Pokazywanie postów oznaczonych etykietą TU i TAM. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą TU i TAM. Pokaż wszystkie posty

piątek, 26 sierpnia 2016

GRECKIE WAKACJE

Internet chodzi tak wolno, że mam ochotę wyrwać z kontaktu wszystkie kable i krzyczeć, aż po Olimp. Ale co mi to da? Nic, bo Grek jak to Grek ma to głęboko w poważaniu. Kalimera Korfu! Wylądowałam z A. wcześnie rano, podziwiając wschód słońca ze środka zamrażarki, podstawionej przez biuro Itaka. Zaczynają się serpentyny, wysadzamy po kilka osób w różnych hotelach i modlimy się, żeby to nie był nasz. Uff.. dojeżdżamy do wioseczki rybackiej, która wygląda jakby świat o niej zapomniał a diabeł mówił dobranoc, pieją koguty, gęgają gęsi, a wszyscy śpią.

Trzy budynki po około 10 pokoi, z widokiem na basen, drugi budynek i ulicę. Myślę sobie, tylko nie basen. Chyba najgorsze co może być, to piskokrzyki, pluskanie, skakanie od rana do nocy w chlorze wypalającym skórę. Sprawdzamy listę…zaczyna się dobrze, pokój na pierwszym piętrze z pięknym widokiem na ulicę, przynajmniej będzie można zjeść śniadanie na tarasie i nacieszyć oczy zielenią.

Jesteśmy za rano, żeby się zakwaterować, bo żywego ducha w około. Zostawiamy walizki i ruszamy na małe rozeznanie w terenie. Jemy śniadanie w lokalnej tawernie nad samym morzem i podglądamy jak miasteczko budzi się z głębokiego snu. W naszym hoteliku, pojawił się regał z masą książek i milion olejków do opalania. Ha… ktoś tu musi być. Wchodzę do zakamarka z kubeczkami, książkami touroperatorów i dziwnymi sprzętami pokrytymi kilkucentymetrowym kurzem, po chwili wyłania się Grek.

-Dzień dobry, przyjechałyśmy wcześnie rano, chciałabym zapytać o której będzie można dostać klucz do pokoju?
-AAAA..no nie wiem.
-A kto wie? -pytam zdziwiona.
-Nikt.- odpowiada barmanorecepcjonista z dyndającym jak nogi na huśtawce złotym kolczykiem wielkości kapsla. – Ja jestem od basenu i baru, a nie od pokoi – dopowiada.
-Aaa..rozumiem, a kto jest od pokoi?-nie daję za wygraną.
-Właściciel.-odpowiada mocno poirytowany upierdliwą blondyną.
-A gdzie właściciel?
- Który pokój?-rzuca wrogo.
-C9 o tam!
Odchodzi na chwilę, ewidentnie wkurzony wrzeszczy do telefonu, jak ktoś śmiał, zaburzyć mu plan nic nierobienia.
-Ok. The BOSS will come – SOON.
-A czy soon znaczy za 5 min czy 50 min?
-Nie wiem. Ja dopiero wstałem i mam dużo roboty.

Pozdrowienia z Korfu, prawie jak w arabowie wszystko w d… a słońce świeci.

sobota, 13 sierpnia 2016

LIKE SEX AND THE CITY

 Są takie miejsca, które się nigdy nie znudzą. Gdzie magia miasta, ludzi, gigantycznych wieżowców, wywołuje ciarki na całym ciele, przeplatane z diaboliczną euforią. Uśmiech jak świeży pachnący francuski rogalik i nutka podniecenia znowu we mnie zagościły. Ladies and Gentleman Welcome to JFK Airport where the local time is...

Hello NEW YORK piszczałam w myślach, gdy siedzieliśmy w busie, który mknął ulicami miasta na Manhattan. Nie przeszkadzało mi, że kierowca włączył maszynę, która zimnym powietrzem, raczyła nas gorącym, gotowa byłam się nawet rozpuścić - najważniejsze, że następne 24 godziny będą "in da city". Powieki jak z ołowiu powaliły mnie na łóżko, gdy tylko weszłam do pokoju. Noo dobra, nie jest tak źle, chwilka drzemki dobrze mi zrobi i jeszcze cała noc przede mną - pomyślałam. Budzik bzyczał co 20 minut, jakieś sześć razy na półśpiąco przekładałam moment pobudki, i jakimś sposobem wybudzić się z tej śpiączki, w którą moje ciało zapadło po trzynastogodzinnym locie. Raz, dwa, trzy, szybki prysznic, sukienka, szybkie przemalowanie paznokci na papieski róż i już biegłam do metra przy 3Av.

Przy Time Square poczułam się jak w Sex and the City, które też można oglądać bez końca. Mr.Big where are you? Nie mając wiele czasu, ani siły na nocne plądrowanie ulic Nowego Jorku, zdecydowałam, że kino w którym nie byłam od hmm..nie pamiętam kiedy, będzie jak oblizanie łyżeczki po wybornym serniku, albo nie, po bezie Pavlovej z marakują jadalną ha ha czyli z passion fruit.

Po kinie zamiast pustym o tej godzinie metrem, postawiłam na spacer z powrotem do hotelu, czyli 45 minut obserwacji tego, czego nie widzi się za dnia, gdy miasto budzi się do życia. Labiryntem ulic, mijam przedziwnych ludzi, masę bezdomnych i hałdy worków ze śmieciami, które do rana znikną, jakby ich tam nigdy nie było. Zaczepia mnie jakiś starszy Pan, okazuje się, że ma polskie korzenie, od miliona lat mieszka w Nowym Jorku i oczywiście zaprasza mnie na drinka. Uśmiecham się szczerze, bo to naprawdę urocze, jak można swobodnie sobie pogawędzić grubo po północy z nieznajomym, grzecznie odmawiam i spacerując pod rękę dosłownie 2 metry, znikam za następnym skrzyżowaniem. Studzienki dymią jakby pod dnem miały zamontowaną rurę od shishy, bezdomni chrapią na kartonowych matach, czas spać. Jutro będzie nowy dzień i trochę zwiedzania. Z widokami z Empire State Building, na szczyt którego nigdy nie dotarłam. Muuahhh

sobota, 25 maja 2013

SIOSTRY WILLIAMS - DUBAJ

Taksówka niczym odrzutowiec wystrzeliła nas na autostradę i poszybowaliśmy do hotelu Atlantis. Kierowca z białymi zębami jak tik-taki, jechał tak szybko, że na tylnym siedzeniu fruwałyśmy jak kartofle. Kiedyś będę sobie wspominać na bujanym fotelu z kubkiem herbaty, jak to możliwe że jestem cała w porywach ze złamanym paznokciem. Kierowca był całkiem rozmowny i najwyraźniej chciał się wywiedzieć, czy w Polsce szybko by znalazł pracę i czy jest lepiej niż w Bangladeszu z którego pochodzi. No cóż, na warunki Dubajskie uznaliśmy żeby lepiej się trzymał swojej taxi, bo nie daj Bóg się mu spodoba i sprowadzi rodzinę i będziemy w Polsce mieli drugie Delhi albo Dhakę.


Tłum ludzi na ulicy fotografuje wszystko i wszystkich z każdej strony. Przy kwiatkach, przy krawężniku, na stojąco, na siedząco byle zdjęcie było. Psychologia tłumu zadziałała błyskawicznie, ustawiamy się i my. Pstryk, pstryk, pstryk. Wchodzimy do środka, tzn.do części dostępnej dla gapiów niebędących gośćmi hotelowymi. Sklepy, restauracje, pamiątki...nuda. Jak ktoś ma ochotę na pluskanie się w Aquaparku to jak najbardziej tez jest taka możliwość. Pływanie z delfinami, bajery, hulaj dusza-piekła nie ma. Po drodze z Atlantis'a zatrzymujemy się na Souku Medinat Jumeirah, położonym w sąsiedztwie pięknego hotelu w kształcie żaglowca Burj Al Arab. Obchodzimy korytarze pełne koralików, kadzideł, świecidełek mijamy luksusowe futra i antyki. Worek dolarów i można by sobie coś wybrać. Na zewnątrz restauracja jedna obok drugiej, które prześcigają się w promocjach typu happy-hour ( czyli zamów jedno drugie gratis ). Uroku dodają drewniane łódeczki, które pływają wzdłuż kawiarni i restauracji, jako jedna z atrakcji turystycznym. Klimat iście bajkowy, przyjemne miejsce na lunch z przyjaciółmi. Chętnie bym tam już została, ale program wycieczki by się zburzył. Maszerujemy dalej. Wychodzimy z labiryntu pamiątek i blokując trochę ulicę robimy sobie zdjęcie z żaglowcem, który właśnie z tego miejsca wygląda oszałamiająco.


 Idziemy na piechotę zobaczyć żagiel od strony plaży. Nogi już nie współpracują, więc jak pokraki wleczemy się za Jackiem, który nawołuje żebyśmy się pospieszyły, bo jeszcze nie zobaczył wszystkich sklepów w Dubaj Mall. Prawie się położyłam na równo przyciętej trawie ze śmiechu, bo jedyne na co miałam ochotę to coś do picia i moment kiedy przestaniemy już iść. Plaża była milion kilometrów dalej, ale co tam, wycieczka musi być rozplanowana na maksa. Wreszcie widzimy sklep. Niczym oaza na pustyni, suniemy ciągnąc za sobą nogi i doganiając Jacka, który już otwiera napój z bąblami w sklepie wielkości przedziały w pociągu pospiesznym. Jak zwykle sklep jest wyposażony jak nie jeden hipermarket i przestałam już eksperymentować, co może się w nim znaleźć po tym jak za jednym razem kupiłam śrubokręt, proszek do prania, żarówkę, świeże truskawki i zieloną sałatę. Siadamy na krawężniku przed sklepem, chwila oddechu i już prawie jesteśmy na plaży. Ufff..jak gorąco. Nawet nie myślę, żeby ściągnąć buty i zamoczyć stopy w wodzie, bo są A.tak spuchnięte że ich nie wyciągnę a B.potem z powrotem nie włożę. No to siadamy na murku i patrzymy jak inni się pluskają w wodzie z niesamowitym widokiem na Burj Al Arab. Jest bosko. Nie chcę już nigdzie iść, ale nie, nie, nie przecież Jacek nie zobaczył jeszcze wszystkiego. Ruszamy w poszukiwaniu taxi, po dłuższej chwili, kiedy moja przewiewna bluzka całkowicie już przykleiła się do mnie siedzimy w samochodzie. Pada słowo Dubaj Mall, na dźwięk którego dostałam gorączki i zemdlałam.


Wybraliśmy pierwszą lepszą knajpkę na obiad, gdzie kelnerki od razy wyczuły, że jest z nami coś nie tak. Siadamy przy stoliku za nami chińska rodzina z małym ciekawskim, który przez wspólne oparcie kanapy zagląda do nas i prawie Ankę ciągnie za blond włosy. Nie zjemy w spokoju, dziecko prawie przełazi przez oparcie na drugą stronę ( naszą stronę ), zsyłam na tego kto wymyślił takie siedzenia w myślach burzę piaskową. No co Jacek woła do dzieciaka "Hejka" z podniesioną ręką jak do hymnu i mamy spokój. Mały Chińczyk pozwolił nam w spokoju dokończyć makarony i inne cuda. Oczywiście nie skończyło się na restauracji, obeszliśmy jeszcze dwa piętra, gdzie dominowały sklepy dla takich małych bąbli jak ten przed chwilą. Baby Dior, Baby Gucci w Dubaju nie ma umiaru. Jak na bogato to na bogato. Chyba sama zacznę szyć takie mikroskopijne sukieneczki.


Po całym dniu wrażeń, dotarliśmy do naszego podejrzanego hotelu. Wypachnione leżymy w łóżku i czekamy, aż Jacek skończy swoją turę na prysznic. Z ciekawości włączyłyśmy stary telewizor i pstrykamy guziki pilota, przeskakując po kanałach. Nic nie zwróciło naszej uwagi, za wyjątkiem turnieju tenisowego, o którym bezzwłocznie musiałyśmy poinformować zamkniętego w łazience Jacka.
- Jacek, Jacek! Chodź zobacz, siostry William grają przeciwko sobie.
- A gdzie oni tam korty mają w tym Kosowie? Woła z łazienki Jacek.
- Nasz śmiech słyszeli nawet na szczycie Burj Khalifa, no ale przecież my niewyraźnie mówimy..siostry Williams w Kosowie zamiast przeciwko sobie. Tenisistki z Kosowa stały się już obowiązkową anegdotką opowieści o wycieczce do Dubaju.

Następnego dnia z samego rana zarezerwowane mieliśmy bilety na najwyższy budynek świata. Wjechaliśmy windą prawie na sam szczyt, no i zaczęło kropić. Pogoda nam nie dopisała tego dnia, no ale byliśmy, widzieliśmy, zaliczone. Po przeżyciach At The Top gdzie Tom Cruise nagrywał zdjęcia do filmu Mission Impossible 4 ostatnim punktem programu była wizyta w Cheesecake Factory, gdzie najedliśmy się słodkości, aż nam bita śmietana uszami wychodziła. Ale warto było...Co za cuda tam mają. Pyszne, znakomite, wyśmienite a wielkość dań zawstydza niejednego Amerykanina. Uwielbiam razy tysiąc.

niedziela, 19 maja 2013

KOŃCA NIE WIDAĆ - DUBAJ

Za rogiem przy hotelu, zaczailiśmy się przy żywopłocie należącym do restauracji, aby sprawdzić czy już otwarte. Jako pierwsi goście z samego rana, czuliśmy się trochę dziwnie, bo kelnerzy najwyraźniej dopiero budzili się ze snu i powoli szurali skórzanymi kapciami po podłodze. Wystrój bardzo orientalny, piękne lampiony, zdobienia i kamienny piec z którego piekarz wyciągał gorące pieczywo. Ajj..zapach unosił się po całej restauracji. Przyszedł kelner, zamówiliśmy śniadanko, iście libańskie przystawki i soki pełne witamin. W międzyczasie przyszedł mężczyzna, najwyraźniej głodny jak słoń, bo kelnerowi zabrakło kartki, żeby zanotować. No i jak przynieśli, stół się dosłownie ugiął. Dobrze, że nie nasz, bo oczy by jadły i mimo że wszystko wyglądało wyśmienicie, trzeba był zostawić miejsce na obiad, deser i kolację. Doczekaliśmy się i my. Jak już wszystko było na stole, zaczęły się stęki oj, jakie dobre, jakie pyszne, oj, oj wiele dań można jeść rękami więc nie mieliśmy żadnych ograniczeń. Z ciągnącego się bez końca sera, można było sobie zrobić szalik. Uwielbiam libańską kuchnię.


Po śniadaniu wyruszyliśmy na zwiedzanie. W odróżnieniu od Doha, jest trochę chodników więc część pierwszego odcinka maratonu pokonujemy pieszo. No nie powiem, że nie jest gorąco, bo żar leje się z nieba i po pół godzinie idziemy jak na ścięcie. Ale idziemy. Zahartowani przecież już jesteśmy, potykamy się o schody, a dokładniej Jacek i dostajemy burę, że nikt mu nie powiedział, że stopień. Śmiejemy się do rozpuku, bo sytuacja jest tak komiczna, że aż Jackowi podnoszą się kąciku ust ze śmiechu. Pić chce się niemiłosiernie, w okolicy natrafiamy na budę z hot-dogiem z wielbłąda, takiego urozmaicenia mój żołądek raczej nie zniesie. Nie ma wyjścia kupujemy po dużej coca-coli w KFC i zmierzamy w stronę wieżowców, które prężą się ku niebu. 


Wyglądamy jakbyśmy wykąpali się w fontannie, czas  się trochę schłodzić dlatego zmieniamy trasę maratonu. Włączamy w plan zwiedzania Dubai Mall, który jest tak ogromny, że na samą myśl o przejściu wszystkich pięter, nie wchodząc do sklepów, mam zawroty głowy. Podjeżdżamy metrem jeden przystanek, i wyruszamy w prawie dwudziestominutową podróż do wejścia. Możecie sobie wyobrazić taki długi korytarz? Końca nie widać, a ruchome taśmy jak na lotnisku z minuty na minutę przybliżają nas do zakupowego raju. Udało się...zaczynamy od samej góry. Obchodzimy całe piętro w około godzinę i z cierpieniem na twarzy namawiamy Jacka, żeby zrezygnował z przechadzki po wszystkich kondygnacjach. -Cieniasy, słyszymy w oddali i z napuchniętymi stopami ruszamy do Akwarium. Nie ma dużej kolejki, więc raz, raz i jesteśmy w półokrągłym tunelu, gdzie nad naszymi głowami przepływają rekiny, płaszczki i inne wodne stwory. Robi wrażenie, szczególnie gdy sobie człowiek przypomni jak parę lat temu akwarium zaczęło przeciekać. No nie chciałabym być ani na miejscu tych rekinów ani wycieczkowicza. Myśli różne przelatują przez głowę i z ciekawości przyklejamy głowę do szyby, dociekając jakiej może być grubości. Na drugim piętrze, czekają kolejne atrakcje. Mini zoo, rybki, żółwie a nawet karaluchy dokarmione sterydami. Jedną z dziecięcych atrakcji było wejście do małej ciasnej dziury, żeby wstawić swoją głowę w szklaną kulę, która znajduje się w środku akwarium ze skrzydlicami. Nie muszę chyba dodawać, kto pilnował swojej kolejki, żeby nikt się przed niego nie wepchnął. Jacek na czworakach wszedł do środka, i prawie się zaklinował gdy dzieciaki zaczęły pełzać do środka nie zważając na konsekwencje tego występku. Po przygodach w akwarium, bierzemy taksówkę i jedziemy zobaczyć hotel Atlantis, położony na sztucznej wyspie w kształcie palmy.


c.d.n.

piątek, 10 maja 2013

JEST SZAŁ - DUBAJ

Dawno nie byłam na żadnej wycieczce, nie licząc wakacji w domu, dlatego na propozycję orzechów, aż podskoczyłam. Orzechy to Ania i Jacek. Mieszkają w Doha i zapewniają mi na co dzień tyle wrażeń i śmiechu do łez, że porobiły mi się już zmarszczki mimiczne. Wybierali się na fascynujący jak zapewniał Jacek, weekend do błyszczącego od świateł neonów Dubaju, wybrałam się i ja. Samolot Emirates zabrał mnie w środku nocy na pokład wielgachnego samolotu. Ilość siedzeń w klasie ekonomicznej, po godzinnym locie gwarantuje zatrzymanie obiegu krwi w nogach i jak mi było ciasno, to co dopiero by powiedział Stefan, który ma nogi jak żyrafa. Apeluję, ćwiczcie z Chodakowską bo inaczej będziecie dzielić siedzenie z pasażerem z podłokietnika obok. Żarty, żarty...ale faktycznie dodatkowy fotel w rzędzie robi różnicę. Za to obsługa była bardzo sympatyczna, i ręczniki i kawka, herbatka i czego dusza zapragnie. Wystartowaliśmy. W kabinie na suficie pojawiło się tysiące maleńkich światełek, które przypominały gwieździste niebo nad Saharą. Naprawdę zrobiło się magicznie i zapomniałam już, że pasażer z kraju na I. zabrał mi pół siedzenia i cały podłokietnik. Ale przynajmniej siedziałam przy oknie i miałam cudowny widok na Dubaj o poranku. Nie omieszkałam umieścić całej głowy w okrągłym okienku, odbierając sobie poniesione krzywdy w czasie całego lotu a'la sardynka.


Orzechy zawitały do Dubaju już dzień wcześniej. Pomyślałam sobie, że nie będę ich budzić, bo przecież czeka nas cały dzień niesamowitych przygód i atrakcji, więc dam się im wyspać. Ale skąd...Ania leciała telepatycznie ze mną, jak ciocia Klocia czuwała, żeby nie zaspać na mój przyjazd i żebym nie stała gdzieś samotnie. Stałam i owszem, ale w półgodzinnej kolejce po wizę, która prawie się nie ruszała. Miałam ze sobą tylko bagaż podręczny, więc o tyle dobrze ominęła mnie taśma z walizkami. Taksówki mają eleganckie, czysto, pachnąco, przemili kierowcy, jakby się wkroczyło w inny wymiar. W Doha są jeszcze w erze kamienia łupanego, gdzie człowiek modli się całą drogę, żeby kierowca w końcu odnalazł drogę do celu i żeby nie miał stłuczki. Taksówki są brudne i jakby mogli to by w ogóle nie włączali liczników i kasowali potrójnie za przejazd z punktu A do punktu B. Kierowca grzecznie zapytał w które miejsca ma mnie zawieźć i standardowo - skąd jestem. Nie nabrałam jeszcze energii więc, nie podtrzymywałam rozmowy i zrobiłam sobie kilkuminutową drzemkę, bo po chwili byłam już na miejscu. Ania w zielonych gaciach alladynkach, odebrała mnie z chodnika przed hotelem i tajniacko przemyciła do pokoju. Wizytówką hotelu był nocny klub na pierwszym piętrze, gdzie panie z kraju na F. prezentowały swoje wdzięki, wijąc się w rytm latynoskich rytmów. Jest szał...Przebieramy się i ruszamy na śniadanie do Libańskiej restauracji.

c.d.n.

piątek, 29 marca 2013

NAGLE GAŚNIE ŚWIATŁO


Tyle mam do opowiadania, że nie wiem od czego zacząć. Skończyłam się szkolić, były chwile zwątpienia, ale każdy mi powtarza, że będzie lepiej. Początki już takie są, chyba w każdej pracy. Trzeba trochę pocierpieć i popełnić kilka błędów, żeby później było już tylko lekko, miło i przyjemnie. Byłam na urlopie w Polsce, gdzie oprócz wyjazdu na narty z przyjaciółmi, byłam też na niewidzialnej wystawie o której koniecznie muszę opowiedzieć. Byliście kiedyś na wystawie, której nie widać i zapłaciliście za bilety? Brzmi dziwnie? Nic podobnego, to dopiero początek podróży w świat gdzie panuje totalna ciemność.

O wystawie dowiedziałam się od Julka. Juliusz Cezary mieszka w Doha i akurat wracał ze mną lotem z Warszawy. Opowiedział mi o wystawie, na którą zabrała go jego dziewczyna i był tak zafascynowany i nasączony wrażeniami, że musiałam zbadać temat od podszewki. "Wyobraź sobie, że całkowicie gaśnie światło..." pojawia się pierwsza informacja na oficjalnej stronie wystawy www.niewidzialna.pl. No dobra gaśnie światło i co dalej? Dalej wchodzisz w świat, który z jednej strony przeraża a z drugiej rozbudza wszystkie zmysły, które działają ze zdwojoną siłą. Pierwsza wystawa została otwarta w 2007 roku w Budapeszcie. Inspiracją do jej stworzenia była młoda para z Węgier. Nagła utrata wzroku u swojego męża, wzbudziła w kobiecie poczucie dostosowania się do zaistniałej sytuacji i zleciła wyciemnienie całego mieszkania. Ogromna przepaść w postrzeganiu świata nagle się zmniejsza, gdy podczas godzinnej wyprawy przekonasz się na własnej skórze, jak to jest być niewidomym.

Na "niewidzialną" warto zrobić wcześniej rezerwację. Wchodzi się co kilkanaście minut w grupach maksymalnie po osiem osób. Przez stronę internetową można wybrać dzień i godzinę, która nam najbardziej odpowiada. Dobrze przyjść z pół godziny wcześniej, gdzie w części widzialnej, przygotowane są sprzęty, gry, książki, które ułatwiają funkcjonowanie w codziennym życiu osobom niewidomym i niedowidzącym. Oczywiście prawie się spóźniliśmy, więc część widzialna przypadła nam na sam koniec. Wkładamy wszystkie nasze rzeczy do szafki, ściągamy zegarki, komórki i wszystko co może świecić musi zostać w szafce. Dostajemy instrukcje, żeby mieć w kieszeni kilka monet, przydadzą się później. Zbiera się nasza grupa i pierwszy raz widzimy się z naszym przewodnikiem na widok którego zbladłam. Przewodnik jest niewidomy. Otwiera drzwi gdzie widać tylko czarną płachtę i zaczynają mi się pocić ręce. Słychać odgłos zamykających się drzwi. Jest tak ciemno, że nawet w snach nie spotkałam takiej ciemności. Po omacku szukam rękawa Alka, żeby się nie zgubić i pierwsze co przewodnik prosi, żeby się przypadkiem nie trzymać za ręce. Jejciu, i po co mi była ta wystawa. Jestem lekko poddenerwowana, ale zaraz atmosfera się rozluźnia. Po chwili słyszymy kolejne informacje i prośbę o przedstawienie się. Dziwna sytuacja bo przecież się nie widzimy, i kto ma po kim się odezwać? Więc jakoś poszło i poznaliśmy imiona i głosy kolegów i koleżanki z grupy. Kurczowo trzymam się Alka, bo jednak podświadomość bierze górę i dopiero złapana na gorącym uczynku z bólem serca zdaję się tylko na siebie.

Nie mogę wam powiedzieć, co jest za czarną kurtyną, bo zepsułabym najlepszą zabawę. Na koniec można zadawać pytania i rozwiać wątpliwości. Czy zastanawialiście jak opisać kolory osobie która nigdy ich nie widziała? Jak zachowują się ludzie, gdy osoba niewidoma prosi o przeprowadzenie przez ulice. Będziecie w szoku, jak często lepiej od was postrzegają świat i jak pieką ciasto marchewkowe. Wyszłam tak oszołomiona, że nie mogłam przestać myśleć o tym czego przez tą godzinę doświadczyłam. Piękne doznanie, które polecam każdemu. Na wystawę można przyjść także z dziećmi, które radzą sobie w ciemności o wiele lepiej niż dorośli. Można wybrać opcję zwiedzania w obcym języku, ale trzeba się umówić już na konkretną godzinę poza te, które dostępne są na stronie w języku polskim. Rozbudź swoje zmysły, daj się porwać w świat, który będziesz mógł zobaczyć tylko oczami swojej wyobraźni.

czwartek, 24 stycznia 2013

LATAJĄCE DYWANY


Wczoraj wieczorem pojechałam ze Stefanem na spacer. Brzmi to dość kuriozalnie, bo jak można jechać samochodem na spacer. Otóż, żeby w moim cudownym mieście pospacerować, trzeba w takie miejsce najpierw dojechać. Nie ma lekko, bo chodniki to wymysł Europejczyków i tu takich luksusów nie ma, więc samochód parkujemy przy "korniszu" i zaczynamy wieczorny spacerek. Pogoda jest fantastyczna, nie praży z nieba jak z pieca w kotłowni, za to delikatny powiew chłodnej bryzy sprawia, że oddycha się pełną piersią. No i tak sobie idziemy, rozmawiamy o wszystkim w pigułce i S.mówi, że czeka na ostatnią część wpisu o Omanie, jakieś podsumowanie...Co? Przecież ostatni wpis był już ostatnim, i nie będzie już kolejnych. No, ale po głębszym zastanowieniu się, dobrze - będzie podsumowanie.

Ostatniego dnia, rano po śniadaniu, spakowane i najedzone pojechałyśmy tak perfekcyjnie, jakbyśmy się w Muskacie urodziły. Nie pokręciły nam się zjazdy, znałyśmy już wszystkie dziury na drodze i tylko największy łoś by pomylił po raz kolejny drogę. Przed jedenastą musiałyśmy dojechać do wybudowanego w maju 2001 roku Wielkiego Meczetu. Sultan Qaboos Grand Mosque widziałyśmy wracając z wodospadów. Wszystkie światła skierowane na meczet, nadawały mu magicznego blasku. Pięć minaretów przypominające błyszczące w nocy maczugi, widać już z daleka. Jedyny minus jest taki, że meczet znajduję się tuż przy zatłoczonej autostradzie, i tak jak w nocy wygląda olśniewająco, w dzień pęd samochodów trochę przygasza wszechogarniający mnie zachwyt. Za czasów Proroka Mahometa meczety nie posiadały minaretów, Muezin z dachu świątyni nawoływał do modlitwy. Z biegiem czasu i pod wpływem zmian w architekturze, zaczęto budować minarety, które stały się nieodłącznym elementem współczesnych meczetów. Najwyższą wieżę mierzącą 210 metrów, można zobaczyć odwiedzając Meczet Hassana II w Casablance. I muszę przyznać, że robi wrażenie a szum morza i rozbijające się w pobliżu fale o mury promenady, dodają jeszcze większego uroku temu miejscu. Budowa meczetów rozprzestrzeniła się po świecie wraz z rozwojem islamu. Ogromne wpływy religii w Egipcie, zaczęły być widoczne w stolicy kraju. Do dziś Kair nazywany jest "miastem tysiąca minaretów". Zmiany w architekturze spowodowały, że w różnych miejscach na świecie, możemy spotkać się z wieloma stylami i formą meczetów. Od meczetów wybudowanych na planie litery T, po te z ogromnymi kopułami, zdobionymi z niezwykłą precyzją.


Nie do każdego meczetu możemy swobodnie wejść. Ten do którego zmierzamy, otwiera swoje wnętrza dla zwiedzających codziennie (oprócz piątku) od ósmej trzydzieści do godziny jedenastej, więc wciskamy gaz do dechy, żeby się nie spóźnić. Mistrzowsko się gubimy w jednokierunkowej uliczce, równoległej do autostrady przy której zeszłej nocy widziałyśmy oświetlone minarety. Cudem, z duszą na ramieniu dojechałyśmy i zostawiłyśmy samochód na parkingu. Długie spodnie lub spódnica, zakryte ramiona i chusta na głowę, to dla Pań wymóg konieczny, Panowie w krótkich spodenkach też zostaną odesłani do sklepu po spodnie z długimi nogawkami. A że w okolicy nie ma nic, trzeba być zaopatrzonym w PZDK (podręczny zestaw do kamuflażu). Wchodzimy na dziedziniec, którego posadzka aż błyszczy. Żar leje się z nieba, omańscy przewodnicy prowadzą wycieczki do głównej sali modlitewnej. Ariadna zniknęła mi z pola widzenia, ale na pewno jest gdzieś w pobliżu. Ściągam buty i wkładam na drewnianą półkę, która przypomina gablotę u szewca. Do wyboru do koloru, klapki, japonki, sandałki. Zawsze się zastanawiam, jak to działa, że mężczyźni zostawiają klapki przed meczetem, gdzie 80 % tych butów jest identyczna i potem mają odszukać swoje lacie? Podpisane je mają? Ale co z tego podpisania jak krzyknę Mohamed albo Ahmed i się wszyscy odwracają. Może są ponumerowane? Zagadka nie do rozwiązania jak dla mnie, na szczęście w wielu miejscach są właśnie takie jak tu przede mną półeczki na buty, ponumerowane jak szafki na basenie, każdy wie które jego. Znalazła się Ariadna, wchodzimy na niebieską płachtę, która jest paskudna i na dodatek stoją na niej pachołki z taśmą wydzielającą trasę, po której mamy chodzić. Od razu mi się nie podoba ten pomysł. Idea płachty ma na celu zachowanie w jak najlepszej kondycji dywanu. Drugi pod względem wielkości, ręcznie tkany dywan waży dwadzieścia jeden ton i pomieści sześć tysięcy Muzułmanów, ustawionych rzędami jeden obok drugiego. Imponująco się zrobiło, ale to nie koniec. W centralnym punkcie sali ze złotej kopuły, zwisa ośmiometrowy żyrandol, wykonany z kryształów Swarovskiego. Tak samo jak długi, tak samo ciężki, lekko przebiegam nie przyciągając uwagi, żeby osiem ton lampek na mnie nie spadło.


Niestety moje oczekiwania i wyobrażenia co do wnętrza zupełnie się nie pokryły z tym co zobaczyłam. Po pierwsze ta okropna płachta, po drugie odnoszę wrażenie, że można by je dopieścić, a przecież wiem, że arabska ornamentyka jest niezwykle bogata. Cały czas porównuję Meczet z Omanu z najpiękniejszym, który do tej pory zwiedzałam, znajdującym się w Abu Dhabi. Meczet Szejka Zayeda bin Syltana Al Nahyana to mieszanka stylów architektonicznych. Białe marmury i złote zdobienia kolumn, przenoszą odwiedzających do odległych opowieści z Baśni  tysiąca i jednej nocy, Alladynów i latających dywanów. Przed wejściem do meczetu obowiązkowo należy udać się do szatni. Wypożyczamy czarne jak heban abbaje i chustę na głowę. Ubranie się w tradycyjny strój arabski, jest dużą atrakcją a nauka chodzenia, jeszcze większą. Jak One w tym się przemieszczają? Złapałam zająca kilka razy, chusta spadała z każdym mrugnięciem rzęsami, a o temperaturze która panowała pod czarną płachtą w gorącym jak ogień słońcu, nie wspomnę. Kilka razy w ciągu dnia, zorganizowana grupa przewodników, dzieli turystów na małe, kilkuosobowe grupy i zabiera w podróż po śnieżnobiałym meczecie. Opowiada ze szczegółami o kolumnach i sklepieniach, o filarach wiary i zasadach panujących w czasie modlitwy, odpowiada na wszystkie pytania, które tylko przyjdą nam na myśl. Godzinna wycieczka kończy się w sali modlitewnej, gdzie siadamy po turecku na największym dywanie na świecie. Każdego ciekawiło, jakim cudem tak ogromny dywan został przetransportowany z Iranu, gdzie został wykonany. Otóż podzielony na dziewięć elementów, został ułożony i połączony w jedną całość, zdobiąc wnętrze ponad dwudziestoma kolorami. Można by wyłożyć nim boisko do piłki nożnej, więc wyobraźcie sobie jego ogrom. Dywan jest miękki jak puch, można oszaleć z zachwytu. Nic dziwnego, że po doznaniach w Abu Dhabi, meczet w Omanie wydał mi się mało interesujący, choć nie każdy meczet jest taki sam i w każdym coś innego przyciąga uwagę.
 

Persja, jak dawniej nazywano Iran słynie z tkactwa. To tu powstają słynne na całe świat perskie dywany. Nazwy dywanów pochodzą zazwyczaj od nazwy miejsca ich produkcji lub grupy etnicznej, przez które zostały wykonane. Najstarszy dywan świata liczy sobie ponad 2600 lat. Został znaleziony w bryle lodu na Syberii w 1947 roku. Doskonale zachowany eksponat można dziś oglądać w Państwowym Muzeum Ermitażu w Sankt Petersburgu. Na początku dziewiętnastego wieku w Europie pojawiły się maszyny wykorzystywane przy produkcji dywanów. Ręcznie tkane pochłaniają czas i są o wiele bardziej kosztowne, dlatego coraz częściej przegrywają z maszynowym wyrobem z Turcji.

Wsiadamy do auta i niczym na latającym dywanie, lecimy do poleconej przez Stefana knajpki z podobno najlepszą na świecie shishą. Nie byle jaką, bo pomarańczową w prawdziwej pomarańczowej skórce. Znalazłyśmy uroczą knajpkę, niemalże błagamy właściciela, który na wszystkie sposoby zniechęca nas do siedzenia na dworze, żeby nie zamykał nas w klimatyzowanym pomieszczeniu. Nie przeszkadzają nam liście, które spadają nam z drzew do soku, ani brudny stolik - jest bosko. Zamawiamy reklamowaną shishę i Panie Michale, czapki z głów. To najwspanialsze doznanie shishowe jakiego doświadczyłam. Smak pomarańczy i zapach dymu, otula mnie delikatnie i mogę się już stamtąd nie ruszać. Opieram się wygodnie o wielką poduszkę, która leży na drewnianej ławie. Po chwili wchodzą ludzie z dwójką dzieci i też zależy im na stoliku na zewnątrz. No i po chwili już wiemy, że świat jest mały - Polacy. Koniec końców siadamy razem i poznajemy przesympatycznych muzyków uczących grać omańską orkiestrę Sułtana. Wymieniliśmy się mailami, spędziłyśmy urocze przedpołudnie i czas się pożegnać z niezwykłym Omanem i jechać na lotnisko. Długo nie zapomnę magicznej atmosfery, która przypomina mi Oman za każdym razem gdy o nim myślę. Muszę opatentować shishę pomarańczową i koniecznie jeszcze pojechać do pięknego, orientalnego i bijącego otwartością mieszkańców Omanu. Wam też polecam!


środa, 16 stycznia 2013

BO TU NIE MA WODY - OMAN


Dojeżdżamy do szerokiej, piaszczystej plaży, którą otaczają góry a widok jest tak niezwykły, że otwieram usta ze zdziwienia. Nagle przed nami jak w jakiejś bajce, stoi drewniany domek z werandą i starannie wypielęgnowaną drogą z palm, które ciągną się aż do samego wejścia. I daję słowo, przybyłyśmy do restauracji na końcu świata, która wyciska dla nas soki ze świeżych pomarańczy. Knajpka na plaży na totalnym odludziu, nie ma samochodów ani hałasu, tylko wiatr i gorące słońce. Świat należy do nas. I do starszej pary, jak się zaraz okazało, która leży na ubraniach na piachu i przez moją głowę przebiegają myśli, skąd oni się tu wzięli. Europejczycy chyba. Starszy Pan wchodzi do wody, a ciepła wcale nie jest, ale to oceniam ja - zmarzluch. Nigdy nie byłam w takim miejscu, gdzie z dala od cywilizacji, można poczuć się tak wolnym i odpoczywać otulonym morską bryzą. Wybierzcie się do Omanu, tam jest wiele takich niezwykłych miejsc, które z pewnością was oczarują. Otrzepałyśmy nogi z piachu i jedziemy dalej, widoki zniewalają.


Dzień zleciał nam bardzo szybko, wieczorem kolacja i poszukiwania wspaniałej dzielnicy Muskatu, która okazała się kichą i po raz ostatni biorę przewodnik do ręki. Zaglądnęłyśmy do kawiarenki internetowej, żeby wybrać drogę i przeglądnąć opinie o wodospadach. Żółwie zostawiamy na inny raz, a żeby nie siedzieć w mieście następnego dnia z samego rana, wyjeżdżamy z pożyczoną z hotelu mapą na Wadi Bani Khalid. Wadi pochodzi z języka arabskiego, może oznaczać dolinę albo koryto rzeki i łącząc te dwa znaczenia, najbliżej memu sercu będzie pasowało tu sformułowanie górska oaza. Droga pełna niespodzianek, zgubiłyśmy się już piętnaście minut po wyjeździe z hotelu, z którego drogę mamy opanowaną do perfekcji. Ale nauczone, że jak raz źle zjedziesz, to już kaplica. Z opóźnieniem, ale w udało się wydostać z zakorkowanej drogi i autostradą na której jedyną stacją w radiu jest koran, mkniemy do wodospadów. Stroje kąpielowe zapakowane, okulary przeciwsłoneczne na nosie, prowiant zakupiony w supermarkecie w postaci bananów, jabłek, ciastek, m&m' sów i wody do picia. Czyli przez jeden dzień z głodu nie umrzemy. Po niekończącym się odcinku drogi, jest pierwszy znak na Wadi. GPS pokazuje, że jedziemy po pustyni, ale jakaś tam mała droga jest. I co ciekawe, tak postawią te znaki, żeby człowiek nie zobaczył, że ma skręcać, albo na równi ze skrętem więc nie zdążysz wyhamować. No i jak zwykle najważniejszy skręt przejechałyśmy i Wadi szukamy w górskiej wioseczce, gdzie rozczochrane dzieci z wielkimi brązowymi oczami wpatrują się w nas jak w UFO. Kozy jeszcze bardziej zaskoczone naszym widokiem i ot co, koniec drogi. Patrzę na Ariadnę i mówię - to chyba jednak nie tu.


Zawracamy dosłownie nad przepaścią a leje po nogach ze śmiechu, Ariadna ma serce w gardle, że spadnie w wąwóz. Dzięki Bogu wypożyczyłyśmy mały samochód. Wracamy krętymi uliczkami, pozdrawiamy bawiące się na ulicy dzieci i w końcu widzimy ten zasłonięty do granic możliwości znak - WADI BANI KHALID. Alleluja, jesteśmy uratowane. Zaczyna się ruch na drodze i nagminnie wyprzedzają nas Jeepy 4x4. Udajemy, że też jesteśmy Jeepem i wreszcie dojeżdżamy na parking. Aparat, ręczniki, stroje i jak działa psychologia tłumu, idziemy za całą resztą, którą prowadzą miejscowi przewodnicy. Po betonowym korycie wypełnionym wodą, przechodzimy jak baletnice aż do jeziora czystego jak łza. Góry, woda i słońce, i jak na oazę dość dużo ludzi. A miało być tak dziewiczo. Ze skał złażą Francuzi, mijamy znak, że do jaskini około 1km. I wszystko przez tez grupowe zachowania, gdzie mózg Ci się wyłącza i zwalnia tak, że idziesz jak durna za tymi Francuzami. No i jest szlak żółty, oznaczone kamienie, nasza czujność została uśpiona. Po zdobyciu góry i spotkaniu z kolejną wioską, patrzymy w dół gdzie wody ani śladu, a my durne przecież na wodospady przyjechały. Zdesperowane, zmęczone, wściekłe, że dałyśmy się wyrolować żabojadom dzwonimy ze szczytu góry do Sławków, którzy już tu byli i opowiadali o wodospadach,  że ludzie się kąpią..i w ogóle. Odbiera Sław, słaby jest zasięg ale coś tam próbuje wykrzyczeć.
- Sławek, bo my tu stoimy z Ariadną i tu nie ma żadnych wodospadów, nawet wody nie ma, jest tylko wioska i kozie bobki.
-Ale gdzie wy jesteście? - mówi Sławek.
-No na górze jesteśmy.
-A był drewniany mostek i ludzie się kąpią?
-Mostek był, ale metalowy i restauracja.
-Restauracja? dziwi się Sław, tam nie było restauracja tylko taki zielony mostek..
-Zielony???????? Jak to zielony?
-No nie wiem jaki, ale mostek.
-Kurcze, to ja już nie wiem.
- A wy na pewno w dobrym miejscu jesteście? Wadi Bani Khalid?
- Tak, Tak to na pewno tu, tylko tu nie ma wodospadów.
-No to nie wiem dziewczyny, jak wam pomóc - jak myśmy byli to Monia się tam normalnie kąpała i ludzie na główkę skakali.
- aaaaa..spoko, Sławek będziemy szukać dalej. Dziękujemy i pozdrawiamy ze szczytu góry.

 

Złazimy. Było już prawie pusto, wszyscy pojechali na kolację a my dalej nie zamoczyłyśmy nogi w źródełku. Poszłyśmy wąwozem w dół, nie jak półgłówki w górę i po wyżłobionych kamiennych schodach znalazłyśmy to czego tak długo szukałyśmy. Krystalicznie czysta, ciepluteńka woda, białe skały w około i niestety arabskie bochomazy namalowane sprejem, za które powinni im łapy obcinać. Miejsce wyjątkowe, niestety widać ślady turystów, bo papierów, kup i pozostawionych worków foliowych, butów i innych gadżetów wycieczkowicza jest tu sporo. Szkoda, bo za parę lat nie będzie już czego oglądać. Nie przejmujemy się napisami i przeciskając się przez skały, dochodzimy do jaskini, do której można wejść tylko z latarką. Jak ktoś ma klaustrofobię, też odradzam bo mi na sam widok szczeliny, która imitowała wejście zrobiło się słabo. Siadamy na odpoczynek i popijamy resztki wody, które cały czas ze sobą taszczymy. Jest pięknie, warto było się tu doczłapać. Po krótkim odpoczynku, zanim nas noc zastanie ruszamy na kąpiel. Strumyczek płynie, kamienie ułożone tak, że pięciolatek by przeszedł, Ariadna śmignęła na drugą stronę w klapeczkach, ja w tenisówkach stawiam pierwszy krok - i trach, kamień się akurat poruszył i do kostki stoję w wodze. Ta leje ze mnie po drugiej stronie, ja z aparatem i mokrym butem w wodzie płaczę ze śmiechu, przygodo trwaj. Przebieramy się w stroje i na dwie tury, żeby chociaż kilka zdjęć mieć wskakujemy do wody. Ja wskakuje już w butach, bo i tak są już mokre a jeszcze mnie jakaś ryba złapie za palec.

 

Ojj pięknie było. Takie miejsca zawsze przypominają mi, że jest jeszcze tyle niezwykłych zakątków na świecie, o których nam się nie śniło. I gdzie można robić tak niesamowite rzeczy. Kąpiele w bajkowej scenerii przy czerwonym blasku zachodzącego słońca, są pamiątką na całe życie i tego nikt tam nie odbierze.

P.S Przelot z Warszawy do Omanu linią Qatar Airways z przesiadką w Doha 1442 pln. Oferta na marzec, polecam!!!