakątki, smaki i tęskni za Polską. Powiedziała, że bardzo jej się podobało, tylko "chłopaki nie ładni". Miło było pogadać po polsku, w najmniej oczekiwanym momencie. Na dodatek z ostatnią osobą, którą bym mogła podejrzewać o znajomość jakże trudnego języka.

czwartek, 15 listopada 2012

BID PO STEKA

Czas do łóżka, mimo że godzina do spania nie zachęca. Dzisiaj nocny lot do RPA, a w samolocie nie ma możliwości regeneracji sił. A ja to od razu robię się śpiąca, jeszcze dobrze nie wystartujemy. Bidowałam RPA, żeby iść na pysznego, soczystego steka. Pomyślicie, że zwariowałam ale najlepsze mięcho, jest właśnie tam. Na drugim miejscu Brazylia, ale jak poszerzę swoje horyzonty, może ktoś przebije moich liderów sztuki kulinarnej. Aż mi ślinka cieknie, na samą myśl o jutrzejszej kolacji i winku. Tego mi na tą chwilę do szczęścia potrzeba.

Po powrocie z RPA, wybieram się z Ariadną do Omanu. Kupiłyśmy bilety u lokalnego taniego przewoźnika FlyDubai, i będziemy przez 3 dni podbijać kraj, o którym słyszy się same dobre rzeczy. Nieoficjalny, wybrany przez samego siebie na ochotnika, ambasador Polski w Omanie Michał, podpowiedział i podrzucił kilka propozycji hotelowych, jedzeniowych, shishowych i dzięki koziej zniżce, mamy wypożyczony samochód trochę taniej.

Podekscytowana jestem niemało. Aparat już się ładuje, 7kg bagażu jeszcze nie, ale to rozpracuję w swoim czasie. Nic dodać, nic ująć - czas gasić światło, zasłonić kurtynę w oknie i powiedzieć dobranoc. Relacja, zdjęcia i wrażenia z Omanu wkrótce.

środa, 24 października 2012

TYLKO DLA SZEJKÓW


Już jakiś czas temu intensywnie szukałam czegoś o wyścigach wielbłądów. Przyjeżdżając do Kataru, wiedziałam doskonale, że właśnie ten region słynie z jakże orientalnej tradycji i zamiłowania do tego sportu. Poszukiwania nie powiodły się, bo ani google ani lokalne serwisy informacyjne nie podawały żadnej informacji o możliwości udziału w takiej imprezie. Aż tu nagle, pewnego upalnego dnia, gdy smażyłam się na basenie u Sławków, moje uszy wyłapały informację, że jedziemy oglądać wyścigi wielbłądów około 30 km. od Dohy. Aż sobie podskoczyłam w duchu, naładowałam aparat i następnego dnia na trzy samochody, pojechaliśmy na spotkanie z przygodą.

Wyścigi to nie lada wydarzenie. Treningi zaczynają się na początku października, gdy temperatura jest już znośna, a zawody odbywają się przez kilka miesięcy. Gdy dojechaliśmy na miejsce, okazało się, że oprócz ciemnoskórego mężczyzny, który nawoził gnój i nawet bez otwierania okna można było "odjechać" z nadmiaru wiejskich zapachów, byliśmy jedynymi w tej okolicy. Nasunęło się pytanie, czy to już po zawodach, czy dopiero przed? Ten od nawozów krzyknął, że wyścig zaczyna się za dwie godziny, a my trzymając się za nosy zasmuciliśmy się i adrenalina trochę opadła. Nie tracąc czasu pojechaliśmy dalej autostradą do miasteczka Duhail. Jak się okazało jest jeszcze coś poza Dohą, a można odnieść wrażenie, że w Państwie o powierzchni województwa opolskiego nie ma już nic więcej. W Duhail jest publiczna plaża, na której arabskie rodziny rozbijają namioty, grillują i śmiecą, dlatego plaża jest bo jest, ale bez żadnych rewelacji. Można spokojnie paradować w bikini i niekoniecznie robi to na pozostałych wrażenie. Chłopcy moczyli się w słonej wodzie, ja plackiem łapałam promienie słońca, a dziewczyny siedziały na brzegu niczym syrenki i prezentowały swoje wdzięki. Ach..czego to morze nie wyrzuci...

Otrzepaliśmy stopy z piachu i wskoczyliśmy do samochodów. Nie obyło się bez wizyty w McDonaldzie i z wyrzutami sumienia, że znowu nas podkusiło pojechaliśmy w stronę toru wyścigowego. Zawody się już zaczęły, a stada wielbłądów poubierane w kolorowe narzuty, ślamazarnie podążały za swoimi opiekunami. Szczerze powiedziawszy wydawało mi się, że to będzie kilka wielbłądów na krzyż, a tam było ich zatrzęsienie. W oddali było widać tor i masę kurzu, co świadczyło o tym, że się spóźniliśmy, bo nas arabski latino, źle poinformował co do chodziny rozpoczęcia zawodów. No ale jeszcze nie wszystko stracone. Poczekaliśmy, aż zrobi się trochę miejsca na drodze i pojechaliśmy na parking przy samym torze. Nie ma tam trybun ani widowni, za to właściciele czworonogów czekają w swoich land cruiserach na start i jadą samochodem wzdłuż toru wyścigowego. Oprócz nich jedzie też telewizja, która relacjonuje każdy start, a było ich uuuu..dużo. Wysiadamy z samochodu, Gosia w żółtej sukieneczce, przykrótkiej jak na katarskie warunki wspięła się na murek i przy barierce czekaliśmy na wypuszczenie kolejnej drużyny. I ruszyli, za nimi białe samochody i kamera telewizyjna, wszystko odbywa się tak szybko, że aparat nie nadąża z robieniem zdjęć.


Po lewej stronie od parkingu znajdowała się coś w rodzaju stajni. Miejsca w którym zbierano poszczególne drużyny m.in. z Emiratów, Katru, Arabii Saudyjskiej itd. i przygotowywano do zawodów. Początkowo do ujeżdżania wielbłądów angażowano dzieci, które ze względu na drobną budowę i niewielką wagę, nie obciążały zwierzęcia. Od 2005 roku wprowadzono zakaz wykorzystywania młodych dżokejów w wyścigach. Częste łamanie praw człowieka oraz liczne obrażenia zawodników, przyczyniły się do wprowadzenia zdalnie sterowanych robotów, które na stałe zastąpiły człowieka. Roboty ubrane są w kolorowe okrycia, po których łatwo zlokalizować komu należy kibicować. Weszliśmy niepewnie do zagrody, gdzie Sudańczycy przygotowywali wielbłądy do biegu. Panowie w różnego koloru galabijach, co drugi z zielonymi kleksami, bo przecież wielbłąd też ma stres przed takim wyścigiem i popuścić może. Zapach jak w cyrku, z kupą pod butem już od wejścia brodzimy w piachu i bobkach. Opiekunowie zachwyceni naszą obecnością, a my uradowani, że możemy robić tyle zdjęć na ile pozwoli karta w aparacie i wejść w każdy zakamarek, skąd widać wszystko jak na dłoni. Zamieszanie, krzyki, jakiś wielbłąd nie chce wstać i ryczy na gościa w turbanie, który ciągnie sznurek, żeby garbny łaskawie podniósł tyłek. Kasia z Gosią na lewo robią zdjęcia, ja po polsku wołam Sudańczyków, żeby się ustawili do zdjęcia. Zrobiliśmy tam taką rewolucję, że zawstydzilibyśmy nawet Napoleona. Przechodząc zagrodę, znaleźliśmy się po drugiej stronie toru, a dokładnie przy boksach z których startuje wyścig. Z ogromną precyzją ustawiano zwierzęta według ustalonych kryteriów.


Szczerze mówiąc, ogromnie byłam zaskoczona, że nikt nie powiedział ani słowa, że się im kręcimy pod nogami. Bardzo nie przeszkadzaliśmy, ale to tak jakby wejść za kurtynę w teatrze i podglądać aktorów jak szykują się do wyjścia na scenę, oślepiając ich fleszami z każdej strony. Naszym się to jednak podobało, bo koniecznie chcieli żebyśmy zrobili sobie zdjęcie z "mudirem" z arabskiego szef i kto wie, może to był jakiś szejk. Mudir z laseczką w białej disz-daszy pozował do zdjęcia i na pytanie czy ma tu swoje wielbłądy, pokiwał przyjaźnie głową. Potem ktoś zaczął tłumaczyć, o podziale wielbłądów na te z jedną gwiazdką i dwoma gwiazdkami, ale nikt nie zrozumiał o co chodziło. Poczekaliśmy aż zawodnicy z robotami na plecach ustawią się w boksach i wystartują w koślawym biegu do mety. Pożegnaliśmy się z przemiłymi opiekunami i "mudirami" i wróciliśmy do samochodu, żeby podjechać jeszcze na metę zobaczyć co tam się dzieje. Jeden zagubiony spacerował po torze w drodze na start, najwidoczniej się rozmyślił i na metę mu się nie spieszyło. Porobiliśmy jeszcze kilka zdjęć i chwilę potem zobaczyliśmy piękny zachód słońca, który oświetlił pustynię czerwonym ognistym blaskiem. Dziękujemy Moni i Sławkowi za zorganizowanie super wyprawy. To wielki skarb mieć takich wspaniałych przyjaciół.

sobota, 6 października 2012

PRZERWA

Z uwagi na nagla awarie mojego komputera, troche opoznie pisanie. Nowy laptop juz zamowiony, wiec mam nadzieje, ze wszystko pojdzie gladko i niedlugo bede pisac juz z Toshiby z jeszcze wieksza wena. Nasz (tzn.Gosi i moj) czarny bolid smiga jak wyscigowka i radzi sobie doskonale na katarskich drogach. Fakt, jazda nie nalezy do najprzyjemniejszych, bo kultury na drodze brak i wszystko moze sie wydarzyc. A wiecie ile kosztowalo mnie zatankowanie pelnego baku? 37 rijali czyli okolo 30 PLN, cos pieknego, gdyby tak w Polsce mozna bylo zatankowac i poczuc sie jak krol wsi i okolic. Wczoraj pojechalismy na wyscigi wielbladow, zawsze bardzo chcialam zobaczyc jak Arabowie wydaja miliony na swoje hobby. Oj dzialo sie dzialo, mam zdjecia i mase wrazen, wiec relacja z wyscigu juz niedlugo. A jeszcze jedno mi sie przypomnialo. W drodze z Houston do ladowania zostalo jeszcze okolo 6 godzin i pasazerowie zaczeli sie juz krecic po samolocie. Hindus z branzy olejowej podszedl do mnie i zapytal nad jakim krajem przelatujemy, a ze mamy taka mozliwosc wyswietlenia mapy podrozy zaczelam majstrowac przy monitorze z tylu samolotu. Otworzyla sie zielona plama i kilka kropek z miejscowosciami, ktore mijamy. Oczy prawie wypadly mi z orbit, patrze a tam kropka Gliwice, kropka Katowice, czyli lecialam 30km od domu i przez nastepne pol godziny nie odchodzilam od okna. Az sie cieplej na sercu zrobilo, gdybym miala spadochron i lecielibysmy troche nizej, to bym chyba wyskoczyla. Grudzien zbliza sie wielkimi krokami i Warszawa bedzie na wyciagniecie reki. Zycze wszystkim milej niedzieli, a ja powoli szykuje sie na wieczorny Singapur.

środa, 26 września 2012

KOCHAM JAZZ


Wszystko się zmienia, czas pędzi nieubłaganie, przyszedł więc czas na kupno samochodu. Życie w Doha zaczyna nabierać kolorów, szaleństwo na drodze i stres jest nie mały, dodać mogę że w Egipcie jeździło się cudownie w porównaniu do tego co dzieje się tu. Radości mojej i Gosi nie ma końca, bo auto kupiłyśmy na spółkę. Ach jak przyjemnie, ktoś chętny na jazdę próbną?

wtorek, 18 września 2012

A WSZYSTKIM SŁABO...

Na ostatnich lotach, nie było opcji, żeby ktoś nie korzystał z torebki pt."niedobrze mi, będzie paw". Papierowe torebki są dość istotnym wyposażeniem fotela, oprócz gazetki z duty free i miesięcznika Oryx, ratują nie tylko nas i nasze uniformy ( w dosłownym tego słowa znaczeniu ), ale także komfort pasażerów siedzących obok. Mówiąc krótko, zdarza się że załoga zostaje brzydko mówiąc obrzygana, bo delikwent nie zdążył dobiec do toalety. Wymiotują gdzie popadnie, w naszej samolotowej kuchni, na nas, w łazience do umywalki blokując ją na cały lot itd.itd. Jednym latanie nie służy, inni za dużo piją, a trzeci albo się zatrują albo turbulencje dają się tak we znaki, że momentalnie robią się zieloni na twarzy.

No i dzięki takim pasażerom, mamy jeszcze bardziej przyjemną pracę. Bo przecież ktoś to musi posprzątać. Dawno temu dziecko siedzące w pierwszym rzędzie, który oddzielony jest od klasy biznes firanką, zwymiotowało z dwumetrowym zasięgiem do klasy panów pod krawatami, no i się zrobiła heca. Parę tygodni temu dziewczynka, której dałabym około 4-5 lat, nasikała centralnie na sam środek alejki między siedzeniami. Najgorsze, jest to, że nawet nie sygnalizowała, że musi do toalety i podczas przyjmowania pasażerów na pokład myśląc, że nikt nie widzi, jak gdyby nigdy nic zrobiła wielką plamę na wykładzinę. A to, że była w sukience zakamuflowało całe zdarzenie. Bleee..Często mówi się też o brytyjskim dziecku, urodzonym w kraju przypraw, które posadziło "dwójkę" na siedzeniu, matka nacisnęła dzwonek po stewardessę i kazała to posprzątać. Gówniana praca, mówię wam. Na szczęście niecodziennie mamy takie atrakcje na pokładzie, ale jak nie obsikają pasażera siedzącego obok myśląc, że są w łazience i jakby lunatykując, to obleją drzwi samolotu albo drzwi toalety, bo i to i to już widziałam na własne oczy. Także jak komuś słabo, to staramy się szybko działać, bo zawsze może być gorzej.

I tak ostatnio po powrocie z Australii, po kilkunastogodzinnym odpoczynku, poleciałam do Arabii Saudyjskiej, z postojem na lotnisku. Upchnęliśmy bagaże, wszyscy zapięli pasy, gotowi do lotu, CS robi zapowiedź o przygaszeniu światła i każe nam usiąść na miejscach. Samolot powoli ustawia się w korku do startu i minutę przed włączeniem silników i wzbiciem się w powietrze, kobieta w czarnej sukmanie zaczęła się źle czuć i oznajmiła, że chce wysiadać. No i się zaczęły ceregiele. Kapitan wściekły, pasażerowie jeszcze bardziej, czyli wracamy z powrotem na terminal, żeby panią wysadzić, odnaleźć jej walizkę, karetka, lekarz, ochrona wszyscy postawieni w gotowości, bo to nigdy nie wiadomo, dlaczego Pani sobie wysiada, a jej mąż niewzruszony siedzi obok i udaje, że go nie ma. Nawet powieka mu nie drgnęła, żeby się zainteresować, że jego małżonka opuściła samolot na własną prośbę, a on siedzi jak słup soli i bawi się telefonem. Przeszukaliśmy samolot, czy czarna mamba niczego niechcianego nam nie podrzuciła i polecieliśmy z półtoragodzinnym opóźnieniem do Rijadu. Ale to małe piwo, w porównaniu z ciężarną, która na lotnisku w Doha, konkretnie w łazience urodziła dziecko, porzuciła je i poleciała dalej. Potok krwi na siedzeniu i akt desperacji, pokazuje że nie jest dobrze. Dzielnie musimy stawić i takim sytuacjom czoła.

Na szczęście, teraz kilka dni wolnego. Wczoraj winko, dzisiaj plaża, no i z newsów, planuję zakup samochodu. Na spółkę z Gosią, więc będziemy szaleć pośród diszdaszów w białych dżipach. Poszukiwania wymarzonego samochodu, który będzie mały, szybki jak błyskawica i niezniszczalny trwają. Czas wskakiwać w strój kąpielowy i się plażować, bo pogoda już idealna na opalanie. Wreszcie temperatura spada do 32 stopni. Uff..zaczyna się zima.

wtorek, 24 kwietnia 2012

NA SOUKU

Oczekiwałam publikacji nowego grafiku z taką niecierpliwością, że odświeżałam stronę co kilkanaście minut. Wreszcie się pojawił i kamień spadł z serca. Dwa razy Nowy Jork, raz Delhi z layoverem i trylion pięćset SBYi, czyli wszystko może się zdarzyć. Uwielbiam loty do Stanów. Długie bo po czternaście godzin, pasażerowie trochę męczący, zwykle około czterdzieści dziadków na wózkach inwalidzkich, ale wole się męczyć tam, niż robić pod rząd trzy loty tam i powrót. Mam więcej luzu, w kwietniu miałam tylko 4 loty, wakacje to mało powiedziane. Powoli zaczyna pojawiać się więcej plusów, niż minusów ale to nadal nie spowoduje, że bardziej polubię Dohę.

Ostatnio wybrałam się na souk. Wzięłam aparat i pstryknęłam kilka fotek. Poznałam w wieży Paulinę, która powoli kończy trening i niedługo dołączy do grona "tych latających". Trzymamy kciuki za pierwszy lot, ale zanim to nastąpi spotkałyśmy się w marokańskiej knajpce na kawce. Potem poszłyśmy zobaczyć stadninę koni. Nawet jeden zakupiony w Polsce się z nami przywitał. Było już ciemno i stadnina była pięknie oświetlona. Tyle razy byłam na souku i nigdy wcześniej tam nie zaglądałam. Niezwykłe miejsce, po drodze zawitałam do hodowli sokołów, których cena porównywalna jest z dobrej marki samochodem. Ot takie arabskie maskotki.


p.s miałam też ostatnio odświeżający kurs, przechodzi się go każdego roku, żeby przypomnieć sobie to co wyleciało a powinno siedzieć w głowie. Trener rozbawił mnie prawie do łez stwierdzeniem, że około 50 % pasażerów jest święcie przekonanych, że pod siedzeniem jest spadochron. I nie jakaś tam kamizelka ratunkowa, tylko jak Ci biedni ludzie chcą wyskoczyć z pasażerskiego samolotu? Przez okno?


niedziela, 23 października 2011

GOŚCIE

Decyzja o wizytacji w Katarze została podjęta niemalże od razu. Gadu gadu i ustaliłam z mamą termin przyjazdu do mojej stefkowej rezydencji. Załatwienie dokumentów trwało kilka dni, wiza i oczywiście bilety. Zamówienie co przywieźć i w jakich ilościach wysłane, i mama zabrała się za przygotowywanie bigosu, pierogów i zakupu półproduktów, co by mi tu na obczyźnie było trochę po polskiemu. Trzymam bigos na święta, które w Doha ( o ile wypadnie postój w Doha ) z pewnością będą trochę przygnębiające, bez opłatka, choinki i śniegu za oknem. Może uda się zabidować wolne z Kasią i Gosią to przynajmniej nie będziemy same w jakimś hotelowym pokoju na końcu świata, albo co gorsze w powietrzu serwując beef or chicken.

Nie obyło się bez niespodzianek. Na lot z Katowic do Frankfurtu były jeszcze miejsca, więc z samego rana Agatka zaczęła okupować Frankfurt. I jak na koczownika, który ma kilka dobrych godzin na przesiadkę, przystało, drzemkę na ławeczce ze złączonymi nóżkami trzeba było odbyć. Na dwie godziny przed lotem do Doha, okazało się, że koza w ogóle z Kataru nie wyleciała i następny samolot będzie dopiero wieczorem, a że trzeba wsadzić tam wszystkich pozostałych pasażerów, którzy są aktualnie w tej samej sytuacji, nie ma pewności, że znajdzie się jedno wolne miejsce dla koczownika z bigosem. Dostałam sms-a, że nie ma miejsc. Myślę sobie no to super, ale nie z takiej sytuacji moja mama znajdzie wyjście. Pamiętając słynną na cały Kraków akcję ewakuację z mieszkania u Pana W., który miał coś z psychola, i gdy przy całej rodzinie Agatka powiedziała - Ja tylko po kilka rzeczy...aaa właściwie jak już jestem to wezmę wszystko. Spisek wykonany i w godzinę wszystkie moje rzeczy zostały zabrane z mieszkania u Wiesia, mogłam odetchnąć z ulgą. Drugi sms, że dalej nie wiadomo. Trzeci, - siedzę już w samolocie - ale czad!. Zagadka tylko, w jakim samolocie skoro Katar leci dopiero wieczorem, a na moim zegarku dochodzi piętnasta?

Weszłam na halę przylotów, gdzie roiło się od Hindusów, Arabów i beczących na całe gardło bachorów. Hol odgrodzony jest wysoką szybą. Metalowa barierka do trzymania i każdy przyklejony do szyby jak sardynka w puszce wygląda kto wychodzi. Rozsuwane drzwi otwierają się co kilka sekund i co jakiś czas padają oklaski, krzyki i stukanie w wysoka na kilka metrów szybę. Siedziałam przez chwilę koło jakiegoś młodego człowieka z wąsem, potem uznałam, że lepiej stanąć z boku, gdzie dla całej ciemnowłosej masy to miejsce było zdecydowanie nie w centrum, nie na widoku i w ogóle NIE do wyczekiwania. Czyli idealne dla mnie z dala od tych w klapkach z brudnymi nogami. Po dwudziestu minutach chciało mi się już spać, bo byłam prosto po locie z Londynu, ale nagle zobaczyłam gwiazdę. Nareszcie! Ale się ucieszyłam. Przeszłam do wyjścia gdzie kończyła się szyba i gorącym powietrzem przywitałam mamę w Katarze. Taksiarz czekał posłusznie na parkingu i pojechałyśmy do mojego mieszkania. Do teraz się zastanawiam, jakim cudem mając bilet na kozę, Agatka poleciała Lufą mając osiem kilo nadbagażu? No, ale co miała począć Pani biletowa. gdy kobieta wyciąga z torby wszystko jak leci chleb, masło, pierogi, bigos i ogórki. Biletowej już prawie nie widać i w końcu puszcza nadbagaż przekraczający wszystkie normy i burzy niemiecki porządek.


Na pożyczonym od mojej współlokatorki materacu kładziemy się spać, oczywiście na noc zapycham się ogórkami od babci i nie mogę się nacieszyć. Z samego rana obmyślamy plan działania na kolejne dni. Ja jak na złość trochę się pochorowałam i mam chrypę jakbym paliła dwie paczki klubowych dziennie. W końcu tracę głos i tyle z rozmów ze mną. Jedziemy do polskiej ambasady oddać głos na wiadomo kogo, bo w dniu wyborów mnie nie ma, a jest możliwość głosowania korespondencyjnego. W ambasadzie pracuje Monika nie trudno wywnioskować, że Polka. Monika jest żoną Sławka, i sobie mieszkają w Katarze. Kasia poznała Monię i Sławka w samolocie, potem ja poznałam Monię, Monia moją mamę, potem poznałyśmy Sławka i tak wszyscy się już znamy. Po głosowaniu na plażę, bo to rzut czapką a pogoda była idealna. Wreszcie skończyły się upały, można leżeć na plaży i robić NIC. Widok na wieżowce, zimne piwko i bajabongo. Po plaży umówiłyśmy się na souku celem wieczorka zapoznawczego i przypalenia trochę sziszy. Ja całkowicie już bez głosu, wydawałam z siebie dźwięki, które bawiły wszystkich wokoło. W domu czekały na mnie pierogi - czego chcieć więcej? Następnego dnia zaplanowałam wizytę w Muzeum Sztuki Islamskiej, moje ulubione i jedyne muzeum, które odwiedziłam w Doha. Weszłyśmy na piękne oczy, i na spokojnie odwiedzałyśmy przestronne sale z ogromną ilością eksponatów i miałam wrażenie, że oprócz nas nikogo tam nie ma. Okna muzeum wychodzą na niesamowitą panoramę katarskich drapaczy chmur. Otwieramy drzwi na taras i robimy genialne zdjęcia przy dźwiękach fontanny i lekkiego powiewu wiatru. Z przyjemnością odwiedziłam po raz kolejny to miejsce. Można by tam przychodzić i się uczyć do egzaminów, cisza i spokój.


Obiadek w tajskiej knajpce koło domu, gdzie za parę rijali można naprawdę smacznie zjeść, to strzał w dziesiątkę. Mam już swoje sprawdzone dania i dobrze wiem czego mogę się spodziewać po zamówieniu. Palce lizać, zabiorę kucharza i otworzę taką knajpę w Polsce. Czas mija nam strasznie szybko, cały czas coś się dzieje. Powoli wraca mi głos i zupełnie przypadkowo znajdujemy się na pierwszym latyno-amerykańskim festiwalu organizowanym przez katarską fundację i ministerstwo turystyki. Chorzy zostali w domu a my z mamą wzięłyśmy udział w rewelacyjnej imprezie. Wystąpił zespół z Kuby "PANCHO AMAT" i gorącej Dominikany "JOHNNY VENTURA" a muzyka wciągnęła nawet lokalne nindże, które podskakiwały, klaskały i ruszały biodrami jakby na chwilę się zapomniały, że nie wypada. Ale kto by się tam przejmował, Ambasador Dominikany wywijał na scenie jak zawodowy tancerz to czemu nindża by nie miała sobie tuptać nóżką. Rewolucja w Katarze. Jako że bez samochodu, tako też problem ze złapaniem taksówki do domu. W końcu jakiś człowiek o lekko przybrudzonej skórze nas zabrał, no i samochód miał całkiem czysty - bo ostatnio nawet karaluch ze mną jechał..bleee. Gdyby atrakcji było mało to jeszcze czekał nas wypad na pustynię, grill i kąpiele z meduzami, oraz klubowe mistrzostwa świata z udziałem Jastrzębskiego Węgla. Tak się akurat złożyło, że imprez kulturalnych w Doha było, aż nadto.


Pustynia boska. Lekki wiaterek, słoneczko a po drugiej stronie morza widać było już Arabię Saudyjską. Mama szykowała szaszłyki na mini grilla, ja z Ariadną zapychałyśmy się chlebem z serkiem topionym bo umierałyśmy z głodu. Sławek z Antonio pływali w morzu a Monia rozpalała grilla. Sałatka, chleb z piaskiem, bagietki, i trunki różnego rodzaju - i tak o to z pełnymi brzuchami leżeliśmy na wydmach. Sławka poparzyła meduza, Monia znalazła telefon i na koniec prawie wpadliśmy samochodem do morza. Zakopaliśmy się tak, że już tylko cud mógł nas uratować. I przyjechał cud zesłany chyba przez samego Allaha. Mieliśmy mokro w majtach, że auto utonie gdy zasiadł za kierownicą Arab i próbował takich akrobacji, że Monia krzyknęła na całą pustynię - Nieeee..moje auto!,  a ja modliłam się żeby nie spóźnić się do mojego więzienia. Po kropeczkach z nawigacji wracaliśmy do cywilizacji, z piaskiem między zębami i piosenką Bajmu, którą słyszeli nawet w Arabii. Ojj było wesoło.

 
Potem zmienili mi SBY na Sri Lankę i pod swoje skrzydła wzięła Agatkę, cudowna koleżanka Gosia, za co jej pragnę strasznie podziękować!!! Ale jeszcze się odwdzięczę i bigosik otworzę. Ha ha... Co się działo podczas mojej nieobecności pozostawię tajemnicą, a wiem tylko, że biegały jak szalone z meczu do tureckiej knajpki, potem na sziszę i brakowało dnia żeby się nagadać. Jak wróciłam Gosia niestety poleciała do Londynu a ja próbowałam załatwić mój nieplanowany urlop. Oczywiście odesłali mnie z kwitkiem. Na hali gdzie odbywały się mistrzostwa krzyczałyśmy JA-STRZĘ-BIE ... W półfinale spotkali się z Brazylią, gdzie czworo zawodników było w reprezentacji kraju. Co za chłopcy. Wzięłam obiektyw z zoomem i cykałam jak opętana. Emocje były jak dawniej w spodku, gdy jeździłam z klasą kibicować. Coś pięknego. Pod koniec pobytu wolne miała Kasia i pojechałyśmy do City Center pograć w kręgle, na lody i do tajskiej na kolację. Czy coś ominęłam? Pyszne zapiekanki u Moni, przebieranki w czarną jak smoła abbaję i całą masę innym opowieści, którą zostawiam mamie do opowiadania. Wrzucam post. Na zdjęcia musicie jeszcze trochę poczekać. Ale obiecuję dodać, jak tylko wrócę z Seszeli, gdzie już się dla mnie szykuje drineczek z palemką.