Pokazywanie postów oznaczonych etykietą FLAJTY. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą FLAJTY. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 czerwca 2016

Z KLASĄ


Podróże małe i duże, daleko i blisko nie są już czymś niezwykłym. Wyjeżdżamy coraz chętniej, coraz częściej i niekoniecznie z biurem podróży, jak to było jeszcze parę lat temu. Mamy do dyspozycji komfortowe środki transportu, lotnisko w Warszawie otworzyło się na świat i największym dylematem jest gdzie lecieć i na jak długo można sobie pobimbać.

Nie ważne jaką klasą, ważne żeby z klasą. Nie trzeba być geniuszem, żeby wiedzieć i wdrożyć w życie kilka fundamentalnych zasad, które w czasie lotu umilą czas nie tylko załodze, ale także współpasażerom. Samoloty są wygodne, nowoczesne, wyposażone we wszystko, co może przysłowiowy Nowak potrzebować w ciągu kilkugodzinnego lotu. Ale zacznijmy od początku. Jeśli ktoś jest w stanie wyjaśnić mi fenomen kolejki, która w błyskawicznym tempie formuje się, gdy tylko obsługa naziemna pojawi się przy bramkach, obiecuję gratyfikację cukierkową. Na boga, ludzie siedźcie na tyłkach do póki cała machineria nie ruszy. Nie stójcie jak drewniane kołki, bo nikt wam miejsca nie zabierze (ok no może są linie gdzie się liczy kto pierwszy ten lepszy, ale nie o takich przewoźnikach tu mowa). Słuchajcie komunikatów, gdy zaprasza się osoby siedzące w rzędach od 20-35 to nie pchajcie się ze swoją kartą pokładową jak na festynie po kiełbaskę z grilla, tylko czekajcie cierpliwie.

Choćby sprawdzali waszą kartę pokładową milion razy, zatrzymajcie komentarze i swoje frustracje dla siebie. Tak było jest i będzie. Ostatnio siedząc na lotnisku w Doha, obserwowałam gotujący się w kolejce zawijasie tłum, i nie mogłam się nadziwić - dlaczego oni sobie to robią. Czy lubimy stać? Czy mamy to poniekąd we krwi? Gdy jesteśmy już w samolocie, celem jest znaleźć miejsce, ulokować bagaż, usiąść i siedzieć. Nie blokujcie przejścia, bo książka, bo ładowarka, bo woda bo coś tam. Przecież można się wsunąć w rząd i wtedy szperać w bagażu podręcznym. Przy konfiguracji siedzeń po trzy, warto pamiętać i praktykować, że podłokietnik jest przeznaczony dla osoby siedzącej w środku, nie odwrotnie.

Gdy samolot posiada osobiste dotykowe monitory, to z naciskiem na dotykowe, nie trzeba w nie walić bez opamiętania, trochę wyobraźni nie zaszkodzi. Przecież osoba siedząca przed, z wbudowanym monitorem w zagłówku swojego siedzenia, może dostać wstrząsu mózgu, bo fotel będzie wibrował jak ta stara zasłużona motorola. W tym wypadku trenowanie cierpliwości, można odstawić na inną okazję i grzecznie można zwrócić uwagę pasażerowi stukającemu w prostokątny ekran. W innym razie można się nabawić nerwicy.

Wakacje wakacjami, ale czy lecąc na wymarzony urlop, trzeba wlewać w siebie wszystkie alkohole świata? Litości! To nie wesoły autobus, tylko samolot, alkohol działa tu ze zdwojoną siła niż na ziemi. Każdy kolejny procent w Twojej krwi powoduje zmniejszenie dopływu tlenu do mózgu. Co za tym idzie, chyba nie muszę opowiadać. Nie narażajcie siebie i innych na nieprzyjemną i niewygodną podróż. Pamiętajmy, że nie każdy po kilku drinkach jest potulny jak baranek. Jak już musicie się znieczulić, róbcie to z głową.

A teraz moje ulubione. Czy zastanawialiście się kiedyś jak obrzydliwie brudny jest samolot którym podróżujecie. Jak szybko jest sprzątana ta latająca tuba, między jednym lotem a drugim? Nie? To wyobraźcie sobie samolot, który zabiera jednorazowo 400 osób. W ciągu tygodnia odwiedza kraje, gdzie toaleta jest produktem luksusowym, a każdy lot to kilkadziesiąt różnych narodowości. Każdy po miliard razy przechodzi po ciemnej nie bez powodu wykładzinie. Dotyka brudnymi, spoconymi, pełnymi bakterii rękami wszystkiego czego Ty potencjalnie też dotkniesz. Ale to jeszcze nie jest najgorsze. Nigdy, przenigdy, nawet jeśli napuchnięte jak balerony stopy nie chodź po samolocie na bosaka. To jest tak obrzydliwe, jak stąpanie tą samą gołą girą w toalecie, gdzie kropelki na podłodze wyglądają jak woda. TO NIE WODA!

sobota, 24 listopada 2012

KOREANKA W KRAKOWIE

Nie uwierzycie. Ja do tej pory przecieram oczy ze zdziwienia. Przed lotem do Kalkuty z którą kojarzy mi się tylko Matka Teresa i cała otoczka Indii, które toną w górze śmieci, sprawdziłam załogę i system wyświetlił dwie Koreanki, Tajkę i dwie Hinduski. Tragedia Posejdona. Przyszłam na briefing trochę wcześniej, bo wyjątkowo nie było ruchu na drodze i busik dojechał bardzo szybko. Po kilkunastu minutach byłyśmy już w komplecie. Zaczęło się od autoprezentacji, czyli skąd się przybyło, jak długo pracuje się w firmie i jakimi językami się mówi. I pierwszy raz ktoś wyrwał mnie w butów. Pałeczkę przejmuje Koreanka i mówi "Hi, my name is Yu-Mi, Im from South Korea and I speak english, korean and POLISH". Zemdlałam. Myślałam, że źle słyszę, ale okazało się, że koleżanka YuMi zasuwa po polsku jak mały robot. Mieszkała rok w Krakowie i rok w stolicy. Uczyła się języka pięć lat w Korei, a potem na Jagiellońskim. Dacie wiarę?

Cały lot rozmawiałyśmy po polsku i nie mogłam się nadziwić, że tak świetnie mówi w naszym języku. Na pytanie co najbardziej podobało Ci się z Polsce, odpowiedziała bez zająknięcia - "tyskie". Potem dodała, że jadła też kiełbaski z niebieskiej nyski przy Hali Targowej i mnie kupiła. Zna wszystkie zakątki, smaki i tęskni za Polską. Powiedziała, że bardzo jej się podobało, tylko "chłopaki nie ładni". Miło było pogadać po polsku, w najmniej oczekiwanym momencie. Na dodatek z ostatnią osobą, którą bym mogła podejrzewać o znajomość jakże trudnego języka.

środa, 31 października 2012

PARLEZ VOUS FRANCAIS? - NIAGARA

Co za kompromitacja. Gdybym brała udział w milionerach, pełna widownia, przyjaciel czeka pod telefonem i Urbański zadaje pierwsze pytanie za sto złotych, "Czy językiem urzędowym w Kanadzie jest oprócz angielskiego, także francuski?", bez zająknięcia odpowiedziałabym, że nie. I poszłabym do domu z wypisaną na czole porażką, oglądaną przez całą Polskę, a potem miałabym najwięcej wejść na YouTubie. Stukam się w głowę, co mi się ubzdurało, że Kanada jest kanadyjska, angielska, wręcz nie może być inaczej. A tu już od briefingu, moja czujność się wyostrzyła, bo według naszych rozpisek przygotowujących do lotu, lecimy do Montrealu - lotnisko Pierre Elliott Trudeau.

Szczęście mi dopisało, bo na locie byłam z Justyną, z którą studiowałam na jednym kierunku w Krakowie. Więc pierwszy raz od dłuższego czasu, miałam super załogę. Już miesiąc wcześniej planowałyśmy wycieczkę nad najsłynniejszy wodospad, który zobaczyć trzeba, a to że musimy jechać autobusem dziewięć godzin w jedną stronę...pozostawię bez komentarza. W Montrealu byliśmy koło piętnastej. Odebraliśmy bagaże i autobus ruszył w stronę hotelu. Oczywiście nikomu się nie przyznałyśmy, że już o północy wyruszamy, bo to jeszcze sobie na głowę kłopoty ściągnę jak mnie zazdrosne nasienie podkabluje. Przyznałyśmy się Bułgarowi, który chciał nas zabrać do gejowskiego klubu, a okazja była spora, bo na ulicach pomarańczowe dynie i przebierańcy paradowali, aby świętować halloween. Głupio było odmówić, więc jemu jedynemu zdradziłyśmy nasz złowieszczy plan. Montreal przywitał przepiękną jesienią. Idealna pogoda na spacery, gorącą czekoladę i świeże, chłodne powietrze maluje nos na czerwono. Pewnie myślicie sobie, że nie ma czym się zachwycać, ale gdy się przez cały rok widzi piach, burze piaskowe i wysuszone palmy, to zmiana klimatu i krajobrazu na liściasty cieszy ogromnie. Zjedliśmy przepyszne steki, wypiliśmy winko i czas było się przygotowywać do drogi.

Bilety kupiłam już wcześniej u przewoźnika MegaBus, który oferuje bilety w różnych cenach od jednego dolara w górę. Oczywiście zasada jest prosta, im szybciej się rezerwuje i w najgłupszym przedziale godzinowym, tym taniej. Mój czas jest niestety ograniczony layoverem, więc nie było co kręcić nosem, zarezerwowałam to co było, po cenie do przejścia. Zapytałam w hotelu o stację autobusową, i na 45 minut przed odjazdem poszłyśmy na zbiórkę. Na miejscu byłyśmy piętnaście minut przed czasem, ale oczy przetarłam ze zdziwienia, gdy na tablicy odjazdów nie było naszego autobusu do Toronto. Zapytałam skrzywioną panią w okienku z napisem "Informacja", która z grymasem na twarzy stwierdziła, ze jesteśmy nie na tym dworcu i jak weźmiemy taksówkę, to może nam się uda dojechać na czas. Serce w gardle, zagotowałam się w środku i zła na siebie, że tego dokładniej nie sprawdziłam wskoczyłam do taksówki, która jak na złość utknęła w korku. Jak może być w piątek w nocy korek, no jednak może. Aaa..zapomniałam o jednym, przy rezerwacji on-line, nie ma możliwości dokonywania żadnych zmian w bilecie, co jeszcze bardziej mnie zestresowało, że jak ciemnoskóry taksówkarz nie pofrunie tą karocą, to Niagarę zobaczymy na pocztówce, a wydane dolary będę mogła tylko opłakiwać przy butelce wina. Byłyśmy spóźnione, zdyszane i z uśmiechami na twarzy, że nam MegaBus nie odjechał.

Niewygodnie, ciasno, ktoś mnie nadepnął jak szedł do toalety, pani z ostatniego rzędu spadł cukier i się zrobiło nerwowo, no i najważniejsze - za oknem leje jakby się chmura oberwała i nie wygląda jakby miało przestać. Do Toronto dojechałyśmy przed siódmą i po czterdziestu minutach, siedziałyśmy w kolejnym autokarze do stacji Niagara. Wreszcie koniec, kierowca poprosił o zabranie rzeczy osobistych i sprawdzenie dokładnie czy się czegoś nie zostawiło. Wysiadamy. Leje to mało powiedziane, wichura, pada, pada, pada, pada...nie przestanie. W małej poczekalni z paroma plastikowymi krzesłami zaczerpnęłyśmy informacji, gdzie ta cała Niagara. W sobotę autobusy jeżdżą według rozkładu weekendowego i mamy dwie opcje. Wziąć lokalny, zwykły, liniowy i potem maszerować dziesięć minut ( od razu mi się nie uśmiechało ), albo poczekać półtorej godziny na drożdży, ale można wsiadać, wysiadać cały dzień. Czekamy. Za oknem dalej mokro. Justyna idzie zapytać jeszcze raz. Mężczyzna z łysiną i wielkimi wyłupiastymi oczami, dał parasol i kazał już sobie iść na ten miejski autobus, bo wyglądałyśmy jak lumpy. Autobus zatrzymał się na światłach i wysiadłyśmy jako jedyne zainteresowane. W okolicy żywego ducha, wiatr wieje, buty już mokre, z włosów kapie, a parasol wygina się na wszystkie strony. Zimno jak w chłodni, sklepy i domy strachów świecą pustkami, turystów brak, ale jesteśmy my. Co dwa metry wchodzę do sklepu z pamiątkami, żeby się trochę ogrzać, ale powoli i to nie zdaje egzaminu, bo mokra już jestem cała. Wreszcie widać pieniący się wodospad. Światło na przejściu dla pieszych się nie zmienia, aż w końcu przechodzimy na czerwonym. Zmarznięte, przemoczone, robimy zdjęcia z miną udającą, że jest wspaniale i wcale nie pada.



Szukamy przystanku, żeby wrócić do poczekalni, w której przyjdzie nam spędzić długie godziny, bo przecież nie można zmieniać godziny na biletach, a planowałyśmy pobyt nad wodospadem aż do piętnastej. O jedenastej byłyśmy już usadowione na plastikowym krzesełku i obmyślałyśmy plan, jak tu się wcześniej wydostać z tego wariatkowa. Podjechał autokar i poszłam się zapytać kierowcy, czy może nas zabrać wcześniej spisując numer rezerwacji z rejsu za cztery godziny. Pech, to pech, hinduska żmija, która okazała się być kierowcą nie miała najmniejszego zamiaru nas zabrać, i tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że Hindus to gnida. Następny za ponad godzinę, czekamy i będziemy znowu próbować. Dzięki Bogu ten od parasola z informacji i kierowca się znali i bez żadnego "ale", zabrał nas wcześniej. Jejciu, jak się cieszyłam. Z Toronto poszłyśmy za ciosem, a tam starszy Pan, zrobił szybką kalkulację i mając wolne miejsca pozwolił nam się zabrać wcześniej. Takim sposobem, przyjechałyśmy do Montrealu wyczerpane, ale za to z masą wrażeń, które jeszcze będziemy wnukom opowiadać.

Następnego dnia z samego rana wybrałyśmy się na niedzielny spacer po mieście. Piękna architektura i przyjemny klimat tego miejsca sprawia, że spędzamy tam przedpołudnie. Jemy obiad w restauracji i kupujemy kilka ciuchów w  Forever XXI. Drzemka przed podróżą do Doha jest wskazana, tym bardziej, że spodziewamy się pełnego lotu (293 osoby w ekonomicznej) w tym 14 infantów, drugie tyle dzieciaków i 40 staruszków na wózkach inwalidzkich, a na koniec 96 specjalnych zamówień na jedzenie. Lot przeżyłam, rozbawili mnie hinduscy bliźniacy z siwiuteńką brodą prawie do kolan i niebieskim turbanie, a także pani, która dała mi kartkę z napisem po angielsku "proszę dać mi coś do jedzenia, może być kurczak albo wegetariańskie danie, i coś do picia sok pomarańczowy lub wodę". Przygotowanie do podróży Level Advanced. Pani leciała sama, najprawdopodobniej do Iranu i mnie strasznie rozbawiła. Gdyby wszyscy byli tacy pomysłowi, marzenia dobra rzecz. A teraz idę smażyć racuszki i wieczorem koszmarny lot do Kasablanki z międzylądowaniem w Tunisie. Blee..Nie lubię!


sobota, 20 października 2012

KHINKALI W TBILISI

Mam chyba jakiegoś pecha. Z jednej strony dostałam ze standbyja Gruzję, ale z drugiej jak już tu doleciałam, to nikt nie chce wyjść nawet na kolację. Kapitan Hiszpan, idzie naprawiać zęby - bo tanio, pierwszy oficer pewnie pomyślał, że nie daj Bóg pojawi się pod recepcją sam i Allah zobaczy jak idzie z kobietami, CS z Filipin razem z Hinduską z biznesu pojechały na trzygodzinną wycieczkę samochodem po mieście z jakimś lokalnym pseudo przewodnikiem, który jechał z nami busem z lotniska i zamęczał, żeby wybrać się z nim na zwiedzanie miasta. Tbilisi jest tak urocze, że przyjemnością jest zwiedzanie na pieszo, niż z samochodu pod opieką jakiegoś przewodnika, którego angielski i wiedza już w busie stanęła pod znakiem zapytania. No ale jak dają pod nos przewodnika za 40 usd za osobę i są chętni to niech jadą. Ja już poczytałam i zwiedziłam w Tbilisi prawie każdy kamień. Ode mnie z tyłu, czyli w ekonomii leniwa Tunezyjka, laska z Kuby, choć Kubanki nie przypomina, bo mamę ma Ukrainkę czy Rosjankę, i na koniec wesołej gromadki chłopak z Południowej Afryki przypominający Hindusa. Nikt nie pojawił się na zbiórce, którą ustaliłam godzinę po przyjeździe do hotelu. No i po raz kolejny poszłam sama.

Mapa nie była mi potrzebna. Uznałam, że pokręcę się trochę po uliczkach, aż znajdę lokalną, gruzińską knajpkę z regionalnymi przysmakami. Nie było jeszcze piątej, ale na ulicy robiło się już gwarno. Ludzie wracali z pracy, na chodnikach rozkładano stoliki z ziarenkami do sprzedania. Poszłam wzdłuż hotelu, minęłam operę, kino, muzeum i kilka sklepów. Podziemnym przejściem, przez które strach przejść za dnia, nie to że jest niebezpiecznie, ale jakoś tak nieprzyjemnie, udałam się na drugą stronę ruchliwej ulicy. Kilka kawiarni z rozstawionymi na chodniku parasolami, przyciągały wzrok i zapraszały na zimne i gorące napoje. Całkiem uroczo, ale mój żołądek był pusty jak pudło, i nakazywał oczom szukać knajpy gdzie wreszcie coś zje. W samolocie nic nie jadłam, bo byłam w kuchni i ani czasu, ani chęci na jedzenie nie było. Skręciłam w lewo, uliczką tak stromą, że podziwiam wszystkie samochody, które stały zaparkowane na poboczu. Bałabym się, że nawet na ręcznym samochód zjedzie na dół i się roztrzaska. I nagle, ku mojemu zdziwieniu pojawia się drewniany szyld "georgian cuisine", nie byłam przekonana czy faktycznie coś tam zjem, ale zaryzykowałam. Wchodzę. Śmierdzi papierochami i nie ma sali dla niepalących, ale w lokalu pełno, więc zakładam, że jedzenie musi być dobre. Przy każdym stole jest przynajmniej jedna osoba paląca, więc zaciskam zęby i siadam przy drewnianym stole i czekam na kartę. Obsługa mówiła troszkę po angielsku, więc nie miałam żadnego problemu z dogadaniem się i zdałam się na to co polecił mi kelner. Zamówiłam pieczoną jagnięcinę w pomidorach na skwierczącym półmisku, khinkali, czyli tradycyjne pierożki, których kształt strasznie mi się podoba, chleb, i placek który nie jestem pewna czy był zrobiony z ziemniaków w połączeniu z czymś, ale to coś było wspaniałe, chrupiące i o lekkim brązowym odcieniu. Do tego białe gruzińskie winko i wyszłam objedzona jak bąk. Wszystko smakowało tak, aż mi się uszy trzęsły.

Wracając do hotelu, ulice tętniły życiem. Panowie i panie na emeryturze sprzedawali od słonecznika po orzeszki dyni. Zatrzymałam się i usiadłam obok siwego sprzedawcy na ławeczce. Policzyłam monety, które mi zostały i za 3 GEL kupiłam słonecznik z dwóch różnych woreczków. Dziadek zaczął napełniać plastikowy worek, a'la kieliszkiem obklejonym taśmą klejącą i gdy uznałam, że zdecydowanie już mi wystarczy, podziękowałam i poszłam dalej uśmiechając się od ucha do ucha. Dziadek nie mógł zrozumieć dlaczego nie chce więcej, przecież zapłaciłam zdecydowanie za dużo, ale odpowiedział zdziwionym uśmiechem i pomachał na do widzenia. Wstąpiłam do sklepu z pamiątkami, ale znowu nie mieli znaczków, więc pocztówek z Gruzji nie będzie. Może innym razem wybiorę się na pocztę, tam muszą mieć znaczki. A teraz w Tbilisi minęło południe i czas iść coś zjeść. Mam ochotę na gorącą czekoladę. Lot wieczorem, więc na mocniejsze trunki się nie mogę skusić. Lubię Gruzję, ma strasznie magiczny klimat. Aż miło było tu znowu przyjechać.

poniedziałek, 15 października 2012

ZACHODNIA AUSTRALIA - PERTH

 

Gdzie mnie jeszcze nie było? Kilka miejsc na mapie jeszcze zostało. Jednym z takich miejsc jest Australia, która fascynuje mnie tak bardzo, że mogłabym tam nawet zamieszkać. Nie na zawsze, ale chociaż na troszkę. Nowe połączenie do Perth, otworzyliśmy z wielkim rozmachem. Zainteresowanie lotami nie zaskakuje, wszystkie miejsca obsadzone a pasażerowie to marzenie każdej załogi. Przesympatyczni, kulturalni, uśmiechnięci, cuda się jednak zdarzają. A żeby tego było mało, mężczyźni wyglądają jak ściągnięci z bilbordów, wypielęgnowani, przystojni, o czarującym spojrzeniu, można sobie w duchu powzdychać. No ale koniec z głupotami w głowie, bo przecież to rzecz wręcz naturalna, że jak mężczyzna atrakcyjny to oko automatycznie ucieka w jego stronę, ukradkiem, wiadomo, żeby się w kłopoty nie wplątać.

W Perth zawitałam na całkiem długo, prawie dwa dni wolnego, więc możliwości spędzenia wolnego czasu było do wyboru do koloru. Szkoda, że załoga nie podzielała mojego entuzjazmu i koniec końców, na zwiedzenia wybrałam się w towarzystwie mojego Nikona. Pogoda była genialna, ciepło, bardzo słonecznie, idealna na zwiedzanie, plażowanie i spacery po parku. Już wiedziałam, że będzie mi się bardzo podobać. W planach było wypożyczenie samochodu, ale byłam jedyną entuzjastką tego pomysłu, sprawdziło się powiedzenie, umiesz liczyć licz na siebie. W recepcji poprosiłam o wydrukowanie mapy, jak dostać się na farmę kangurów, którą poleciła mi Gosia. Na pierwszy rzut oka, miałam do pokonanie trasę dla supermena, ale okazało się to banalnie proste. Z mapką miasta i wskazówkami z hotelu poszłam w kierunki stacji kolejowej, żeby załapać się na pociąg do stacji Bassendean. Mądra głowa nie wzięła ze sobą australijskich dolarów, więc już przy kupnie biletu zaczęły się przygody. Biletomat z uporem maniaka, odmawiał przyjęcia mojej karty kredytowej i tym samym nie mogłam zapłacić za bilet. Nie byłam pewna na ile stref właściwie muszę go kupić, ale bez problemu znaleźli się chętni do pomocy, a wysoka kobieta w butach na koturnie i zwiewnej długiej sukience zakrywającej łydki kupiła mi bilet. Strasznie mi się głupio zrobiło, ale bardzo serdecznie jej za to podziękowałam i jakby nie było zostałam uratowana. 

Wysiadłam w Bassendean i przeszłam wiaduktem na drugą stronę, w poszukiwaniu autobusu z numerem którego nie pamiętam. Znalazłam bez trudu, bo w około oprócz przystanku autobusowego i pomieszczenia na rowery nie było wiele więcej. Znowu stres jak kupię bilet, kierowca pokiwał głową, że bilet z pociągu obowiązuje też na autobus z czego się niezmiernie ucieszyłam. No to jadę. Połowa drogi za mną, najgorsze przede mną bo kierowca zatrzymuje się tylko na żądanie, a przystanki to wystające z ziemi słupki z numerami, których nie sposób dostrzec ze środka autobusu. Czuję się jakbym jechała na koniec świata, mijam niską zabudowę domków jednorodzinnych, żywego ducha w zasięgu kilometra. Z kartki wynika, że powinnam wysiąść po siedmiu minutach, ale skoro nie ma przystanków, to mam orzech do zgryzienia. Poprosiłam o pomoc młodzieńca z długimi włosami i nacisnął dla mnie guzik przy wjeździe na farmę. Gdyby się ktoś kiedyś wybierał, można odwiedzić stronę internetową: www.cavershamwildlife.com.au. Autobus odjechał a ja zostałam sama, i jakbym tam trochę postała, minął by mnie może jeden albo dwa samochody. Przy bramie rozkład jazdy busa, który podwozi pod same drzwi na farmę. Ale nie było napisane, że to aż dwa kilometry od głównej drogi, więc nie tracąc czasu na czekanie, ruszyłam pieszo na spotkanie z kangurami.


Gdy dotarłam na miejsce, byłam już tak zmęczona, że od razu spytałam o której odjeżdża ostatni busik do przystanku, gdy skończę zwiedzanie. Matko, matko, gdybym wiedziała, ze to tak daleko poczekałabym cierpliwie, ale w gorącej wodzie człowiek kąpany to ma za swoje. Kupiłam bilet, zlokalizowałam bankomat, wypłaciłam wreszcie lokalną walutę, wyciągnęłam aparat i zaczęłam zwiedzanie. Kangury leżały na trawce i wyglądały jakby były upalone ziołem i miały wszystkich i wszystko w nosie. Białe i beżowe, duże i małe, z niemowlakami w torbie i jakie tylko się chciało zobaczyć. Można było dosłownie położyć się obok nich i oglądać świat oczami kangura. Śmieszne. Małe kangury robiły furorę wśród dzieciaków, które wcale się ich nie bały. Dużo przestrzeni i najfajniejsze było to, że można było robić tyle zdjęć ile się chciało, a zwierzaki były na wyciągnięcie ręki. Poszłam dalej ścieżką za podskakującym torbaczem, który wyglądał przekomicznie. Załapałam się na popołudniowe przedstawienie, które było jedną z głównym atrakcji dnia i można było zobaczyć perełki australijskiego życia, z tej powiedzmy wiejskiej strony. Prowadzący pokazał proces strzyżenia owcy, dojenia krowy, sprawdziliśmy umiejętności psów pasterskich, które zaganiały owce do zagrody. Dużo ciekawych informacji i całkiem interesujące show. 


Jak już widziałam kangury, na deser zostawiłam sobie misie koala, które spały na grubych gałęziach i nie specjalnie były zainteresowane co się wokoło nich dzieje. Opiekunka opowiadała o miśkach i udzielała odpowiedzi na przeróżne pytania zwiedzających. Park bardzo mi się podobał, pięknie zagospodarowany, dużo wrażeń, warto było naginać dwa kilometry w samo południe, gdzie buty przyklejały się do drogi. Wróciłam autobusem potem pociągiem do miasta i pokręciłam się po sklepach. Na koniec poszłam na obiad i smakowałam pysznej rybki z ziemniaczkami, która były naprawdę wyśmienita. Wieczór z książką Millenium, którą dostałam od mamy, a rano plan wyjazdu na plażę. Byłam już ekspertem od pociągów, biletów itd. więc już nie prosiłam o drukowanie mapy. Dojechałam na plażę Cottesloe, która zachwyciła mnie od pierwszego wejrzenia. Złoty piasek, piękny krajobraz, wydmy i uderzające o brzeg fale. Uśmiechałam się sama do siebie i robiłam pamiątkowe zdjęcia. Zeszłam na dół, ściągnęłam buty i przeszłam niewielki odcinek plażą, mocząc stopy w lodowatej wodzie. Nie wiem jak ludzie mogli się tam pluskać. Brrr...Mogłabym tam odpoczywać i ładować akumulatory, ale trzeba była powoli wracać, bo wieczorem powrót do Doha. W Perth na ostatnią chwilę udało mi się zobaczyć wystawę pt." od Picassa do Warhola", która była w muzeum zaraz przy dworcu kolejowym, więc nie sposób było tam nie zaglądnąć. I tak mój czas w zachodniej Australii dobiegł końca. Z łezką w oku trzeba było wracać, ale mam nadzieję, jeszcze kiedyś tam wrócę. 



wtorek, 11 września 2012

GRUZIŃSKIE CHACZAPURI



Kilka tygodni temu otworzyliśmy nowe połączenie, tym razem na mapę połączeń kozy wkroczyła Gruzja i Azerbejdżan. Pomyśleć można, że nikt nie będzie latał do Tbilisi czy Baku, a jednak obłożenie samolotu zaczyna wzrastać. I ciągle się zastanawiam, gdzie i czemu ludzie tak latają? No biorąc szczególnie pod lupę tą część świata. Ale dobrze, dobrze, niech latają a koza niech otwiera nowe miejsca, będzie w czym wybierać przy kolejnym bidowaniu. Lot upłynął bardzo spokojnie, prawie nie brzęczały dzwonki, żadnych marud, życzyłabym sobie tylko takie loty.


W hotelu byliśmy koło szesnastej i od razu wybraliśmy się na kolację do centrum miasta. Na szczęście CS się od nas odseparował, miał swoje plany a że był wyjątkowo męczący, wieczoru w jego towarzystwie chyba bym nie udźwignęła. Mały samolot więc razem z pilotami było nas sześć osób, gdy usiedliśmy w ogródku w jednej z gruzińskich restauracji. Jedzenie pachniało tak oszałamiająco, że najchętniej zamówiłabym wszystko co jest w karcie. Czerwone wino, sery i wieprzowina zagościły na naszym stole i muszę się przyznać, że nie po raz pierwszy moje kubki smakowe zwariowały. Cudowne, pyszne, aromatyczne, aż się głodna zrobiłam. Mogłam zacząć od opisu miasta i teraz będzie mnie skręcać w brzuchu. Po kolacji wybraliśmy się do a'la jakiegoś znanego klubu , ale chyba nie trafiliśmy w najlepsze miejsce, bo ani atmosfera, ani muzyka, nie zrobiły na nas wrażenia.


Wieczorem to niewielkie miasteczko otoczone górami i mnóstwem zabytków, tętni życiem do samego rana. Z jednej strony rozpadające się domy, a z drugiej skórzane siedziska, designerski wystrój i bary z sziszą, skąd dochodzi klubowa muzyka. Miejsce przypomina nie jeden wakacyjny kurort, a cenowo można czuć się jak król wsi i okolic, bo jest bardzo, bardzo, bardzo przystępnie dla każdego. Następnego dnia z samego rana trzy stefki wyruszyły na podbój miasta z mapą i aparatami w ręce. Zaczęłyśmy od cerkwi, po drodze wstąpiłam do piekarni, gdzie trzy osoby przygotowywały świeże, pachnące chleby i bułeczki z soczewicą i cieciorką. Jeszcze ciepłe i za dosłownie grosze, a do tego dzięki niezwykłej gościnności mogłam wejść do środka, sfotografować wielki piec wbudowany w podłogę, półkę z pieczywem i babcię wyrabiającą ciasto. Brakuje takich miejsc, ojj tak. Miasteczko można zwiedzać na pieszo, bez żadnych przeszkód. Była piękna pogoda, więc z przyjemnością spacerowałyśmy uliczkami mijając muzea, targi kwiatowe i bazary z owocami. Częstowano nas 60% wódką między marchewką i selerem, robiłyśmy zdjęcia grającym w karty na masce samochodu mężczyznom i jechałyśmy kolejką linową, skąd podziwiać można malowniczy widok na całe miasto. Dawno już nie było miejsca, która by mnie tak mile zaskoczyło i naładowało taką energią. Pod koniec zwiedzania, zrobiło się już naprawdę gorąco i usiadłyśmy w restauracji z tradycyjną gruzińską kuchnią. Pyszne! Chętnie tam wrócę, nie tylko żeby zapełnić brzuszek, ale dla samej atmosfery, który jest nieziemska.


sobota, 16 czerwca 2012

PO SEZONIE

Chciałabym się wreszcie porządnie wyspać. Niby mam wolne, niby śpię, ale po drodze budzę się, wiercę, kręcę i koło drugiej w nocy jestem już wyspana. Nienormalne. Teraz zagadka, czy chodzi o klimatyzację, że buczy? Czy, że za bardzo chłodzi i mi zimno, albo jak wyłączę jest za gorąco. Brałam pod uwagę też żyłę wodną, ale łóżko już przesuwałam. Nic nie działała. Tabletek nasennych się boję, że się nie dobudzę przez kolejne kilka dni, więc będę podejmowała kolejne próby, w celu osiągnięcia długiego słodkiego snu.

A co w Doha? Pogoda jest jeszcze całkiem znośna. Temperatura przekracza 40 stopni, ale w porównaniu z ubiegłym rokiem, można jeszcze wytrzymać. Do sklepu i z powrotem, bo na dalsze eskapady i tak potrzebna jest taksówka. Dalej mieszkam sama, z czego się bardzo cieszę i mam nadzieję, że taki stan będzie trwał jak najdłużej. W moim budynku głupia kotka znowu ma małe, śmierdzi szczochami i szlag mnie trafia, kiedy wracam z lotu a główny korytarz wygląda jak zoo. Wszędzie kupy i bezmózgie laski je jeszcze dokarmiają, wpuszczają do środka bo im na zewnątrz za gorąco. Puste plastikowe cipy! Chyba muszę sobie zaparzyć melisę, bo aż mi się ciśnienie podniosło.

W pracy, o dziwo wszystko dobrze. Żeby nie zapeszyć, dobry grafik, długie loty, więc jestem zadowolona. Całkiem sporo wolnego, można odpocząć, poczytać książki i spotkać się ze znajomymi. Ze sbyja dostałam Japonię, strasznie długi lot, zero odpoczynku, ale załoga była na medal, bo ani minuty się nie nudziłam. Musiałam napić się kawy, której nie lubię i nie piję, żeby nie strzelić pieczątki na blacie. Bo to, że na nudę narzekać nie mogłam, oczy same się zamykały. Pasażerowie śmieszni, rozbrajający, bezproblemowi. Na zwiedzanie wybrałam się do Kyoto. Trochę pociągiem, trochę autobusem i potem spacerek. Ajj..ale tam było pięknie. Spotkałam Maiko, którą szkoli się przez pięć lat, żeby stała się gejszą. Pięknie pomalowana, delikatna jak płatek róży, zrobiła na mnie wrażenie, ogromne. W towarzystwie fotografa i niewysokiej kobiety przechadzała się w kimonie po zabytkowej części miasta. Zapytałam mężczyzny czy mogę zrobić jej zdjęcie. Kazał mi chwilę zaczekać, po czym poszedł i szepnął jej do ucha moją prośbę. Zgodziła się i tym sposobem, mogę się z wami podzielić moim ulubionym zdjęciem z Kyoto.


Z pierwszego pobytu w Japonii, przywiozłam batonik KitKat zielona herbata, którego tym razem nie dostałam. Jak powiedział mi sprzedawca "droga Pani, to nie sezon na zieloną herbatę". Zmarszczyłam czoło ze zdziwienia, nie ma sezonu na batona? Ja rozumiem, że może nie być sezonu na truskawki albo pomarańcze, ale ta wiadomość powaliła mnie na kolana. No i jak Japończyk powiedział, tak się stało. W żadnym sklepie, a co więcej nawet na lotnisku nigdzie nie było nawet jednego batonika Kitkat zielona herbata. Ślinka cieknie, ale może w październiku będzie sezon, bo otwieramy bezpośredni lot do Tokio. Także kolejne miasto do podbicia. Polski jak nie było tak nie ma. Jakieś plotki krążyły, że niby ma się coś ruszyć, ale chyba nie prędko pojawi się Warszawa na siatce połączeń Qatar Airways.

sobota, 12 maja 2012

ZWIERZĘTA NIE LUDZIE, ZOO NIE PRACA.

Miałam napisać wczoraj, ale było we mnie tyle negatywnych emocji po locie, że wolałam lekko ochłonąć. Poleciałam do Nowego Jorku zrobić zakupy, pouśmiechać się do ludzi na ulicy i wydać kolejną fortunę na nieprzewidziane zakupy w Victoria Secret. Ten sklep jest jak narkotyk, ile raz bym tam nie wlazła, wychodzę z pustym portfelem. No, ale radości nie ma końca i warto wydać pół wypłaty na tą anielską bieliznę. Na ulicy wszyscy w biegu, można dostać zawrotów głowy. Moim zadaniem bojowym był zakup męskich majtek. Wiedziałam jaka firma, wiedziałam gdzie i wiedziałam, że rozmiar M, ale nikt mi nie powiedział, że tam nie będzie oznaczenia S, M, L itd. Jejciu, pół godziny stałam przy dziale z męskimi slipami i nie miałam najmniejszego pojęcia, które będą dobre. To jakieś szaleństwo. Nie ma żadnego oznaczenia, tylko numery, milion numerów, no i był klops. W końcu poprosiłam jakiegoś przystojniaka, o krótki wykład na temat rozmiarów i już wszystko stało się jasne. Kupione, zapakowane przez olbrzymią Panią przy kasie, której stylizacja na ten dzień zaskoczyła chyba ją samą. Miała na sobie kolczyki, pierścionki, korale, tatuaże, sztuczne rzęsy, coś z włosów przypominające gniazdo, makijaż jak na sylwestra i paznokcie w kształcie szponów sokoła. To miasto nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać. Tam każdy ma swój styl i jest unikatowy, co w gruncie rzeczy w pewnym stopniu mnie fascynuje.

Samolot do NYC zapchany po ostatnie siedzenie. 293 osoby na pokładzie, 8 stefek do opanowania hinduskiej bandy, dwie w kuchni, więc w sumie zostaje 6, a jedna osoba to CS, która nie zawsze jest wtedy kiedy powinna i wychodzi 5 osób pracujących jak roboty z baterią super turbo. Już na boardingu chciałam wracać do "domu", bo zapowiadało się istne czternastogodzinne piekło. Wchodzą jak do stodoły, od razu do toalety, która jeszcze przed startem wyglądała jakby ktoś się w niej kąpał, sikał na podłogę i wszystko co papierowe rzucał gdzie popadnie. A to dopiero początek. Tak jakby na lotnisku nie było toalet. Dzieciaki biegają, pozostali ściągają klapki i przemieszczają się na bosaka, po obrzydliwie brudnej wykładzinie w kabinie, nie wspominając już o innych miejscach w samolocie, które czyszczone są tak prowizorycznie, że myję ręce przy każdej możliwej okazji. Wiem, że samolot wygląda jakby był polerowany przez tydzień na przyjęcie pasażerów, ale prawda jest taka, że robi się prowizoryczne sprzątanie w przeciągu 20-40 min. i samolot rusza w kolejną podróż. Zbiorowisko bakterii, karaluchów i zarazków z których istnienia nie zdajemy sobie sprawy. Bagaże blokują przejście, Ci w sari udają że nie rozumieją co do nich mówię, bo w końcu jestem tragarzem. "water-water sister water" słychać z każdej strony. Infanty z matką karmiącą posadzili koło okna, jej męża osiemnaście siedzeń dalej, na miejscach przeznaczonych dla matki z dzieckiem siedzą wygodnie pary, które nie chcą się rozdzielić i ustąpić miejsca matce z maluszkiem. Pretensje, że dzieci płaczą i skaczą po siedzeniach, że są już głodni, że chcą siedzieć w biznesie i żebym im podać szampana.

Prawie czternaście godzin lotu, oprócz odpoczynku 3,5 godziny nie usiadłam nawet na minutę. Jak na targowisku. Przekrzykiwali się jeden przez drugiego. Nie miałam już siły. Jeden imbecyl się schlał, wyzwał mnie od rasistów, gdy zdecydowałam że kończymy dla tego Pana serwis napojów alkoholowych, bo w USA będzie to nasza wina, że baran jest pijany. Zaczepiał innych pasażerów, wyrzucił trzy tacki z jedzeniem na podłogę i drzwi, siedzenie i podłoga kleiły się od sałatki makaronowej, masła, ryżu i soku pomarańczowego. Zwierzęta nie ludzie, zoo nie praca. Po raz kolejny zacisnęłam zęby i przetrwałam do końca ten cyrk. Jak to dzisiaj powiedział mój tato - choćbyś nie wiem jak ciężko pracował, męczył się i pocił, choćby to było upokarzające i męczące do granic możliwości, to szybko o tym zapomnisz a kasa zostanie. I święte słowa. W drodze powrotnej już cisza i spokój, nawet się trochę nudziłam. Teraz odpoczynek w Doha, pójdę się trochę przejść i wieczorem może na souk. Mam ochotę na tajską kuchnię dzisiaj. Mm...o tak.

poniedziałek, 12 marca 2012

WHITE or NON WHITE - RPA


Aż głupio się przyznać, ale kiedyś myślałam, że w Południowej Afryce mieszkają tylko murzyni. Ciemnoskórzy z kręconymi włosami, kobiety z wiszącymi piersiami i pupą w gruszkę. Tacy co sprzedają podróbki torebek i kły słonia na rzemyku. Jakiś czas później okazało się, że przespałam kilka lekcji historii, albo nasza profesor zapomniała o tym wspomnieć, a może nie ma tego w programie nauczania? No nie ważne, w każdym razie na briefingach często spotykam crew z RPA, które niczym nie przypominają tych, z moich wyobrażeń, wręcz przeciwnie. Blond włosy, niebieskie oczy, czasem są też stefki a'la nutella i to one najczęściej migają się jak mogą od pracy. Zatem witajcie w Johannesburgu, gdzie layover przypomina wakacje, a w restauracji przy hotelu podają wyśmienite steki.

Na locie poznałam Magdę, super women i bawiłyśmy się świetnie. Hotel ma gest i o 18 stej przynosi do crew loung'u dwie butelki wina, które szybko znikają, wiadomo dlaczego. Ale jesteśmy spryciarzami i mamy też swoje zakupy, więc następny dzień i lot do Cape Town jest mało przyjemny. Dudni w głowie i lot trwa wieczność. Wracamy i biegniemy na steka, którego jadłam codziennie i ciągle było mi mało. Nie byłam nigdy wielką fanką mięsa i czasem lubię zjeść na obiad makaron z serem, ale czegoś tak wyśmienitego jeszcze nigdy w życiu nie jadłam. Zachwytu nie było końca. Aż mi ślinka cieknie jak sobie przypomnę to mięcho. Oszalałam, zrobiłam nawet bida na kwiecień, żeby pójść tam na obiad - rozkosz, palce lizać. W Johannesburgu nagrywali film "Dystrykt 9" Ktoś oglądał? Z tego co pamiętam to był dziwny, ale w sumie mi się podobał. Miasto nie wygląda dosłownie tak jak na filmie. Jest zielono, trochę można się poczuć jak w Brazylii i jeździ się po lewej stronie. Wakacyjny layover przewidywał jeden pełny, grafikowy dzień wolny z czego się niezmiernie ucieszyłam. Z kilkoma dziewczynami z załogi pojechałyśmy do Apartheid Muzeum, do którego warto zaglądnąć, bo jest bardzo ciekawe i zrobione na wysokim światowym poziomie - http://www.apartheidmuseum.org/

Spędziłyśmy kilka godzin w ciszy i zadumie, oglądałyśmy tablice i plakaty na których widniały napisy "wstęp tylko dla białych", zrobiło to na mnie ogromne wrażenie, bo przecież segregacja rasowa to nie czasy jaskiniowców, a koniec polityki apertheidu to lata 90-te. Szok. Jakiś czas temu oglądałam w samolocie film "The Help" - "Służące", i chyba dzięki niemu o wiele łatwiej było mi zwiedzać muzeum i wyobrazić sobie życie czarnych i białych w tym okresie. Film jest rewelacyjny, prawdziwa perełka. I mimo, że mam duże zaległości z kategorii FILM, to ten udało mi się zobaczyć. Podobał mi się bardzo afrykański klimat miasta - bardzo drogiego miasta. Indywidualny wyjazd taksówką na zwiedzanie byłby niemożliwy. Ceny kosmiczne, bez swojego samochodu ciężko się gdzieś dostać, a samotne szwędanie się niekoniecznie jest bezpieczne. Południową Afrykę chętnie odwiedzę ponownie, nie tylko ze względu na steki. Jutro Libia, mam lekki stres, że nas jakaś rakieta zestrzeli albo pasażerowie będą męczący a mamy pełny lot, no ale trzeba lecieć. Potem dwa dni wolnego, SBY i wakacje w Kenii. Czas się znowu poobijać.


poniedziałek, 5 marca 2012

COUCH SURFING W SAO PAULO - BRAZYLIA

Samba - tak właśnie kojarzy mi się Brazylia. Każdy zna kroki, każdy ma wrodzony talent taneczny i każdy ma swoją szkołę samby. Haha no gdyby tak było, chyba bym już mieszkała w Brazylii. Lot prawie 16 godzin, był całkiem znośny, jak na taki długi czas w zamknięciu z trzystoma innymi osobami. Ku mojemu zaskoczeniu, połowa pasażerów to Japończycy, którzy jak się później dowiedziałam, są największą społecznością japońską w Sao Paolo poza Japonią. Podobnie Włosi poza Italią, ale to z kategorii ciekawostka. Nawet jedna dziewczyna z załogi była brazylijską Japonką i jak powiedziała, że tylko jej dziadkowe są Japończykami, a rodzice nie, to już mi się wszystko pokręciło. Męczyłam bułę, aż się wyjaśniło, że rodzice osiedlili się w Brazylii, więc tak czy siak byli Japończykami a ona urodziła się już w Sao Paolo. I tak mnie zmiksowała, na tym szesnastogodzinnym locie, że zaczęłam się zastanawiać co Ci skośni tam robią?

Z pokoju miałam piękny widok na wieżowce, których w tej części miasta całkiem sporo, bo hotel położony jest w dzielnicy biurowców i z okna widać było mrówki w garniturach i perfekcyjne kształty na szpileczkach. Piękne kobiety, jeszcze piękniejsi mężczyźni, istna rewia mody na ulicach. Pieski pod pachą lub na smyczy a niektóre przypominają włochate kule śniegule, ani oczu im nie widać. Plan na zwiedzanie był prosty, jak nikt z załogi nie będzie miał ochoty wyjść poza ściany swojego pokoju, wybiorę się z kimś z couch surfingu. Aaa..CS odkryłam dawno temu, gdy mieszkałam jeszcze w Krakowie i chodziłam do szkoły językowej na angielski. Do wyboru były różne zajęcia podzielone według kategorii tematycznych. Opłacało się kurs, należało się wpisać na dwa, z tego co pamiętam z sześciu tematów, a można było uczestniczyć dodatkowo we wszystkich zajęciach. Cztery godziny dziennie, co dawało dwadzieścia godzin w tygodniu w grupach od dwóch do 7 osób. Rewelacja, to był najlepszy kurs w jakim uczestniczyłam. Na jednych zajęciach Australijczyk wprowadzał nas w świat nowych technologii, na drugich Anglik prowadził dyskusję z zakresu filozofii. Najwięcej osób uczęszczało na zajęcia pt. Travel & Culture, może dlatego, że był genialny prowadzący? A może dlatego, że na kursie Business & Economics słownictwo było tak trudne, że tylko miłośnicy dodawania i mnożenia dawali tam radę. Na jednych z zajęć padło hasło Couch Surfing, i mimo że kilku osobom obił się ten zwrot gdzieś o uszy to nikt nie wiedział o co chodzi. Wtedy pierwszy raz odkryłam społeczność CS, do której dołączyłam.


Idea (www.couchsurfing.com) polega na możliwości noclegu u osób zalogowanych na stronie i posiadających swój profil na wszystkim tym co mają dostępne: kawałek podłogi, sofę , materac Nawiązując nowe znajomości, przyjaźnie i nie wydając pieniędzy na drogie hotele, CS-rów można wyszukać prawie we wszystkich państwach świata. Pewnie zastanawiacie się, czy to aby na pewno bezpieczne. Czasem zdarzają się przypały, ale w 95 % mam pozytywne doświadczenia z CS, jak komuś nie podoba się pomysł to na pewno nie założy profilu i nie będzie zawracał sobie głowy przygarnięciem kogoś na noc. W moim katarskim alkatraz nie mam możliwości przenocowania nikogo oprócz mamy, więc pozostaje opcja "spotkanie na kawę lub piwo". W profilu zaznacza się status kanapy, wkleja zdjęcia i tak jak ja, można umówić się na zwiedzanie, kolację albo np. pójść wspólnie na koncert. W Brazylii nie miałam wiele czasu na szukanie osoby na wyjście, dlatego też zamieściłam na tzw."grupie Sao Paulo" wiadomość, że szukam osoby, która chciałaby mi pokazać trochę miasta. Odpowiedzi posypały się błyskawicznie i tak właśnie poznałam Tarso. Brazylijczyk z krwi i kości, przyjechał małym srebrnym samochodem ( nie wiem jaka marka, nie wiem ile pali i ile ma koni, wiem tylko, że srebrny i mały ) i dostałam tekturową torebkę z mapą, silikonową, czerwona zawieszką na walizkę, ołówek i kilka innych gadżetów. Strasznie to było miłe, a ja z pustymi rękami, ale w doskonałym humorze, gotowa na zwiedzanie.


 

I wyruszyliśmy mknąc pośród wieżowców, największej aglomeracji Ameryki Południowej. Kolorowe domy zaskakują ilością graffiti, i to nie byle jakich bohomazów, tylko prawdziwej sztuki ulicznej od której nie mogę oderwać oczu. Jedziemy szybko, więc zdjęcia nie są bardzo wyraźne, ale choć trochę udało mi się uchwycić. Sao Pauolo na pierwszy rzut oka przypomina, szare przemysłowe miasto z brudną rzeką i wiecznymi korkami, których w żaden sposób nie da się ominąć. Jednak pod koniec dnia zupełnie zmieniam zdanie. Jedziemy coś zjeść, bo obydwoje jesteśmy głodni. Zatrzymujemy się w eleganckiej dzielnicy i wybieramy pierwszą lepszą restaurację, żeby na szybko coś zjeść. Zatrzymujemy się przy Avenida Paulista, głównej ulicy skupiającej, sklepy, wystawy, biurowce największych korporacji i charakterystyczny czerwony budynek Muzeum Sztuki. Tłum ludzi spaceruje chodnikiem, a widok Brazylijczyka bez koszulki nie robi już na mnie wrażenia. Gdyby w innych krajach Panowie tak chętnie pokazywali swoje oliwkowe ciała, to byłby istny raj na ziemi. No ale trzeba mieć co pokazać... Mijamy jakąś demonstrację, blokującą chwilowo ruch na drodze i wchodzimy do parku, gdzie wilgotność przekracza dziewięćdziesiąt procent. Ufff..jak gorąco. Młodzi siedzą i całują się na drewnianych ławeczkach, inni spacerują ze swoimi małymi buldożkami francuskimi. Dzieci biegają po wąskiej alejce, a inni czytają książkę przy kamiennym pomniku. Park bardzo przypomina ten nowojorski, ale jest mniejszy i muszę przyznać, że ma swój urok.
 
Przejeżdżamy ulicą Oscar Freire, designerskie butiki, i tzw. concept store's czyli sklepy młodych projektantów, gdzie można kupić unikatowe meble, biżuterię, dodatki, generalnie wszystko, przyciągają moją uwagę. Z wnętrz dochodzi klubowa muzyka i migają jaskrawe światła. Zwiedzanie przez szybę mi wystarczyło. Tarso przez całą drogę opowiada mi o Brazylii, o sambie, o swoim rodzinnym mieście, o pracy, o podróżach, które się z nią wiążą. Czas leci tak szybko, że robimy zdjęcie przy pomniku Bandeirantes i jedziemy na drinka do dzielnicy Vila Madalena, skupiska barów, restauracji, artystycznej bohemy i nocnego życia za dnia. W Katarze zanim impreza się dobrze rozkręci, już się trzeba zbierać do domu, w położonej na wzgórzu Madalenie, bary zapełniają się już po skończonej pracy. O osiemnastej, nie było już wolnych miejsc a ludzi przybywało z minuty na minutę. Gdzie się nie spojrzy, wszystkie bary zdominowane są przez muskularnych mężczyzn z idealnie wyrzeźbionym ciałem ( widzę, bo koszulek nie mają ), młode Brazylijki z dużymi biustami i mikrospódniczkami, wirują w rytm dochodzącej z głośnika muzyki. To mi się podoba, nie ma jednak gdzie zaparkować, więc Tarso proponuje genialną meksykańską restaurację parę przecznic dalej. Jedzenie pycha!


Byliśmy też w centrum Sao Paulo, gdzie mieści się rzymskokatolicka Katedra i bar z niesamowitym klimatem. Zatrzymujemy się oczywiście na piwko i śmiejemy się z głupkowatych żartów, które przychodzą nam do głowy. Wieczorem zostałam odwieziona do hotelu, z workiem wrażeń, z pełnym brzuchem i z kartą pełną zdjęć. Couch Surfing zaoferował mi spędzenie dnia w doborowym towarzystwie, więc dlaczego by z tego nie skorzystać? Z pewnością wrócę jeszcze do Brazylii, bo jedni mają sambę we krwi inni muszę się jej dopiero nauczyć. Ja zdecydowanie zaliczam się do tych drugich. Piękny dzień szybko minął i trzeba było wracać do Kataru. Aż się łezka w oku kręci. Na karnawał się jednak nie załapałam, ale widziałam przygotowania, budowę trybun i trasę przejazdu tanecznych platform. Może w przyszłym roku pojadę na karnawał do Rio?
 

A teraz idę odsypiać loty do Indii, nocne, długie i męczące. Kraj przypraw i curry, pije wodę w takich ilościach, jakby była święcona i nie daje chwili wytchnienia naciskając call bell z częstotliwością burzącą wszystkie dopuszczalne normy. Moja firma też nam gra na nosie, bo ciągle brakuje im załogi, i przez to CSD operuje jako CS, CS frunie jako F1 a dla nas biednych z ekonomii już nie było kogo przydzielić, więc na zapakowanym po ostatnie wolne miejsce samolocie, lecimy bez jednej osoby. Ja w kuchni, cała ekipa lata po miesiąc, dwa i nic tylko się rozpłynąć. Już na briefingu żałowałam, że nie zaraportowałam choroby. Ale drugi raz się nie nabiorę. A tym czasem borem lasem, wybiła godzina odpoczynku. Dobranoc.