Pokazywanie postów oznaczonych etykietą EGIPT. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą EGIPT. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 stycznia 2011

WYBORY MISS

Pobytu w Sharmie ciąg dalszy. Jedni wybierają opalanie się na basenie, drudzy jazdę na plażę oddaloną 15 km od hotelu, a my nurkowanie ewentualnie opcja bez nurkowania z wylegiwaniem się na łodzi. Cudowna pogoda, jakże trudno było wyobrazić sobie różnicę temperatur między Polską a Egiptem. Jesteśmy w końcu na wakacjach w środku zimy i nawet chłodne myśli są zakazane do końca pobytu.

Na terenie hotelu można szybko nawiązać nowe przyjaźnie. Opcja dla lubiących charakterystyczny dźwięk pod laczkiem, polecam łazienkowe karaluchy, a dla tych którym alkohol jest podawany na śniadanie, obiad i kolację i stan trzeźwości jest daleko obcy polecam kolegów i koleżanki z Rosji i okolic. Zgodnie przyznaliśmy, że nie będziemy zawierać bliższych znajomości z żadną z opcji, ale przynajmniej sobie popatrzymy i się pośmiejemy. Wieczory spędzaliśmy na mieście. Braliśmy taksówkę i udawaliśmy się do starej części Sharm El Sheikh o wpadającej w ucho nazwie - OLD MARKET. Poszukiwanie najlepszej knajpy zajęło nam niecałą godzinę, ale w końcu się udało. Przy stolikach w 98% siedzą Arabowie, rzadko pojawiający się w knajpie turyści badają teren z zaciekawieniem, przechodząc tuż obok stołów zastawionych lokalnymi specjałami. Ruch jak z Rzymie, co może oznaczać tylko jedno - jedzenie będzie znakomite. Tak też było. Najlepsza baraninka jaką jadłam, zupy z soczewicy, kofta i inne dania, po prostu szaleństwo smaków, przypraw, aromatów, gdzie moje kubki smakowe zwariowały.

Po powrocie do hotelu, czekały na nas jedyne w swoim rodzaju animacje. Można było zasiąść w lobby i podziwiać akrobacje sąsiadek zza wschodniej granicy, tańce, hulańce, swawola, w każdym razie muzyka Paniom i Panom w tańcu nie przeszkadzała, a my umieraliśmy ze śmiechu. Albo udać się na pokazy fakira, wybory miss i mistera, zobaczyć taniec brzucha itp. Wypadło na wybory miss hotelu Amarante, które postanowiliśmy zobaczyć na własne oczy.

W sali nad restauracją główną, gdzie Rosjanie pochłaniali góry jedzenia, znajdowała się niewielka scena, dj, kilka stolików i bar, serwujący napoje z wielorazowych plastikowych kubeczków. Wchodzimy do ciemnej sali i ku naszemu zdziwieniu, wszystkie miejsca są zajęte, a wakacjowicze wyglądający jak kuracjusze ze spółdzielni Zenon bawią się jakby właśnie siedzieli na konkursie Miss World 2010. Ciekawość nie zna granic, zatem nie możemy odpuścić takiego teatru. Są trzy kandydatki. Zgadywanek nie trzeba robić, kto zgłosił się na ochotnika, a właściwie na ochotniczkę. Pani numer 1- z Rasiji, Pani numer 2- z Rasiji, i Pani numer 3- z Ukrainy. Przedstawienie czas zacząć. Prowadzący galę, to jak na Egipcjanina dość wysoki człowiek o beżowej skórze, czarnych zażelowanych włosach, zaczesanych na a'la maczo muczo, w obcisłych dżinsach i jeszcze bardziej obcisłej koszulce Dolce & Gabbana bądź innej podróbie. Osobnik ten, był najbardziej żenujący z wszystkich możliwych osobników, których na tą chwilą potrafiłam sobie skojarzyć. Charakterystyczne pyknięcie, które wykonywał ustami kilkadziesiąt razy, doprowadzało do szału. Przypominało dźwięk, jaki pokazuje się małym dzieciom "jak robi koń" - ohyda. Konkurencje wymyślone z pewnością przez prowadzącego przeszły moje najśmielsze oczekiwania. Taniec w rytm piosenki Shakiry, no powiedzmy, że był żałosny w wykonaniu Pań, ale niech będzie. Drugie zadania to próba głosu, trzeba było coś zaśpiewać, Panie dawały z siebie naprawdę wszystko. I konkurencja, której do dzisiaj nie rozumiem to zjadanie lodu i śpiewanie z pełnymi ustami. Prowadzący służył pomocą i lód, który spadał czysty arabski parkiet, wracał jak bumerang do ust kandydatek na miss. Coś pięknego... Sala piszczała z radości a my patrzyliśmy na siebie z myślą - to się nie dzieje. Zniesmaczeni wyborami miss wróciliśmy się napić drinka, bo poziom naszego zmiksowania przekroczył dopuszczalną dzienną normę.

niedziela, 26 grudnia 2010

KIERUNEK NAAMA BAY

Zakwaterowanie w hotelu i pojechaliśmy do centrum Sharmu Naama Bay. Biało-niebieskie taxi nie miało włączonego licznika, więc sami ustaliliśmy cenę. Zapłaciliśmy 5 funtów, za które zostaliśmy zbluzgani na Allaha i wszystkich świętych. No fakt, 3 złote za przejazd 4-5 kilometrów to lekka przesada, ale zabawę w Beżolandii czas zacząć. Przeszliśmy drewnianą kładką przez pas zieleni, palm i przyciętego trawnika, mijając taksówki ustawione jedna za drugą, pilnujące swojej kolejki. Na głównym deptaku pełno restauracji, miejsc przeznaczonych do palenia shiszy i ulicznych biur podróży. Lokalni naganiacze obwieszeni złotymi łańcuchami, w arafatkach na głowach zapraszają na piwko,fajkę wodą bądź świeże ryby, które wylegują się w skutych lodem lodówkach przed wejściem do restauracji. Trudno uwierzyć, że jesteśmy w Egipcie. Ani pół farfocla na ulicy, nikt nie wciąga za rękę do sklepu, tylko od czasu do czasu ktoś krzyknie "mucha rucha karalucha", albo "Adam Małysz niska cena, bezstresowe zakupy".
 
 
Ignorujemy zaczepki i nie możemy się nadziwić, że taka przepaść jest między Hurghadą a Sharmem, a przecież oddalone są od siebie zaledwie 1,5 godziny rejsu szybką łodzią. Siadamy w jednej z knajpek przy deptaku. Kolorowe szmaciane dywany i dywaniki przykrywają pienie palm, które służą za oparcia, a my siadamy na poduszkach i zamawiamy piwko. Ja oczywiście shiszę bez której, nie można uznać wieczoru za udany. Piwo smakuje jak siki, przyniesione od razu w szklankach niczego dobrego nie wróży, domówiłam sprite'a, żeby oszukać moje kubki smakowe, ale nawet z pysznym spritem smakuje jak sik. Pyk, pyk, dymek za dymkiem z jabłkowej shiszy i idziemy dalej. Minęliśmy kilka popularnych dyskotek i zaglądnęliśmy do baz nurkowych, które zabiorą nas na nura w najbliższym czasie. Oferty przeróżne, żadne centrum nie oferuje pływania z rekinami ale za to wymagają minimum 50 nurkowań, żeby wejść do wody. No coż w moim logbooku wielkie braki, ale nawet z brakami które zaniedbałam i nie wpisałam kilkunastu nurków, 50 nurów nie mam. Czyli nie gadamy nurkujemy, troszkę komuś nakłamiemy.

Pierwsze miejsce bezapelacyjnie zajmuje baza, która w swojej ulotce proponuje nurkowanie z camelem. No..jak na Egipt przystało, element zaskoczenia musi być. Jak się później okazało baza nurkowa nazywa się Camel i nurkowania z wielbłądem nie będzie. Naładowaliśmy internet USB, który wzięłam ze sobą i mogliśmy poszukać sensownego centrum nurkowego przez internet. Polskie centrum nurkowe Nautica http://www.nautica.pl/egipt/ stworzyło dla nas najlepszą ofertę, a nurkowanie z Polakami różni się znacząco od egipskich standardów. Wróciliśmy do hotelu taksówką i przydrinkowaliśmy, jak to czynią wszysty polscy urlopowicze, a bez tego w hotelu Amarante nie przeżylibyśmy ani jednego dnia. Znieczulenie na otaczających nas radzieckich cyrkowców było nieuniknione.

piątek, 24 grudnia 2010

WITAME WAS W SHARMEJ SHEJKU

Do lotniska w Pyrzowicach dojechałam przed czasem. Planowano zbiórkę na 7 rano, więc poszłam jeszcze z Gosią zjeść małe śniadanko i napić się herbaty. Wjechałyśmy windą na drugie piętro po odbiór biletów. Pani z biura podróży, wskazała nam drogę do odprawy bagażu. No i zaczęły się niespodziewajki, czyli opóźniony lot minimum godzinę. Dwie natapirowane tipsiary paliły papierosy w miejscu oznaczonym hasłem "punkt widokowy", więc nie było sensu pchać się w ten dym. Z drugiej strony zastanawiający jest fakt, że można sobie palić w takim miejscu i nikt nie zwrócił na to uwagi. Lotnisko na szczęście dysponuje bezprzewodowym internetem, który był zbawieniem. W powietrzu można było obserwować ciekawe zjawiska i zachowania polskich wycieczkowiczów, którzy nie tylko klaszczą kiedy samolot ląduje, czytają wydrukowane z wikipedii informacje o miejscowości i piją dużo alkoholu, ale także gubią baterie do aparatu, szukają toalety, wymieniają się wrażeniami z podróży do Tunezji, Turcji i Maciowakszy. Pragnę także pozdrowić Panią, która zabrała ze sobą bochenek chleba, 3 siatki jedzenia i słodyczy oraz Panią, która miała nałożone domowe papucie. W Sharmie byłyśmy jakoś koło 16-stej czasu lokalnego. Czyżby było podobnie jak w Hurghadzie? Duże, piękne, czyste lotnisko w porównaniu do kurnika w HRG to cud stworzony beżowymi łapkami. Schody ruchome, świąteczne dekoracje i co najpiękniejsze, nie jest wymagane kupno wizy. Chyba, że ktoś planuje wyjazd do Kairu to wtedy jest szczuplejszy o 15 dolców.

Idziemy do przedstawicieli Itaki, widzę kolegę ze szkolenie i z promiennym uśmiechem pytam do którego autokaru się udać. Wiele razy przekazywałam złe informacje w pracy rezydenta, teraz padło na mnie. -Dzień dobry, niestety nie ma dla Was miejsca w hotelu Oriental i zabieramy was do Amarante. Zaniemówiłam. -Że co proszę? Mowy nie ma, nie jadę do Amarante, który poszedł do odstrzału na samym początku, ze względu na wszystko. Sama się zaskoczyłam, że tak zareaguję na tą zmianę i krew w żyłach się zagotowała. No trudno, nie udało się dogadać, za to musieliśmy się dać zaobrączkować jak cielaki w opaski all inclusive. Hotel w arabskim stylu, pełny dziwacznych Rosjan i kilku Angoli, którzy też chyba mieli przekwaterowanie, bo nie wierzę, że ktoś sam, świadomie, dobrowolnie wybrał sobie taki hotel.

W średnich nastrojach z granatowymi paskami na nadgarstkach zaczęliśmy wakacje pt."w poszukiwaniu rekinów". Pojechaliśmy rozejrzeć się po okolicy i nie mogliśmy się nadziwić, że w Sharmie jest tak CZYSTO! Czy to aby na pewno arabowo? Nie chce się wierzyć, na ulicy nie ma papierów, śmieci i głodnych kotów, na ulicach pomalowane pasy, taksówkarze mili i uprzejmi, stojący na postojach taksówek. Niewiarygodne, ale prawdziwe. Nie było natarczywych śmierdzących ciapciów w galabijach, ani żebrzących dzieci, nawet trąbienie jest jakieś ograniczone. Do centrum miasta mamy blisko, więc jedziemy zrobić rozeznanie w terenie jak wygląda Sharm. Aaaa..nie powiedziałam o Pani stewardessie czeskich linii lotniczych, która czytała informacje po polsku i było to urocze. Kilka razy prychnęła w mikrofon, chyba ze śmiechu, bo skoro ich język wydaje się nam śmieszny to może i nasz dla nich też. Informacja po polsku " witame was w sharmej shejku est hodina za tri godiny a czterydesat minut". Brawo za odwagę i ogromny wysiłek jaki Pani włożyła w przekazanie informacji w zrozumiałym dla wszystkich języku.

C.D.N

sobota, 11 grudnia 2010

JEDZIEMY NA URLOP

Za oknem zima, więc pakuję walizkę i jadę na wakacje. Stęskniłam się już za beżolandią na tyle, żeby załadować się na pokład samolotu do Egiptu, ale nie na tyle żeby polecieć do Hurghady, więc na celowniku Sharm. Tam mnie jeszcze nie było. Będę opisywać wrażenia, pić drinki z palemką i siedzieć w arabskich knajpkach. Tydzień w ciepełku...ooooojj..tak.

wtorek, 19 października 2010

29.10.2010 POWRÓT DO DOMU

No już się nie mogę doczekać. Jak sobie pomyślę, że zostało tylko 8 dni i będę pakowała walizkę, to nie mogę uwierzyć, że tak szybko to zleciało. Cudowne uczucie wracać do domku, gdzie wszyscy wyczekują kiedy będę opowiadać jak było, pokazywać zdjęcia i częstować się wszystkim co pyszniaste a czego tak bardzo brakowało w Egipcie. Cudnie, Cudnie, Cudnie. Już niedługo pójdziemy z dziewczynami na Mojito i będziemy plotkować o tym i o tamtym. Spotkam się ze Szczepciem i zjem zapiekankę u Żyda. Ach..szkoda, że będzie zimno, ale buszowanie po sklepach w poszukiwaniu czegoś ładnego do ubrania, też z pewnością sprawi mi wiele frajdy. Ostatni przylot w czwartek, ostatnie infa i robienie kopert. Do zobaczenia w Polsce!

wtorek, 28 września 2010

PONIEDZIALKOWE NURKOWANIE



Realizowanie tabelki szczęścia, przełożyło się między innymi na poniedziałkowe wyjazdy na nurkowanie. Piękna pogoda, wreszcie przestało nieziemsko wiać i można odmówić sobie połknięcia tabletki na egipską chorobę morską. Pobudka wcześnie rano nie sprawia mi wiele kłopotów, bo zwykle budzę się raczej wcześnie. Ubieram turkusowy strój w poprzeczne pasy, białe sportowe spodenki i brązową bluzkę z krótkim rękawkiem. Japonki, hotelowy ogromy ręcznik, torba, książka, parę gazet co by inni mogli się trochę rozerwać i oczywiście rooming listy telefony, bo jak już wszem i wobec wiadomo turyści wyczuwają kiedy mam dzień wolny i trzeba do mnie dzwonić, pisać i puszczać głuche.
Zjadłam śniadanie, żeby mama się nie martwiła, że popadnę w anemię do której niewiele mi już brakuje. Egipskie specjały, a raczej hotelowa kuchnia mi nie służy od dłuższego czasu, ale został miesiąc i będzie pysznie. Zbiórka przy recepcji o godzinie 08:30, busik o dziwo na czas i jedziemy do bazy. 20 minut slalomu na drodze podjechaliśmy pod bazę Adventure. Wszyscy gotowi do wyprawy nurkowej, część trochę wystraszona, cześć nieświadoma tego co zobaczą pod wodą a jeszcze inni to doświadczeni nurkowanie, dla których jedna butla to zdecydowanie za mało, więc zabierali trzy. Dzięki Amadeuszowi udało się szybko wypłynąć i już byliśmy w drodze na pierwszą rafę koralową. Na tej jeszcze nie byłam nazwy jak zwykle nie pamiętam, mam zapisaną w mojej książce nurkowej, gdzie wpisuję każde nurkowanie, ale leżę teraz w łóżku i nie chce mi się podnosić, żeby wpisać nazwę, która większości i tak nic nie powie.
Po około godzinie dopłynęliśmy na rafę. Ogromna jasnobrązowa powierzchnia, która prawie wystawa z wody to była nasza rafa na pierwsze nurkowanie. Świetna organizacja na łodzi, wszyscy uśmiechnięci, choć można było zauważyć zdenerwowanie i lekki stresik, prawie u każdego, dla kogo nurkowanie dotychczas oglądało się w tv lub na zdjęciach. Zaczynamy przygotowania. Pianki, których założenie wcale nie jest takie proste jakby się wydawało. Musi się człowiek umordować, żeby dobrać swój rozmiar a potem wciskać się w czarny kombinezon. Argument, że pianka wyszczupla i będzie się wyglądało jak szprycha, wcale nie pomaga. Dwa sapnięcia, pomoc beżowych małpek i jestem ubrana. Poszukałam w żółtej plastikowej skrzynce, przygotowanego wcześniej balastu i zapięłam jak pasek, tylko mój pasek ważył 8 kg. Maskę i płetwy położyłam po prawej stronie i zaczęłam zapinać jacket. Klamra jedna, druga, pas na rzepy, klik, klik i gotowe, zapasowy automat przełożyłam pod pachą i zamocowałam w metalowym uchwycie. Powietrze w butli 200 bar, wszystko gra. Wstaję ze stęknięciem bo sprzęt jest ciężki, a butla na plecach mogłaby być lżejsza o parę kilogramów. Na koniec płetwy,napompowanie jacketu, plucie do maski, żeby nie parowała i hop do wody, gdzie czekają już jak zwykle tylko na mnie moi koledzy.

Naciskamy guzik z uniesioną lewą ręką nad wodą i zaczynamy znikać w głębinach. Patrzę na pozostałych nurków, którzy wpadają jak śliwka w kompot a ja powoli, powoli, powoli zaczynam opadać i mój balast wreszcie się do czegoś przydał. Będąc na łodzi wyznaczyliśmy pary, kto z kim płynie, odnalazłam Rosjankę w czerwonej chuście na głowie i płyniemy. Paula na początku nadawało tempo i spoglądała co jakiś czas jak sobie radzimy. Tłocznie pod wodą, bo obok nas było jeszcze kilka statków, więc od razu popłynęliśmy podziwiać podwodny świat. Na dnie zerkała na nas płaszczka wielkości dużej pizzy w czasie gdy my prawie jej nie zauważyliśmy. Parę metrów dalej zobaczyliśmy ogromnego Napoleona, o czym dowiedziałam się dopiero jak wyszliśmy, ryba ogromna ale jak się nazywa jak się ją widzi pierwszy raz? Teraz już wiem jak wygląda skrzydlica, murena i małe krewetki, ale pierwszy raz nie wiedziałam nawet jak wygląda Nemo.

Paula porobiła nam piękne zdjęcia i na koniec przepłynęliśmy wąską szczeliną, wpływając na wrak statku. Imponujący silnik, połamana konstrukcja i poplątane liny sprawiły, że poczułam się troszkę jak w Titanicu. Oczywiście Titanic to nie był nawet w jednej setnej, ale wrażenia niezapomniane. Nurkowanie jest boskie. Szczególnie w Morzu Czerwonym, które oferuje to co najpiękniejsze za niewielkie pieniądze. To nurkowanie podobało mi się najbardziej. Kolorowe rybki, czerwone, żółte i niebieski, w kropki w paski i długie jak wąż strażacki. Pięknie, kto nigdy nie nurkował musi spróbować, bo to coś fantastycznego.




niedziela, 26 września 2010

OSTATNIE 32 DNI

I zaczęło się odliczanie. Powoli mój sezon zbliża się ku końcowi i pora ruszać do domu. Do nowego mieszkania, do mojego Pawła i uściskać babcie, które czekają z utęsknieniem. Ojj..jak tylko pomyślę, że już niedługo będę w domku to skaczę z radości. Gdyby jeszcze w Polsce pogoda była trochę bardziej przyjazna, no ale nie można mieć wszystkiego. Tyle czasu w upale powinno mi wyjść bokiem, a na trochę do zimnej Polski na pewno nie zaszkodzi. W końcu w styczniu lecę do Indii i tam znowu będzie cieplutko.

A może w tym roku będzie ładna jesień i jakaś łagodna zima? Może namówię Pawła na narty i spędzę wreszcie super sylwestra? Któż to wie? Ważne, żeby mieć jakiś plan i starać się go zrealizować. Odliczanie pełną parą. Czas nabrać trochę kolorów, ponurkować i wykorzystać ostatnie dni w słonecznym Egipcie. Katowice Pyrzowice powitają mnie 29 października. Do zobaczenia w Polsce!

środa, 8 września 2010

JEST MI ZIMNO

Sezon letni prawie się kończy, zaczęło się rozmyślanie o kolejnych podróżach. Może uda się wyjechać gdzieś na zimę? Marzy mi się Dominikana albo Bali...osób chętnych jest dosyć sporo, a miejsc niewiele. Ale nie będę sobie tym teraz zawracała głowy, co ma być to będzie. Mam już bilet do domku i z tego cieszę się niezaprzeczalnie najbardziej. Wylot do Katowic 29 października i witaj zimo. Jak już teraz mój tato grzeje w domu gazem i mówi, że jest 10 stopni to co to będzie w listopadzie. Kurtka puchowa, czapka i rękawiczki przywitają mnie po powrocie do Polski.

W Egipcie też pogoda powoli się zmienia. Nie jest już tak upalnie jak w ubiegłych miesiącach a wieczorne lotniska, staja się chłodne i wietrzne. Pod koniec września na lotnisko będę jeździła w czerwonym firmowym polarze, bo gęsia skórka pojawia się już co raz to częściej. Na ostatnim przylocie na Warszawie, było mi tak zimno, że przy turystach mówię "ale dziś zimno" a oni do mnie "ale ma Pani poczucie humoru". I co tu się dziwić, jak w Polsce spadł śnieg na Kasprowym to chłodny egipski wiaterek będzie jak fala gorąca buchająca z piekarnika. Lubię ciepło, a zimę tylko wtedy gdy w górach jest śnieg i można pojechać na narty.

wtorek, 7 września 2010

HURGHADA w TRZECH ODSŁONACH

Życie w Beżolandii można podzielić na kilka kategorii. Pierwsza to osoby, które zatraciły gdzieś poczucie własnej wartości, często nawet ładne, w miarę oczytane i zarazem najgłupsze z wszystkich możliwych. Tzw. habibitour, przyjeżdżają do Hurghady tak często jak tylko się da. Stoją z walizką na lotnisku i jak je czekoladowy Pan odbierze to jest wielkie buzi, buzi, a jak zapomni albo się spóźni o godzinkę, to siedzą z mina basseta i wypatrują. Taki ich los, może przesyłały za mało pieniędzy i Mohamed Ahmed Abdul na drugim terminalu czule żegna inną Habilibi. Ta kategoria najszybciej łapie też różne choróbska. Afryka dzika, Rosjanki, Polki, Czeszki i inne nie zastanawiając się nad konsekwencjami zmieniają wakacyjnych kochanków jak program w TV. A potem jest płacz. Czy tak trudno zrozumieć, że każdego miesiąca w Rosji odnotowuje się około 5,5 tysiąca zakażeń, czy te liczby nikogo nie przerażają? Najwyraźniej nie, po tym co się widzi na Sheraton Road w Hurghadzie, kolorowi chłopcy ubrani w koszulkę od "Aramiego" w butach "Dolce & Ghana" lub gumowych klapkach za dolara i spodniach troszkę ubrudzonych, ale Habibi na to akurat nie zwraca uwagi. Włosy na żel, kretyński uśmiech i moje ulubione - długi paznokieć, wyhodowany jak na araba przystało, który nie używa papieru toaletowego, po to...jak to napiszę to zwymiotuję, więc musicie się domyślić sami. Tak odpicowany beżek, zaczepia każdą przechodzącą niewiastę i umawia się na niezapomnianą noc lub chociaż godzinę, bo czas jest cenny. Barman, kelner, sprzątający, sprzedawca kofty, torebek i tytoniu do shiszy, każdego dnia bałamucą głupie turystki i rozkręcając sex turystykę w Hurghadzie.

Kategoria druga to "żyję tu bo mam pracę, męża, dzieci, itd" jedni przyjeżdżają z zamiarem zamieszkania i osiedlenia się prawie na pustyni, drudzy wiedzą, że będą tu pół roku - rok i wracają. Wiele osób mieszka tu już od ponad 10 lat, mają swoje zajęcia, interesy, pracują głównie w turystyce i chyba mają się dobrze. Dzieci chodzą do prywatnej szkoły, za którą płaci się nie mało, są przedszkola, żłobki i to by było na tyle. Hurghada to nie Las Vegas a możliwości rozrywek, rozwoju i życia po europejsku są bardzo ograniczone. Zamiast placu zabaw, jezior, łapania żab i glizd na podwórku, grania w badmintona na trzepaku i jeżdżenia na działkę do babci, pozostaje przejażdżka na wielbłądzie, kąpiel w Morzu Czerwonym i słońce przez prawie 365, co akurat jest plusem. Czy są szczęśliwi? Czy znaleźli tu swoje miejsce na ziemi? Czy może żałują swoich decyzji, a nie ma już odwrotu na powrót do Europy. Mam oczywiście swoje zdanie na ten temat, ale pozostawię to dla siebie. Wszystkim moim kolegom i koleżankom, którzy na stałe zamieszkali w Hurghadzie życzę jak najlepiej i podziwiam za wybory, których dokonali.


Do trzeciej kategorii zaliczam osoby przyjezdne. Mogą być to turyści, osoby przylatujące w interesach, odwiedzający swoich przyjaciół i znajomych. I to ich z reguły lubimy najbardziej. Turyści szczególnie polscy, są jacy są, ale porównując z Niemcami czy Anglikami, nie są jeszcze tacy najgorsi. Polscy turyści są jak przedszkolaki, które bez Pani przedszkolanki ani rusz. Uwielbiam natomiast odwiedziny znajomych, przyjaciół i rodzinki. Oprócz miło spędzonego czasu, można też najeść się do syta. Oni najlepiej wiedzą czego nam tu brakuje. Przywożą walizki pełne łakoci, od kiełbasy, przez kiszone ogórki, po szynki i pierogi. Obżarstwa nie ma końca. I niech mi ktoś powie, że jedzenie egipskie jest lepsze od naszego smalczyku, świnki, bigosu i innych pyszności. Aż mi ślinka pociekła. Papierki po krówkach zajmują teraz spora powierzchnię mojego pokoju. Ból brzucha gwarantowany, ale warto było. Dziękuję za pyszniaste cukiereczki i kabanosy ! Wracam do Bulandy 29 października, będzie się działo.

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

SIĘ DZIEJE

Sierpień powoli się kończy, w Polsce zaczyna się szkoła, a na wakacje przyjeżdżają co najwyżej biedni studenci. Do tego wszystkiego w hotelach właśnie teraz przypominają sobie, że trzeba wyczyścić basen, przez co sparaliżowany jest prawie cały hotel. Morze odpłynęło jak na odpływ przystało, może wróci może nie, raczej nie biorąc pod uwagę, że od początku czerwca trzeba iść po kostki w wodzie jakieś 300 metrów, żeby poczuć morską wodę. Rafy jak nie było tak nie ma, bo skąd ma być skoro ludzie po niej skaczą, niszczą i zabierają w bagażu do domu. W restauracjach walka o jedzenie, talerze, sztućce, nie wspominając o wolnym stoliku, ale to że jest wolny nie znaczy jeszcze, że zostanie w najbliższych minutach posprzątany. Istne piekło. Pokoje jak twierdzą goście, brudne, śmierdzące i to na pewno nie jest standard pięciu gwiazdek. No jasne, jak ktoś biega z aparatem i robi zdjęcia fug, albo krzywych drzwi czy płytek w łazience, to przepraszam bardzo, Egipt to nie Szwajcaria, gdzie jest czysto, każdy lata koło nas jak ze sraczką i pościel zmienia się 5 razy w ciągu dnia.

Stojąc w kolejce po zupę, polski turysta zagaduje wysokiego, dobrze zbudowanego mężczyznę -"Where are You from" duży pan odpowiada -"Holland", -"Aaaa..no to trzeba było tak od razu mówić, ja też z Polski" Powiedział jeszcze kilka słów w obcych dla dużego pana języku i poszedł nie zwracając na nic uwagi. Poland czy Holland, co za różnica kiedy zupa już zdążyła wystygnąć a na łyżkę nie mogłam się doczekać. Uwielbiam polskich turystów.

Dziś leniwy dzień, wolne to najlepsze co może być. Nie trzeba się martwić czy koszulka wyprasowana, nie trzeba się zastanawiać co i jak trzeba jeszcze zrobić, wszystko na luzie i spokojnie przebiega, do momentu kiedy ktoś nie zadzwoni. Oprócz telefonu o 1:40 w nocy z kierunkowego Arabia Saudyjska, jeszcze nikt nie dzwonił, ale jeszcze młoda godzina więc wszystko może się zmienić.

Odebrałam wczoraj mamę z lotniska, spotkałam się z koleżanka na shiszy i odliczam już powoli dni do końca. Na szczęście bilet mam już zarezerwowany, więc jedna pewna wiadomość, to że wracam do Katowic 29 października. Załatwianie spraw i przeprowadzka do nowego mieszkanka w Krakowie. Już się nie mogę doczekać.

sobota, 14 sierpnia 2010

GWIEZDNE k**** WOJNY

Czy choć raz przy zakwaterowaniu ludzie nie mogliby powiedzieć: "dziękujemy za pomoc, super pokoje"? Odpowiedź jest bardzo prosta - NIE. Jak się zdarzy ktoś taki, to się będzie go pamiętać chyba do końca życia. Przecież zakwaterowanie zawsze i tylko w najlepszym pokoju im się należy tak? Jak najszybciej, bo przecież są na wakacjach i nie dość, że samolot nie wylądował dokładnie o 11, żeby już o 12 mogli dostać pokoje to jeszcze biuro funduje im pobyt o jeden dzień dłużej w hotelu, a co najgorsze z możliwością korzystania z All inclusive przez cały dzień, leżakowania, plażowania i moczenia tyłka w basenie. Skandal, przecież samolot to nie tramwaj, który co pięć minut podjeżdża na przystanek i można być na miejscu o której się chce. Wiele osób wie lepiej. Samolot ma lądować tak, żeby mieć pełny siedmiodniowy pobyt w hotelu a nie sześć i pół w tym jeden bez pokoju od 12. Bo przecież, wszyscy siedzą cały dzień w pokojach, leżaki opatulone z każdej strony a to ręcznikiem, a to gazetą, a to jakąś reklamówką a'la biedronka, oczywiście same się zarezerwowały. "Zapłaciłem wymagam i mam prawo rezerwować leżak w hotelu, za który zapłaciłem nie mało proszę Panią" Nie wiadomo czy pan prosi do tańca, czy znowu kolejny patriota omijał lekcje polskiego. Najgorsze jest komentowanie pod nosem czegoś, co nie powinno być żadnym ale to żadnym zaskoczeniem, a jest niczym śnieg w środku lata. Wybierając się na wakacje każdy dostaje umowę, warunki uczestnictwa pod którymi się podpisuje oraz stos informacji bardziej i mniej przydatnych. Więc nich mi ktoś wytłumaczy, dlaczego co tydzień znajdzie się grupka ludzi, która nie ma zielonego pojęcia do kiedy mają wykupione wakacje. Nie potrafią zrozumieć, że doba kończy się do 12 a samolot jest w nocy, nie mogą pojąć, że powinni całować stópki Jezuska za to, że mogą korzystać z wszystkiego na terenie hotelu bez dodatkowych opłat. "Polaków zawsze traktuje się najgorzej, zawsze dostajemy najgorsze pokoje, najgorzej sprzątają nam pokoje i jesteśmy dyskryminowani" no jasne, przecież Niemcy, Francuzi, Anglicy płacą kupę kasy za pokoje z Sea View, rozdzielają napiwki jak owocowe cukierki a wysokość robi miejscowym wodę z mózgu. Polacy za to wymagają, bo wydaje im się, że zapłacili 2000 złotych za pobyt w 5* hotelu i Pana Boga za nogi złapali, będą łazić narzekać, robić zdjęcia fug w łazienkach i robić raban jak jedna mrówka faraonka przejdzie się po ich pokoju. Kiedyś problemem były gekony - "gekon to nie krokodyl" - odpowiedziała recepcja. Polski turysta uwielbia szukać dziury w całym, mało jest osób, które potrafią dopasować się do sytuacji, być elastycznym i korzystać w pełni z wakacji. Musi się znaleźć przynajmniej kilku, którzy od razu po przekroczeniu progu hotelu znajdą minimum pięć mankamentów hotelu. Nie można pominąć także porównań. Wieczne opowiadanie jak to była sto lat temu w hotelu "zielony ogórek" albo "kogucik", jak to tam było lepiej i jak to więcej z X biurem nie przyjadę. Szkoda, że nie dotrzymują słowa w kwestii nie przyjeżdżania ponownie, oszczędziło by to stresu i nerwów kolegom i koleżankom po fachu. "bo ja byliśmy w zeszłym roku w Egipcie, to jedzenie było sto razy lepsze, a tu w ogóle nie ma co zjeść, monotonne, wiecznie to samo, mówię Pani to jest jakaś kpina i to nie jest standard pięciu gwiazdek, absolutnie". No tak,tak, bo na śniadanie w domu mają 4 rodzaje masła, naleśniki, jajka, grzanki, zupę mleczną, na ciepło na zimno, na słodko, na słono, kiełbaski, placki, deskę serów, pomidory, ogórki, jogurty i jeszcze herbata, kawa, soki, woda i soft drinki. A jako drugi zawód dorabiają w Urzędzie Marszałkowskim i dokonują kategoryzacji hoteli przyznając im gwiazdki. Spece od siedmiu boleści, nie mogę tego już słuchać. Jest jeszcze grupa wczasowiczów, która nie ma wyczucia, nie chodzi nawet o czas, ale o pierdoły z którymi potrafią dzwonić roztargnieni turyści. "proszę natychmiast przyjechać i coś zrobić bo ukradziono mi ręcznik", przecież jak większość myśli, moja praca to jedne wielkie wakacje, więc mogę beztrosko podróżować od hotelu do hotelu szukać zagubionych ręczników, zmieniać pokoje i wysłuchiwać dziesięć razy tego samego narzekania.

CDN

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

NADAMAR <-------- czyli nie jemy, nie pijemy, świętujemy.

Wielkimi krokami, tak wielkimi, że już się boję na samą myśl, zbliża się nic innego tylko RAMADAN. Jak co roku, tylko o innej porze rozpoczyna się wielki post, który będzie trwał aż przez miesiąc. Jednego można być pewnym, nic dobrego z tego nie wyniknie. Nie będą jeść, pić, palić ale za to będą chodzić głodni, źli, naburmuszeni i nic im się nie będzie chciało. Aż trudno sobie wyobrazić, że można działać na jeszcze wolniejszych obrotach, przecież już wolniej się nie da otwierać bramy przy hotelu, donosić talerzy w restauracji gdy zabraknie i kwaterować 4 pokoje jeszcze dłużej niż pół godziny. Niewiarygodne. I pomyśleć, że uważają się za takich świętych, religijnych i co zdumiewające czystych. W końcu myją się 5 razy dziennie przed każdą modlitwą, to że woda jak z kałuży, chlapią się bardziej niż myją, to z myciem wiele wspólnego nie ma. Gumowe klapki, dziurawy brudny t-shirt i szczerbaty uśmiech. Z zębami jest tak: albo są ładne, proste, błyszczące albo krzywe, brudne i dziurawe, na kogo trafi na tego bęc. Cały dzień bez jedzenia można przeżyć, ale bez wody w takim upale? Cóż, sami się na to decydują, w końcu nikt ich do tego nie zmusza - nikt tylko religia i sąsiad, który patrzy czy ten drugi przestrzega zasad ramadanu. A po zachodzie słońca wielkie obżarstwo. I tak aż do rana, nic dziwnego, że nic im się później nie chce w ciągu dnia. Jakbym balowała do 4 rano, to bym spała długo a nie tam pracowała.. Już przyśpieszono wyjazdy na wycieczki, z zamkniętymi oczami mogę powiedzieć, że będą problemy. Nie lubię ramadanu, mimo wszystko szanuję i akceptuję zmiany, ale będę się bardziej cieszyć jak będzie już po.

wtorek, 20 lipca 2010

KARAIBY PO EGIPSKU

 Jak najlepiej odpocząć w wolny dzień? Jak zaplanować sobie 24 godziny, żeby czerpać z nich maksymalnie dużo? Cóż, pomysłów było kilka, mogłam jechać ponurkować, bo gdzie zobaczę takie rafy jak nie w Egipcie? Mogłam leżeć na leżaku w hotelu, bądź w łóżku, które bardzo lubię, szczególnie gdy wracam zmęczona po przylotach i padam na gruby materac. Pojawiła się też opcja trzecia, czyli wyprawa na Mahmyję. Plaża, złoty piasek i boskie kolory morza, które można spokojnie porównać z Karaibami. Cudownie, błogo i zachwycająco przepięknie. Ile razy tam jestem, tyle razy się zachwycam kolorami wody, od zielonej po rażący turkus, fikuśne muszelki, które niewielkie fale wyrzucają na brzeg. O dziwo, mój telefon ani razu nie wydał z siebie niepokojącego dźwięku, ani razu nie zaalarmował, iż przyszedł sms, więc tym bardziej mój wolny dzień upłynął pod hasłem no stress no pax no problems.
Mahmeja, ach Mahmeja, ułatwiając wszystkim poprawną wymowę nazwy wyspy, a właściwie plaży, bo przecież wyspa od dawien dawna nazywa się Giftun, skupmy się na walorach estetycznych. Można się tam wybrać, korzystając z niejednej wycieczki organizowanej przez biura podróży. Według folderów, Mahmyja określana jest jako raj za ziemi, rajska plaża, rajskie widoki, prawie rajski raj. Co więc czyni Mahmeję tak wyjątkową? Czy można tam marzyć i bujać w obłokach, czy można sączyć drineczka z różową palemką i czy warto wydać 70 usd, żeby spiec sobie plecy do czerwoności?
Odpowiedź może być tylko jedna. Warto zrobić wszystko, żeby choć na chwilę się tam znaleźć. Gdyby od portu w Hurghadzie rejs trwał krócej niż godzinę, to nie jeden płynąłby tam na pontonie albo dmuchanym materacu. Wypłynęliśmy około godz.11 stej, żeby w drodze powrotnej rozkoszować się zachodem słońca. Na wyspie byliśmy przed 12 -stą, to jest Ania, Piter no i rzecz jasna Ja. Statek zarzucił kotwicę, paręnaście metrów od brzegu, od razu podpłynęły mniejsze, białe łodzie, która przetransportowały nas na plażę. Prawie posikałam się w majtki, gdy zobaczyłam te mieniące się wszystkimi kolorami zieleni i niebieskiego kolory morza, wcale nie takiego czerwonego. Gorący piasek, przyjemny wiatr i cieplusieńka woda. Wyskoczyłam z łodzi i poszliśmy rozbić nasze obozowisko na cudownie zapowiadający się dzień.

Wybraliśmy miejsce, z którego można było oglądać fantastyczną panoramę nie tylko wyspy, ale i przepływających co jakiś czas łodzi. Nie było dzikich tłumów a z głośników wydobywała się genialna do czasu i miejsca muzyka. raz spokojnie, raz upojnie a raz można było poruszać bioderkiem lub inną częścią ciała. Przyszedł mocno opalony pan z obsługi, podał menu i zapytał co życzymy sobie do picia. W głowie wirowały mi kolorowe słomki, limonki ale w rezultacie zamówiłam sprite'a. Ania z Piterem od razu wiedzieli co zamówić, a ja chwilę się zastanawiałam. Wprawdzie byłam już po śniadaniu, ale tam nie można sobie absolutnie niczego odmówić. Zamówiłam sałatkę grecką, mój dream team biały serek z pomidorami i chrupiącym chlebkiem, prosto z pieca. Oszalałam, niebo w gębie, mm..rozkosz, po prostu coś pysznego. Nigdy w życiu nie jadłam tak pysznego śniadania. I chyba nigdy nie zjadłam takiej ilości pieczonego chleba, ale mogłabym zjeść jeszcze drugie tyle, gdyby się tylko pojawił na stole.
Po śniadaniu, kąpiel, opalanie, sesje zdjęciowe, bo przecież bez aparatu by się nie obyło. Błogie lenistwo trwało aż do wieczora. Rejs powrotny upłynął w miłej atmosferze a czerwono-malinowe słońce schowało się za górami. Wszystko było by pięknie, gdyby nie moje spalone plecy i boląca głowa. Już w drodze powrotnej czułam jak pulsują mi skronie. Bum bum bum..jakby ktoś mi wbijał kolek w głowę. Ałć..wsiadłam do taksówki, muzyka ni to koran ni to dance, huczała w całym aucie, na nic się zdały prośby o przyciszenie, wyłączenie, zmianę melodii. Okna pootwierane, zero klimy i dym z papierosa rozłożonego na siedzeniu kierowcy. Modliłam się, żeby jak najszybciej dojechać do hotelu, doczłapać do pokoju i pójść spać. Plecy czerwone jak ogień, boli, boli,boli...

piątek, 16 lipca 2010

ŁER JU FROM, ŁER JU GOŁ

Czy można sobie wyobrazić bardziej głupkowaty naród niż Egipcjanie? Może być trudno. Długi pobyt w  Egipcie, pozwolił przyzwyczaić się do pewnych zachowań, powolnego trybu kodowania informacji, jeszcze wolniejszego trybu załatwiania różnych spraw, od restauracji i kelnerów po recepcjonistów kończąc. Nie wiem czy to co palą, tak na nich działa, czy to pogoda, czy oni po prostu tacy są. Niereformowalni pod żadnym względem, powolni jak żółwie w tych swoim ufafranych spodniach udają eleganckich. Podają mi szklanki z colą trzymając je w taki sposób, że koniuszki palców kelnera przy większych przechyłach dotykają gazowanego napoju. Jak tego nie widzisz, to jeszcze pół biedy, gorzej jak to zobaczysz - odechciewa się pić na następne 7 dni.

Egipcjanie...mało skomplikowani, starają się wysępić każdego możliwego do wysępienia dolara. I proszę się nie dziwić jak przy zakwaterowaniu nie dacie jednego zielonego banknotu za wniesienia bagażu, a po kilku dniach zapuka do Was do pokoju  ten sam człowiek i wyciągnie rękę po napiwek. Proszę się też nie zdziwić, że innych obsługują chętniej innych mniej, że jednym nalewają pół szklanki a innym całą, że jedni kłaniają się w pas i uśmiechają się już gdy widzą nas z odległości pół kilometra, a inni będę nam 30 min przynosić brakujący widelec. Zawsze i wszędzie chodzi o kasę. Kto daje duże napiwki, ma dużo przywilejów. Nie każdy nadal wie, że w Egipcie odpowiedni serwis i obsługę można sobie kupić. Nie chodzi tu oczywiście o wielkie kwoty, czasami 10 dolarów może rozwiązać wszystkie problemy podczas tygodniowego pobytu.

Porozumiewanie się w Egipcie, to nic trudnego. Można używać wielu języków od łamanej angielszczyzny, przez niemiecki, polski i oczywiście rosyjski. Należy jednak uważać na tych, którym wydaje się, że znają język obcy, a jedynym wyuczonym zwrotem jest "bjutiful gerl", "owww..bjutiful gerl", i  moje ulubione "łer ju goł", łer ju from" i "hał ar ju". Mogą powtarzać to do znudzenia. Idąc chodnikiem, gdzie krawężniki dosięgają prawie do kolan, trąbią, wyciągają rękę przez szybę, zwalniają w najbardziej nieodpowiednim momencie, kiedy chcesz przejść przez ulicę i krzyczą po kilkanaście razy "łer ju goł, łer ju goł"..można ich ignorować i udawać, że nic się nie dzieje. Taksówki jednak nie dają za wygraną i zatrzymują się jedna za drugą. Bo przecież skoro nie chcemy jechać ta pierwszą, nie znaczy, że nie wsiądziemy do drugiej, trzeciej i dziesiątej. Przecież jakbym chciała pojechać taksówką to bym ją zawołała, pomachała, wykazała cień zainteresowania, że chcę.

Na kolejne lamańce językowe, skazani jesteśmy przy zakupie pamiątek. To nie Europa, gdzie ceny są na każdym produkcie, wkładamy do koszyka, podchodzimy do kasy, płacimy, przesyłamy pozdrowienia i idziemy do hotelu. Żeby kupić coś w Egipcie, trzeba mieć mocne nerwy, dużo cierpliwości i brzydką żonę. Choć teraz to "habibi tour", mogą być i brzydkie i koślawe. Każda ma wzięcie. Zakupy nie są proste. Szereg bazarów z pamiątkami "made in china" oferują najlepsze pamiątki z Egiptu. Maski Tutanchamona, breloczki, papirusy, fajki wodne, arafatki i cała masa innych drobiazgów. Sklepikarze nie czekają jak w Europie w środku, tylko na zewnątrz, wypatrując potencjalnych klientów sokolim wzrokiem. O wejściu do sklepu i pooglądaniu, można zapomnieć, klient w sklepie to jak mucha w sieci pająka. Albo kupi albo go zjedzą. Egipcjanie nie mają cen na żadnym produkcie, mają ceny w głowie, mimo, iż nie zawsze potrafią posługiwać się kalkulatorem, bardzo szybko przeliczają wszystko na dolary, euro, funty na cokolwiek. Walka o pamiątki potrafi być długa i męcząca, targowanie potrafi odbywać się godzinami, a sklepikarzom sprawia to niebywałą przyjemność.

Na zakończenie "hał ar ju" i "łots jor nejm", oraz seria głupich pytać. Każdy pyta "hał ar ju" i podobnie jak w Nowym Jorku, nikt nie oczekuje na odpowiedź. Są jak muchy, jak się przyczepią to się już nie odczepią. Będą szli za nami, w gumowych klapkach, z paletą zegarków typu "Adonis" albo "switch" albo z papirusem za "łan dolar". I można mówić tłumaczyć, odmawiać, dziękować, kiwać ręką, że NIE - nic nie pomaga. Można być w stroju służbowym w sklepie i usłyszeć " ju łork hir łot", albo jechać na parking będąc już na terenie lotniska i usłyszeć pytanie od mężczyzny w białym uniformie z policji turystycznej "łer ju goł", odpowiedź, że na lotnisko Pana w pełni satysfakcjonuje, bo przecież nigdzie indziej nie da się jechać. Można też być turystą i przyjacielem w jednym, ponieważ prawie każdy Egipcjanin powie "senkju maj frjend" i oczywiście hit sezonu czyli SRI i SINK. Jedni mówią "trzy" jedni wymawiają "czy", "czeci", a tu mówi się SRI. I jakby komuś wydawało się, że recepcjonista tonie, to nie tonie tylko myśli.

poniedziałek, 12 lipca 2010

ALE JAK, ALE GDZIE?

Czas powoli płynie, słońce świeci każdego poranka kiedy otwieram oczy i patrzę za okno. Czy można chcieć czegoś więcej? Nurtujące każdego turystę pytania, jak długo już tu jestem i jak długo zamierzam zostać, a co, a jak, a po co, a o co, a ..i tak w kółko. Część pytań ignoruję, na drugą część odpowiadam, krótko i najczęściej zmieniam temat. Bo co to kogo obchodzi, co ja robię, gdzie mieszkam, jak mi się tu pracuje itd. Turysta to wszędzie wsadzi swój nochal. Być może nieświadomie zadaje pytania, które powtarzają się z każdym nowym przylotem, czyli średnio co tydzień.

Siedząc w Egipcie, zastanawiam się co będę robić jak wrócę. Czy pojechać gdzieś na urlop, który bez wątpienia mi się przyda. Nocne telefony i nieprzespane noce, po pół roku skłaniają do mniejszych lub większych wyjazdów. Ale więcej dylematów niż planów. Z jednej strony chciałabym pojechać gdzieś daleko, z dala od problemów, kłopotów, wyłączyć telefon i odizolować się od świata. Z drugiej zaś, chciałabym zostać w Krakowie, spotkać się z koleżankami, które już prawie zapomniały jak wyglądam, pomieszkać trochę  i pobyć z moim Pawłem. I bądź tu człowieku mądry i wybierz to co najlepsze.

Czasu na przemyślenia mam sporo, a kwestii do przemyślenia nie ubywa. Boli mnie coś dzisiaj głowa. Chyba się położę do łóżka. Przykryję kołdrą i pośpię parę godzin. Wieczorem, może pojadę do miasta? Co tu robić, gdy w około tylko pustynia, żadnych rozrywek, parków nawet pospacerować nie można. Bo też nie ma gdzie zbytnio spacerować. Wczoraj upiekłam placki ziemniaczane. Były pyszne. Brakuje mi tu najbardziej gotowania. Nie mogę zapraszać znajomych na obiadki, kolacje, winko i nie mogę gotować i piec tego co lubię. Aaaa..już niedługo.

piątek, 25 czerwca 2010

DEMOLKA

Właściwie można by było przyłączyć ten wątek do wcześniejszej serii kataklizmów, ale myślę, że spokojnie zasługuje na wyróżnienie. Dlaczego nie organizuje się wyjazdów na wczasowanie na 10 dni, albo 9 albo 5. W zupełności by to wystarczyło. Ludzie po 14 dniach byczenia się na plaży, pluskania w chlorowanym basenie i jedzenia średnio wyszukanego jedzenia dostają do głowy. Można przecież skrócić pobyt tak, żeby słońce za bardzo nie grzało w dyńkę i głupie pomysły nie chodziły po głowie. Oprócz tego warto też wspomnieć, że jak się jedzie na wakacje z dziećmi, to trzeba się niby trochę zajmować i nie liczyć, że zajmą się same sobą albo, że grupa animacyjna będzie zabawiać pociechy od rana do nocy.

Zapowiadał się miły wieczór, Gosia (koleżanka, która prowadzi dla nas rejsy po Nilu odwiedziła Hurghadę na parę dni i mieszka ze mną w hotelowym pokoju) wróciła z Kairu i zapowiadały się wieczorne ploteczki i wymiana informacji. Parę minut przed północą zadzwonił rzadko wydający jakiekolwiek dźwięki pokojowy telefon. Jako że moi turyści nie znają mojego numeru pokoju, kto o tak późnej porze, może do mnie dzwonić? Miałam ochotę nie odbierać, ale całą noc bym się później zastanawiała - o co chodzi.

Krzyczący do słuchawki recepcjonista - manager, jakiś ktoś zaczął opowiadać historię o dzieciach, czymś czerwonym, ogniu i zadymie na recepcji z moimi klientami. Nie rozumiejąc o co chodzi rozzłoszczonemu Panu, który grozi że wyrzuci moich gości z hotelu, jeśli się sprawa nie rozwiąże. Ubrałam koszulkę firmową i poszłam w stronę recepcji, aby zorientować się co się stało. Godzina nie sprzyjała załatwianiu spraw a fakt, że następne dwie nocki będę na lotnisku, generalnie mnie dobijały. Gdy doszłam na miejsce zaczęłam zbierać informacje na temat tego co się stało. Każdy miał inną wersję wydarzeń a zaczęło się tak..


Dwa dni temu, jakieś dzieciaki ogarnięte nudą postanowiły same sobie zorganizować czas na plaży. Niszcząc trzy plastikowe krzesła, kilka szklanek i zaczęło się dochodzenie. Ponieważ dzieci przemieszczają się często z prędkością światła, nie można było określić dokładnie, kto to był. Dzieciaki pojawiały się w różnych miejscach, drażniąc się z obsługą i ochroną hotelową. Następnego dnia, czyli w dzień przed finałem afery pomysły się rozbudowały i tutaj jestem pełna podziwu, kreatywności. Do czego służy gaśnica, każdy wie. Po co wisi kilka gaśnic na długim korytarzu na każdym piętrze hotelu, każdy wie. Co można zrobić z wiszącą bezczynnie gaśnicą? - to wiedzieli już tylko nieliczni.


Odpalenie kilku gaśnic na korytarzu i ucieczka to podejrzewam fajna zabawa, jak w głowie ma się kredki zamiast mózgu. Tak więc dwie gaśnice stały się tylko wstępem do akcji pt."co mi zrobisz jak mnie złapiesz" albo "złap mnie jeśli potrafisz". Kolejnego dnia w godzinach popołudniowych, odpalono 5 kolejnych gaśnic i dopiero wieczorem  udało się dowcipną bandę zlokalizować i pojąć prawie jak zakładników. Gdy znalazłam się o północy przy recepcji, były też matki chłopców zatrzymanych przez ochronę hotelu oraz 4 inne dzieciaki, siedzące grzecznie z dziwnymi minami na fotelu. Wzięłam sprawy w swoje ręce, wezwałam rodziców pozostałej ekipy demolkowej, jak się okazało, w zamieszaniu brały udział dzieci nie tylko z mojego biura, ale skład stworzono z Neckermana, Tui i Wezyra. 


Hotel wystawił rachunek za zniszczenia na plaży, oraz gaśnice. Po długich negocjacjach, ustalono, że trzeba wspólnie pokryć koszty 350 usd za wyrządzone szkody. Poszłam spać po godzinie 2 w nocy. rachunek został zapłacony a ja padałam ze zmęczenia. Nie tylko użeranie się ze swoimi gości, doszły do tego jeszcze pachoły z innych biur. To są właśnie negatywy mieszkania w hotelu. Zawsze pod ręką i zawsze na posterunku. Aaaa..spać mi się chce. Dobranoc







wtorek, 22 czerwca 2010

KATAKLIZM cz.2

Kiedy weszłam do pokoju, załamałam się widokiem, który zastałam. Uchylone drzwi od łazienki, rozwikłały moją zagadkę, bo właśnie tam pękła maleńka srebrna rureczka. Woda opanowała cały mój dość duży pokój, mącząc firanki, pufy, kanapę i moje ulubione materiałowe baletki. Choć o tej godzinie nie byłam w stanie myśleć, udało się wezwać pomoc i rozesłać smsy do kolegów z pracy o mojej tragicznej sytuacji na kilka godzin przed spotkaniem informacyjnym. 

Po 20 minutach przyszła ekipa hotelowa w składzie: hydraulik, inżynier i pokojowy. Rureczka została wymieniona w parę minut, gorzej było z wodą, która chcąc nie chcąc wciąż zalegała w moim pokoju. Usiadłam na białym, zakurzonym, plastikowym krześle na korytarzu i trochę przysypiając czekałam, aż będzie można wejść do pokoju i wreszcie położyć się do łóżka. Zasnęłam po 6 rano, a o 10 prysznic i ruszyłam na spotkanie informacyjne. Dzień zapowiadał się fatalnie i taki właśnie był. Na spotkaniu, ludzie średnio zainteresowani czymkolwiek co miałam im do powiedzenia, nie wspominając o braku zainteresowania pod kątem zwiedzania, oglądanie podwodnego świata itp. 

Do kolejnego hotelu miałam dotrzeć na 13:30. Spotkanie z ludźmi, którzy zostali przekwaterowani z innego hotelu nie zawsze należy do miłych szczególnie, jeśli jest się osobą, która ich o tym poinformowała dzień wcześniej. Na szczęście hotel spełniał wszystkie oczekiwania gości i był na bardzo wysokim poziomie, więc marudzenie można było wykluczyć. Z lobby baru musieliśmy się przenieść do miejsce określanego mianem dyskoteki, gdzie żar lał się z nieba. Gorąco - to za mało powiedziane. Piekło, patelnia, skwar to już adekwatne odpowiedniki. Szybkie spotkanie, najważniejsze sprawy omówione, kwestie wycieczek fakultatywnych jasno określone, ostatnie pytania i odpowiedzi. 

Wieczorem godzinka snu i znowu na lotnisko. Tym razem odbieramy Katowice. Przylecieli niby o czasie, a wyłazili tak długo jakby podobało im się w środku i zdecydowali, że jeszcze trochę tam pobędą. Odznaczanie na liście pachołów i już miałam obraz tego, kto pojedzie ze mną do mojego hotelu. OMG. Kataklizm jakby miał się przerodzić w trylogię kataklizmów. Górnicy, hutnicy, wieśniaki, buraki to skojarzenia, które pojawiły się w chwili, gdy pan cuchnący jak parowóz a raczej jak niewymieniana od miesiąca popielniczka, z czarną damską torebką Luis z Vitą przewieszoną na ramię, że niby to męska część garderoby na niby dokumenty. Pan od pierwszego spotkania, wyglądał na takiego co będzie miał dużo do powiedzenia. I nie trzeba było długo czekać, bo do powiedzenia miał całkiem sporo.

Najlepsze było jednak, gdy dojechaliśmy do hotelu. Przy zakwaterowaniu, Pan ze swoją dość liczną rodziną poprosił o pokoje z wejściem do basenu. Oczywiście takich nie dostał, bo nie było takiej opcji. Pochwalił się za to znajomością języka arabskiego, który opanował aż w jeden miesiąc. Tym samym gratuluję. Podchodząc do recepcji, pokazał na ręce opaskę All inclusive z jakiegoś innego hotelu w Hurghadzie, chwaląc się, że to nie pierwszy pobyt w tym mieście. Zapytałam zaskoczona, kiedy był Pan ostatni raz w Egipcie skoro do tej pory bransoletka widnieje na jego ręce. Odpowiedział, że jakieś miesiąc temu. Równie dobrze, mogło być to rok temu, a przed kolegami hutnikami przecież trzeba się pochwalić. Tak więc Pan, zaobrączkowany jak bydło, na drugą otrzymał kolejną opaskę. Żenuła..ała.



sobota, 19 czerwca 2010

KATAKLIZM cz.1

Powoli zaczęłam się zastanawiać, skąd się biorą niepoczytalni turyści. Pachoły, które nie jestem w stanie zaklasyfikować do żadnej kategorii lub podgrupy. Są dziwni, marudni i bez grosza przy duszy. Robią błędy ortograficzne w smsach ( "morze pani oddzwonic" ) i nie mają pojęcia o wyjazdach zorganizowanych. Do jasnej anielki, co to za sms, "morze pani oddzwonić?", że niby do kogo, po co i dlaczego ja mam dzwonić, skoro to stonka chce coś ode mnie a nie ja od niej. Poza tym od dawien dawna wiadomo, że na anonimowe smsy, nie odpisuję a już tym bardziej nie oddzwaniam. Szaleństwo..nie jestem w końcu informacją turystyczną, której funkcje często pełnię, ani tym bardziej centralą telefoniczną. Współczuję opuszczania lekcji polskiego, bo morze a może, hmm..zmienia treść wiadomości. 

Ale co tam smsy i błędy ortograficzne, ostatnie 2 dni dały mi mocno w kość i nie omieszkam was o tym poinformować. Mówiąc po mojemu "żenuła" do granic możliwości a ja padałam ze zmęczenia. A było to tak. Doszły nam dwa nowe samoloty. Gdańsk oraz Kraków, gdzie łącznie w ciągu dwóch dni przylatuje 7 czarterów. Wylot czwartkowy do Warszawy planowany na godz.1:30 w nocy. Wyprasowałam koszulę i spódnicę, aby mundurek wyglądał schludnie, przygotowałam wszystkie potrzebne papiery, listy przylotowe, wylotowe i po 19 położyłam się na 2 godz. do łóżka, bo nocka na lotnisku, nigdy nie wróży nic dobrego. Około 21:10, mój budzik starał się oprócz mnie postawić na nogi moich sąsiadów i grał koszmarną melodię tak głośno jak tylko zdołał. Sama sobie taką muzyczkę wybrałam, z myślą iż szybciej się obudzę, chcąc ją jeszcze szybciej wyłączyć.

Ubieranie, wiązanie koszmarnej apaszki, która jest za długa i w żaden sensowny sposób nie da się jej zawiązać, żeby wyglądało chociaż trochę Ok. Włosy w kucyk, trochę różu na policzki, kolczyki o kształcie noża w lewe ucho i widelca w prawe, torba, telefon, identyfikator i do pracy rodacy. Pachoły już kręciły się koło recepcji, gdy przyszłam 15 minut przed planowanym przyjazdem autokaru. Tysiąc pytań DO...jak w jakimś teleturnieju ( a co jest..a gdzie jest..a za ile..a czy można.. a skąd..) itd. Wreszcie przyjechał, o dziwo punktualnie, stonka załadowała się do autokaru i pojechaliśmy prosto na lotnisko.

Wylatują jedni, przylatują drudzy. Oczekiwanie na kolejną grupę przeciągało się a mi koszmarnie chciało się spać. Ponieważ wszędzie mecze piłki nożnej, nawet na lotnisku nie było spokoju. Telewizor jak w autobusach do Kairu, włączony tak głośno, że by zmarłego obudziło. Drzemka odeszła w zapomnienie. Po ponad godzinie przyjechali chłopcy radarowcy i poszliśmy na parking dopilnować autokarów, czy aby na pewno wszystkie są tam gdzie być powinny. Około godziny 1:20 stonka została zapakowana do autokarów i ruszyliśmy na kwaterowanie do hoteli. Szło mozolnie, ale się udało. Poszli do pokoi a ja usiadłam w recepcji i oczekiwałam przylotu z Krakowa, żeby zakwaterować raptem dwa pokoje. Policzyłam żyrandole w hotelu i prawie wszystkie kafelki. Przyjechali po około półtorej godziny. Dostali pokoje z widokiem na budowę mimo tego, iż pan recepcjonista zarzekał się, że widok będzie na basen. Hmm..cóż, kraje arabskie to kraje arabskie, bierzcie co dają, bo może być gorzej.

Gdy dotarłam do swojego hotelu, była już godzina 4:15. Nie miałam siły dojść do pokoju, zmęczenie dawało się we znaki, a myśl o dwóch spotkaniach informacyjnych od godz. 11:00 powodowała, że miałam ochotę zaszyć się w łóżku i udawać, że mnie tam nie ma. Tuptając prze długi hol, wymalowany na żółto, bordowo i potem znowu żółto dotarłam do mojego pokoju. Wkładając dłoń do torby w celu wyciągnięcia karty magnetycznej, usłyszałam dziwny syk. Gdzieś go już słyszałam, więc czym prędzej otworzyłam drzwi. I takim sposobem stałam już po kostki w wodzie...

poniedziałek, 14 czerwca 2010

PRACA, PRACA, PRACA

Trzeci tydzień pobytu w Egipcie, upływa całkiem przyjemnie. Mimo kilku niedociągnięć, nie ma na co narzekać. Z wyjątkiem faktu, że turyści nie chcą kupować wycieczek, a jakby tylko mogli to by kanałem spłynęli do Kairu, żeby zaoszczędzić parę dolarów. Takie czasy, czasami mam wrażenie, że wszyscy już widzieli piramidy i nie są zainteresowani wycieczkami. Mam nadzieję, że ten sezon mimo wszystko będzie udany.

Dzisiaj dzień wolny, który sama nie wiem jak mam spędzić. Zamiast leżeć krzyżem na plaży, przeglądam strony internetowe i rozmyślam o jakimś wyjeździe w niedługim czasie. Tylko gdzie? Eee..pewnie coś się wymyśli, ale jeszcze sporo czasu minie zanim wyjadę z Egiptu.
Wczorajszy dzień zapowiadał się koszmarnie, a w gruncie rzeczy był całkiem przyjemny. Wycieczka City Tour po Hurghadzie, której jak wszem i wobec wiadomo nie znoszę, wyszła całkiem wesoło a na koniec zorganizowałam losowanie kilku upominków, które wprowadziły poruszenie w autokarze i wszyscy byli bardzo zadowoleni. Po długiej przerwie powrót do rzeczywistości i opowiadanie o Hurghadzie przyszło mi z zaskakującą łatwością. Obowiązkowe punkty programu czyli Meczet, Kościół koptyjski w którym Pan mówiący po polsku zastrzelił mnie dwoma zdaniami "Nie można pojechać w ołtarz" oraz "My was bardzo lubię, z Bogiem habibi". Zagadka, gdzie pan uczył się polskiego? I dlaczego nie można pojechać w ołtarz. Tego już się chyba nie dowiemy.

sobota, 12 czerwca 2010

WIEŚCI Z AFRYKI

Tematyka bloga ostatnio trochę się pozmieniała, ale wiąże się to przede wszystkim z wyjazdami, które dalekie były od krajów arabskich. Jak jakby się dobrze przypatrzeć, Nowy Jork, aż roi się od Pakistańczyków, Marokańczyków i innych o skórze koloru beżowego. Aby, aż tak bardzo się nie narażać, anonimowemu czytelnikowi, dzisiejszy wpis prosto z Afryki, a dokładniej mówiąc z Hurghady w Egipcie.

Rozpoczyna się powoli sezon, wakacyjne wyjazdy są już w większości zaplanowane. Gorąca Hurghada przyciąga co roku miłośników nurkowania, pasjonatów zwiedzania w 50 stopniowym upale oraz rodziny z małymi dziećmi, które mają wszystko głęboko w d... i nigdzie poza hotelowy pokój, basen i restaurację się nie ruszają. Praca tym razem dla jednego z wiodących polskich touroperatorów, jak na razie układa się pomyślnie i bez większych przebojów. Ale niebawem dochodzą nam 2 kolejne samoloty, więc obsłużyć 7 samolotów i 400 osób w tygodniu, może wiązać się z różnymi komplikacjami.

Turyści jak to turyści, nic się nie zmieniają, nic się nowego nie nauczyli i nadal zadają zwalające z nóg pytania. Dziś boli mnie głowa, więc kładę się na chwilę spać, bo za godzinę kolejne spotkanie informacyjne w wypasionym hotelu Jaz Aquamarine. Jak ktoś chce spędzić wakacje w królewskim stylu, polecam ten hotel z pełną odpowiedzialnością, jest boski. A nawet boski to za mało powiedziane.