Pokazywanie postów oznaczonych etykietą RÓŻNOŚCI. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą RÓŻNOŚCI. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 sierpnia 2016

POWIEDZIELI "TAK"


Zastanawiałam się jak to się wszystko zaczęło, i choć czasem pamięć zawodzi, swój udział w początkach naszej znajomości ma mój ukochany blog. A było to tak. Gdy leciałam do Kataru, nie znałam absolutnie nikogo. Pisałam do kilku wyszukanych przez Facebooka osób, ale trudno było uzyskać informacje – jak tam naprawdę jest. Kołowrotek myśli, czy dobrze robię, co mnie tam będzie czekać, no i strach przed nieznanym, rzucając się na głęboką wodę – wyjechałam.
Początki nie miały bajkowej scenerii, ale zdziwiłabym się, gdybym od razu wylądowała w królewskim zamku, a z okna oglądała ogród pełen malinowych róż. Twierdza to może jest, ale z okna słychać Muezina i można poczuć się jak w małym Pakistanie. Szybko się zadomowiłam, a blog nabrał charakteru łącznika, pomiędzy przyjaciółmi i najbliższymi w różnych zakątkach świata. Można było swobodnie czytać, oglądać kolorowe zdjęcia i przenosić się wirtualnie do miejsc przeze mnie odwiedzanych. Oprócz rodziny, blog spodobał się także tym, którzy tak ja kiedyś szukali jakichkolwiek informacji o pracy stewardessy w najlepszych liniach świata. I tak właśnie poznałam Ewę.

Od początku wiedziałam, że będziemy się mniej lub bardziej przyjaźnić, bo od Ewy biła niesamowicie pozytywna energia. Wspólne plażowanie, spotkania, śmiechy i rozterki, zbudowały coś wyjątkowego, co z czasem wygasło, ale nigdy nie straciło swej mocy. Babcia Ewy posyłała mi najpyszniejsze własnoręcznie robione pierogi, a ja zjadałam wszystkie w ciągu jednego popołudnia. Gdyby można było zamknąć smaki ulubionych potraw w słoiku, to byłby to wielki słoik i nazywał się „pierogi ruskie Ewy babci”. Parę lat w Katarze, zmieniło życia każdej z nas i choć nie spotykałyśmy się już tak często, wiedziałyśmy co słychać tu i tam. Od znajomego do kolegi, od kolegi do chłopaka, od chłopaka do narzeczonego, aż wreszcie stanęli na ślubnym kobiercu, Ewa i Ash pobrali się 30 lipca 2016 roku w Warszawie. 

Jestem szczęśliwa, że mogłam uczestniczyć w tym magicznym i niezwykle wzruszającym wydarzeniu w życiu Ewy i Asha. Mam nadzieję, że się nie pogniewają jeśli odkryję białą woalkę i opowiem troszkę o ślubie jak z tysiąca i jednej nocy. O godzinie 17-stej, wszyscy zaproszeni goście przytulali się do siebie, spoglądając w niebo, aby złośliwy deszczyk przestał padać. Kap, kap i po kilku minutach przez wciąż jeszcze zachmurzone niebo, przedzierały się złote promienie gorącego słońca. Ceremonia zaślubin odbywała się w ogrodzie, gdzie na białych drewnianych krzesełkach oczekiwaliśmy na Młodą Parę. Urocze dziewczynki o kasztanowych włosach sypały białe płatki róż, a z fortepianu rozbrzmiała uroczysta melodia, która oznaczało tylko jedno, zaczynamy ceremonię. Wszyscy goście powstali i wpatrywali się jak zahipnotyzowani w Młodą Parę, która z niezwykłą gracją spacerowała po jasnoszarym dywanie usłanym różami. Ewa wyglądała zjawiskowo, obłędnie, pięknie i niezwykle subtelnie. Od dzisiaj jesteście mężem i żoną – można się całować…

W białym namiocie, panowała atmosfera iście filmowa. Białe lampiony, ławeczki w stylu retro i prześliczne dekoracje, przeniosły gości do miejsca jak ze snów. Podano przystawki, dania główne i deser, i wszystko było naprawdę pyszne. Czujnym okiem i z wrodzonej ciekawości obserwowałam, czy gościom z najdalszych zakątków świata będzie smakowało, ale na talerzach leżały tylko sztućce, ułożone na za pięć piąta. Nie zabrakło przemowy Asha w języku polskim, i podziękowań dla rodziców. A później już tańcowaliśmy do białego rana. Każdy posmakował weselnego tortu i w świetle zimnych ogni uśmiechał się szeroko, widząc szczęście Ewy i Asha, którzy dbali o najmniejszy szczegół i bawili się wyśmienicie.

Miłość sprawia, że jesteśmy lepszymi ludźmi. To ona dodaje nam skrzydeł, to ona daje radość i poczucie spełnienia. Życzę Młodej Parze bajkowego życia, żeby zawsze mieli dla siebie czas i nigdy nie brakowało im cierpliwości. Aby kochali się miłością wyjątkową, wyśnioną i wymarzoną. Aby szanowali siebie i realizowali wspólne plany, wszystkiego najsłodszego na nowej drodze życia. Szczególnie podziękowania pragnę złożyć rodzicom Ewy, za miłe słowa i bardzo serdecznie przywitanie. Sto Lat Młodej Parze!


czwartek, 30 czerwca 2016

POD WŁOS

Z dobrym fryzjerem jest jak z ciastem, albo ktoś wie co i jak, albo będzie zakalec. Kto swoje włosy ceni, wielbi i płacze za każdym razem, gdy wypadnie o kilka włosów za dużo, zrozumie dlaczego tak, ważne jest dzielić się wiadomością o tak genialnych miejscach.

Na mapie Krakowa, w sercu dzielnicy Kazimierz, przy ul.Kupa, mieści się niezwykły salon fryzjerski Avant Apres. Tam jest jak w zaczarowanej krainie. Z każdych włosów, zrobią istne dzieło sztuki. Moja praca ogranicza mnie baaaaaaardzo w zakresie koloryzacji włosów. Cztery lata bez farbowania, długie ponure, z ciemnym blondem, który cały czas marzył o pasemkach o odrobinie jasnego odświeżenia. Nie mogę mieć odrostów, a włosy noszę spięte, i dziękuję wszystkim świętym, że trafiłam do Pani Kamili Matysiak. Wizjonerka, włosowa wróżka, magia w szczotce. Wyjaśniłam wszystko od A do Z, i zaczęła się koloryzacja. Gąbeczki, maseczki, ploteczki i po 2,5 godzinach wyszłam jak Bogini. Nowa JA! Cudownie!

Nawet z końca świata, warto odwiedzić salon Avant Apres. Profesjonalizm, indywidualne podejście do klienta, przesympatyczni styliści i ciekawy wystrój sprawiają, że z ręką na sercu mogę polecić to miejsce. Bosko!


czwartek, 13 listopada 2014

ROOM ESCAPE



Jak zawojować świat w kilka miesięcy? Nic prostszego. Pamiętacie grę online "escape the room", gdzie odnajdując przedmioty, rozwiązując zagadki mamy za zadanie wydostać się z tematycznego pokoju? No właśnie! Tym razem cel gry jest dokładnie taki sam, ale zamiast spędzać czas na komputerze czy ściągając grę na telefon, zbieramy paczkę przyjaciół i gramy "NA ŻYWO".

Już tłumaczę o co chodzi. Gry "room escape" w mgnieniu oka pojawiły się jako numer jeden na portalu TripAdvisor. Nie mogłam przejść obok tego obojętnie, więc zaczęłam szperać co jest fenomenem tej gry. Przeglądając strony internetowe, okazuje się, że można grać już praktycznie na całym świecie. Wystarczy wybrać miasto i zebrać grupkę przyjaciół, żeby zacząć zabawę. No to ciach, miasto - Warszawa, grupa trzyosobowa, wybieramy spośród trzech pokoi Indiana, Piwnica i Laboratorium. Nie wiemy co nas tam czeka. Wiemy tylko, że będziemy mieć 60 min na ucieczkę.

Przyjeżdżamy na miejsce, parę minut przed planowaną godziną rozpoczęcia gry. Warto przybyć kilka minut wcześniej. Zostawiamy kurtki, torebki itp. i przemiła obsługa objaśnia jak będzie wyglądała nasza godzina w pokoju "piwnica". Lekki stresik, adrenalina i z zamkniętymi oczami wchodzimy do pokoju, gdzie zaczyna się nasza przygoda. Trzaskają drzwi, a na monitorze zegar odlicza minuty do końca gry i tym samym czas jaki mamy na ucieczkę. No to do dzieła. Nie zdradzę wam szczegółów, bo zepsułabym całą frajdę, ale bez wątpienia musicie ze sobą współpracować od samego początku. Pokoje tematyczne wypełnione są przedmiotami, gadżetami, meblami itp. które zawierają zagadki logiczne, nie dla idiotów. Trzeba pogłówkować i to mocno, żeby nie utknąć w piwnicy. Biegamy jak oparzeni, przesuwamy meble, oglądamy kartki, szukamy numerów, liczymy, dodajemy, skręcamy, łączymy w pary, otwieramy kłódki i śmiejemy się do rozpuku, bo zagadki do łatwych nie należą. Nasze poczynania podgląda na monitorach obsługa "room escape" i gdy jak kołki nie wiemy co dalej, pojawia się na monitorze podpowiedź, dzięki której ruszamy jak burza i szukamy kolejnych haseł, kodów itp.żeby za jakiś czas świętować zwycięstwo. Zostaje parę minut do końca, serce bije nam jak oszalałe, trzymamy w ręce kolorowe klucze, kończy się czas, nie mamy bladego pojęcia jak się wydostać, dostajemy dwie dodatkowe minuty i eureka. Otwieramy drzwi i jesteśmy uratowani.

Emocje trzymają nas jeszcze długo po wyjściu. Ojj..tak, tak na pewno przyjdziemy jeszcze raz splądrować inne pokoje. Była to najlepsza zabawa na jakiej kiedykolwiek byłam. 60 min. intensywnego myślenia, z genialnym pomysłem na kreatywne spędzenie wolnego czasu. Doskonała forma integracji dla pracowników firm, jednym słowem niesamowicie polecam. W grze może brać udział od dwóch do pięciu osób. Dwie hmm..moim zdaniem to za mało, pięć to już tłum. Najśmieszniej i najwygodniej grać w 3-4 osoby, bo jak to się mówi co dwie głowy to nie jedna. Korzystaliśmy z "room escape" przy ul. Śniadeckich 1/15 http://roomescape.pl Profesjonalna obsługa, miła atmosfera, genialna zabawa, polecam razy sto. Koszt 60 minutowej gry to 150 zł.do godz.15 stej i 180 zł. po 15 stej. za całą grę, więc można podzielić koszty na ilość graczy. Konieczna jest wcześniejsza rezerwacja. Jak już wspominałam pograć można w większości dużych miast na świecie, w Polsce ucieczki z pokoju możecie spróbować m.in. w Gdańsku, Krakowie, Łodzi, Poznaniu lub we Wrocławiu. Udanej zabawy!

poniedziałek, 10 listopada 2014

PI KEJ PI

Podróże kształcą, oj tak, tak, szczególnie w PI KEJ PI. Odjazd o czasie, tłum gotowy do zajmowania miejsc jak przed wejściem do samolotu na pół godziny przed otwarciem bramek. Dobrze, że pociąg objęty jest rezerwacją miejsc, bo byłabym na straconej pozycji. Wagon X, przedział Y, miejsce Z, jestem, wyciągam książkę, zakładam okulary, proszę o pomoc w umieszczeniu walizki na metalowej kratce no i ruszamy.
- Przepraszam czy daleko Państwo jadą? - pytam z ciekawości, czy będziemy się tak kisić przez kilka godzin czy może ktoś wysiądzie wcześniej.
- Czy daleko? -  dziwi się mężczyzna pod oknem w białek koszuli rozpiętej do połowy klaty, z której wychodzą czarne, spocone, kręcone włosy.
- No, w sensie dokąd Państwo jedziecie?
- A dlaczego Pani pyta?
- Boję się, że zasnę dlatego pytam.
- Jest Pani na jakichś tabletkach?
- Nie, ale jestem zmęczona.

Na jakich tabletkach? Matko, czy już nie można się zapytać kto gdzie jedzie. Po godzinie żałowałam, że jednak nie wzięłam żadnej tabletki na sen albo na jakieś ogólne otumanienie, bo białej koszuli gęba się nie zamykała. Po trzech godzinach zrobiłabym wszystko, żeby choć na chwilę przestał gadać z koleżanką w czarnej sukience. Oprócz gaduły, jest jeszcze brunetka, odbierająca telefon niczym pracownik infolinii. Wiem już co robi, gdzie jedzie, że odwołała ślub na dwa tygodnie przed ceremonią, że ma nowego szefa, że jeździ tą trasą często, że pracuje w banku, że jest opóźnienie, że zjadła kanapkę z łososiem na mieście i na litość boska, dlaczego ja muszę tego słuchać. Czy tak trudno jest odebrać telefon poza przedziałem, gdzie nikt nie będzie słuchać jak często zmienia majtki i jak bardzo tęskni za swoim misiem pysiem.

Jedzie poczęstunek. Wielki wózek zatrzymuje się przed przedziałem.
- Dzień dobry, w imieniu PKP Intercity przysługuje Państwu darmowy poczęstunek, woda, kawa, herbata, soczek?
- Poproszę wodę.


W zestawie z wodą, jest też "pryncypałek". Koszt biletu 130 pln, smak "pryncypałka" bezcenny. Zapomniałam dodać, że rozpoczął się sezon na grypę i narzekanie. Że zimno, że mokro, że ponuro, że pociąg jedzie długo, bo tory w remoncie, że nie powiedzą o opóźnieniu, że to bandyci i oszuści, że PIS , że PO, że wszyscy kradną. Kaszlący cały przedział, jeden na drugiego. Gruźliki, popijają zamówioną kawkę i oznajmiają, że zaraz wysiadają. Moje modły zostały wysłuchane. Przez ostatnie pół godziny, jadę w ciszy. Rozkosz dla uszu. Nareszcie w domu.

czwartek, 6 listopada 2014

ZWYKŁY BILET


- Dzień dobry, poproszę bilet do K-K na godzinę 16:20
- Zwykły? - odpowiada Pani z okienka biletowego na dworcu PKP w Warszawie.
- A jakie są? - pytam. Kobieta przewraca oczami i zapowietrza się ze zdziwienia, bo przecież nie jeżdżę pociągiem codziennie a raczej kilka razy w roku i podział na bilety zwykłe i niezwykłe jest mi obcy.
- Ma pani jakieś zniżki? - warczy zza szyby.
- Nie, nie mam.
- Kartą czy gotówką? - pada hasło. Nerwowo szukam info o zakazie płacenia kartą, ale uff na szczęście nie ma.
- Będę płaciła kartą - odpowiadam i dokonuję płatności zwykłego biletu bez możliwości wybrania czy przy oknie, czy na korytarzu czy w wagonie bezprzedziałowym, bo papierowa przepustka na Intercity już wydrukowana zanim jeszcze włożyłam kartę do czytnika. Świetnie, ponad godzina do odjazdu, siadam w sieciówce z herbatą pomarańczowo jaśminową i zaczynam miesiąc w Polsce. Już wiem, że będzie gorąco.

piątek, 24 października 2014

A PO PRZERWIE

A po przerwie zmiany. Były wzloty i upadki, były łzy i kołowrotek w pracy. Ale nie ma co się nad sobą użalać, ruszam pełną parą na nowo. Jak to się mówi, co Cię nie zabije to Cię wzmocni - wcielam w życie i nie odwracam się za siebie.

W kozie - awans i niedługo będzie szary mundurek. Z jednej strony nie ma się z czego cieszyć, z drugiej czeka mnie ciężka praca i kolejny punkt w cv. Firma się rozwija z prędkością światła i ścieżka awansu to taśma produkcyjna. Zatem muszę dać z siebie wszystko i wytrwać miesiąc szkolenia a potem latać jako supervisor. Trzymajcie kciuki.




czwartek, 3 lipca 2014

FELIETON MARCINA MELLERA - LEVEL HARD

RIMEJK POLITYCZNY

Czas tak pędzi, że już po 25 latach robi się remake, czyli nową wersję filmu, jak choćby ostatnio „Robocopa”. Że niby starsza wersja już archaiczna, efekty nie te, dialogi zbyt drętwe, młodzieży trzeba podać coś świeżego. Może to i racja, ale dlaczego nikt nie przysposabia na nowo sławetnych mów politycznych sprzed dwóch, trzech dekad? Jak działacze partyjnych młodzieżówek mają załapać, o co tam było kaman?
Postanowiliśmy nadrobić to kłopotliwe zaniedbanie. Przedstawimy uwspółcześnione językowo i kulturowo wersje historycznych wystąpień. Na początek przemówienie Wojciecha Jaruzelskiego z 13 grudnia 1981 r. o wprowadzeniu stanu wojennego.

Obywatelki i obywatele Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej!

Słuchajcie, kurwa, bo Ojczyzna nasza znalazła się w pogłębiającej się dupie. Dorobek wielu pokoleń, wzniesiony z popiołów polski dom idzie się jebać. Struktury państwa poszły w pizdu. Gasnącej gospodarce zadawane są codziennie nowe ciosy w dupala. Warunki życia są przechujowe. Przez każdy zakład pracy, przez wiele polskich domów przebiegają kurewskie linie bolesnych podziałów. Atmosfera niekończących się pierdolonych konfliktów, nieporozumień, nienawiści sieje spustoszenie psychiczne, kaleczy tradycje tolerancji. Padają wezwania, żeby dojebać czerwonym.
Rosną milionowe fortuny tłustych misiów. Chaos i demoralizacja przybrały rozmiary kompletnej chujni. Naród jest podkurwiony w opór i osiągnął granice wytrzymałości psychicznej. Wielu ludziom odpierdala. Już nie dni, lecz godziny przybliżają ogólnonarodową rozpierduchę. Uczciwość wymaga, aby postawić pytanie: czy musiało, kurwa, do tego dojść? Czy wszyscy ochujeli? Obejmując urząd prezesa Rady Ministrów, wierzyłem, że potrafimy się podźwignąć. Czy zrobiliśmy więc wszystko, by zatrzymać spiralę kryzysu?

Historia, chuj jej w dupę, oceni nasze działania. Przy wspólnym stole zabrakło kierownictwa pierdolonej Solidarności. Słowa wypowiedziane w Radomiu, obrady w Gdańsku odsłoniły prawdziwe zamiary jej skurwionych przywódczych kręgów. Zamiary te potwierdza w skali masowej codzienna praktyka, narastająca agresywność ekstremistów, kolesi o małych fiutkach, jawne dążenie do całkowitego rozbioru socjalistycznej polskiej państwowości. Jak długo można czekać, aż te chujki się ogarną? Jak długo ręka wyciągnięta do zgody ma się spotykać z zaciśniętą pięścią tych miękką pytą robionych pizdków, co mają chuje jak fistaszki? Mówię to z ciężkim sercem, z ogromną goryczą.
Trzeba, kurwa, powiedzieć: dość! Trzeba zapobiec napierdalance, którą zapowiedzieli otwarcie przywódcy Solidarności. Naród musi pierdolnąć się w dyńkę. Pojebom trzeba skrępować ręce, zanim wtrącą ojczyznę w otchłań bratobójczej walki.

Obywatelki i obywatele!

Wielki jest ciężar odpowiedzialności, jaka spada na mnie w tym dramatycznym momencie polskiej historii. Nie mogę powiedzieć: chuj na to kładę, mam wyjebane na Polskę, bo obowiązkiem moim jest wziąć tę odpowiedzialność – chodzi o przyszłość Polski, o którą moje pokolenie walczyło na wszystkich frontach wojny i której oddało najlepsze lata swego życia. To nie czas na lizanie się po fiutach. Ogłaszam, że w dniu dzisiejszym ukonstytuowała się Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego. Rada Państwa w zgodzie z postanowieniami konstytucji wprowadziła dziś o północy stan wojenny na obszarze całego kraju. Tak się, kurwa, kaszle.
Obywatelki i obywatele!

Żołnierz polski wiernie służył i służy ojczyźnie. Nasz żołnierz ma czyste ręce, wielkiego naganiacza, nie zna prywaty, lecz twardą służbę. Nie ma innego celu niż dobro narodu.
Odwołanie się do pomocy wojska może mieć i ma charakter przejściowy. Jesteśmy tylko jebaną kroplą w strumieniu polskich dziejów. Składają się one nie tylko z chlubnych kart. Są w nich też karty ciemne: liberum veto, prywata, swary, trzepanie kapucyna. W rezultacie – upadek i klęska.
Obywatelki i obywatele!

W tym trudnym momencie zwracam się do naszych wykurwistych socjalistycznych sojuszników i przyjaciół. Wielce sobie cenimy ich zaufanie oraz stałą pomoc. Sojusz polsko-radziecki jest i pozostanie kamieniem węgielnym polskiej racji stanu, gwarancją najlepszego obciąganka pod słońcem.
Do Was się zwracam, moi towarzysze broni, żołnierze Wojska Polskiego, co macie fiuty jak maszty pełnomorskich jachtów. Bądźcie wierni przysiędze, jaką składaliście ojczyźnie na dobre i na złe. Od waszej dzisiejszej postawy zależy los kraju. Gruszki strzepiecie później.
Zwracam się do Was, funkcjonariusze Milicji Obywatelskiej i Służby Bezpieczeństwa: strzeżcie państwa przed wrogiem. W górę kiełbasy i jedziecie frajerów na pełnej kurwie!
Zwracam się do wszystkich obywateli – nadeszła godzina ciężkiej próby. Próbie tej musimy sprostać, dowieść, że Polski kurwa, jesteśmy warci.

Rodacy!

Wobec całego, kurwa, narodu polskiego i wobec całego jebanego świata pragnę powtórzyć te jebaniutkie słowa: Jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy.

Felieton Marcina Mellera pochodzi z najnowszego wydania "Newsweeka".

piątek, 14 lutego 2014

I LOVE YOU KOSZTUJE

 W supermarkecie pojawiły się walentynkowe jabłka. Po około 40-43 złote za kilogram, ale za miłość się płaci. Hiszpańskie owoce błyszczą na półce i jak to w Katarze, na bank znikną prędzej niż można to sobie wyobrazić. Otóż im większy festyn, im większy miś z sercem tym lepiej, ważne żeby się świeciło, cekiny, wstążki, naciapkane, namieszane i będzie się sprzedawało jak parasol w czasie burzy. 

Miłość w Katarze kosztuje i ma różną cenę. Od pary jeansów u znanego projektanta po samochody, telefony i biżuterię. W kraju tak bogatym, gdzie wszystko jest na sprzedaż, a nawet jeśli nie to i tak będzie, zaczęło mnie to przerażać. Bez zahamowań, bez ogródek, bez cienia zastanowienia można kupić sobie miłość. W jaki sposób? Będzie przykład, z życia wzięty, a dokładnie mówiąc z samolotu. Lecimy do Ameryki dwadzieścia osób załogi z czego cztery to piloci...chwila przerwy, bo piloci to długi temat i też można o pewnych zachowaniach książki pisać, ale za chwilę do tego powrócimy. Loty do USA są długie, zamknięci na 12-15 godzin z kompletem 335 pasażerów na pokładzie potrafi rozerwać na strzępy. Ale tym razem pasażerowie nie odstają od normy 95 specjalnych posiłków w wersji wegetariańskiej, 45 osób na wózkach inwalidzkich i średniej wieku powyżej 65 roku życia. Tak jest na każdym locie z małymi wyjątkami. Załogę dzielimy na dwa, zostaje osiem w klasie biznes wliczając szefa pokładu, drugie osiem przechodzi do klasy ekonomicznej wliczając szefa o stopień niżej. Kierownictwo zajmuje się boardingiem dwie osoby z każdej klasy wydelegowane są do kuchni, gdzie odbywa się przygotowanie posiłków, podział itd. w kabinie zostaje jak łatwo policzyć w klasie ekonomicznej pięć osób na 293 osoby. Po co komu siłownia, podnosząc ciężkie jak ołów torby tyle razy, że kręgosłup wygina się we wszystkie strony, możemy startować w zawodach Strong Men. Ale co tam, przed nami 14sto godzinny lot - mamy jeszcze zapas siły. Wszyscy usadzeni, w biznesie ostatni pasażerowie dopijają szampana i przebierają się w piżamy. Startujemy.

Zajmuję się kuchnią, po ostatnim treningu rzadko pojawiam się w kabinie - i w sumie dobrze, mniej stresu, więcej podnoszenia, przekładania no i nakładanie na talerze wg.określonych wytycznych. Lubię. Dodatkowo przypada mi w gratisie zaglądanie do kokpitu co 30 min., co czasem jest plusem czasem minusem. Na minus składają się piloci, którzy traktują samolot jak sieciówkę Starbucks, prosząc o kawę latte z chudego mleka z cukrem tylko brązowym, z odrobiną zimnego mleka, a potem herbata english breakfast z normalnym mlekiem, ale podgrzanym z miodem i listkiem mięty. Uwielbiam takie prośby, szczególnie gdy nie ma czasu i po chwili wołają, że jednak im nie smakuje i mogę zabrać kubeczek. Zabieram zaciskam zęby i wracam do kuchni nazywanej galley. Na plusy składa się izolacja od załogi, która ma fochy i nie koniecznie chce się z nimi rozmawiać, i wtedy kokpit jest jedyną ucieczką. Piękne widoki, pogaduszki i można odetchnąć. Na moim locie koleżanka z którą zostałam sama, gdy reszta załogi poszła spać, nie była rozmowna, więc co jakiś czas znikałam na dłuższą chwilę, gdy akurat nic w kabinie się nie działo i wszyscy chrapali. No i sobie gawędzimy Kapitan z kraju gdzie szyją podróbki Zary i Bershki, drugi pilot z kraju gdzie stolicą jest Islamabad. Panowie w wieku mojego ojca, nie byli upierdliwi, wręcz sympatyczni i godziny mijały o wiele szybciej. Po raz kolejny wciskam kod, patrzę w kamerę i czekam na zielone światło, sygnalizujące że mogę wejść. Siadam i w czasie gdy kapitan zajęty z nałożonymi słuchawkami na uszy przekazuje jakieś numery, drugi pilot nachyla się i proponuje wyjście na miasto, na kolacje z winem i dodaje "just me and you". Padłam na zawał.

Wyszłam oszołomiona, bo przez myśl by mi nie przyszło, że taki stary piernik odważy się złożyć taką propozycję. A jednak. Panowie nie mają już żadnych zahamowań, a na dodatek gdyby to była inna dziewczyna, jest dużo prawdopodobieństwo, że by się skusiła. A nóż widelec po kolacji dostała by nowego ajfona albo sukienkę. Granice przyzwoitości delikatnie się w tej piaskownicy zatarły, i tak jak Katarczycy wszystko mogą, od wpychania się w kolejkę do myjni, po niemoralne propozycje w klubach, przez komunikatory w telefonie i wiadomości na FB, tak inni starają się czerpać z tego trochę więcej korzyści. Zatem miłość jest na sprzedaż i nie trzeba się nawet wiele starać, żeby osiągnąć swój cel. Wypchany portfel, europejski paszport czy Porsche, są łakomym kąskiem dla wielu dziewcząt. Nie ważne czy Pan jest starszy od żółwia, ma pełne uzębienie i gromadę dzieci z żoną w domu, przynajmniej nie prosi o pieniądze na "chorą matkę". Naiwnych dziewczyn jest tutaj na pęczki, każda marzy o lepszym życiu u boku pilota, lub w przypadku Arabek najlepiej Katarczyka, zrobią masaż, ugotują albo przyniosą gotowe, wypełnią małżeńskie obowiązki i będą czekały wiernie na następne spotkanie z mężczyzną marzeń. Porażające jest to, że Panowie są zachwyceni takim obrotem sytuacji, więc z pełnym pakietem uciech biorą co Bóg daje. No i ja się pytam ile kosztuje miłość?

środa, 5 lutego 2014

PIĘĆ plus TRZY

Świętuję dzisiaj podwójnie. To już pięć lat, gdy pierwszy raz zasiadłam do komputera z pomysłem na pisanie bloga. A także piątego lutego (imieniny Mamy) trzy lata temu zaczęła się moja przygoda. Mama we łzach z rozmazanym po brodę tuszem do rzęs, machała na pożegnanie, tato trzymał się dzielnie, w końcu to nie mój pierwszy wyjazd na dłużej. Z niewielką różnicą, że tym razem sama nie wiem jak długo tu zostanę. 1/4 świata zobaczyłam, licząc miejsca w których fizycznie stopą mą chodziłam i oglądałam, bo nie liczę lotów do Pakistanu, Iranu czy Mozambiku, gdzie jedni wysiadają, drudzy wsiadają i z powrotem.


Czas w Katarze mija z prędkością strusia pędziwiatra, początki była ciężkie, później lepiej, gorzej, ale zawsze z uśmiechem. Mam tu swoich przyjaciół, zajęcia pozalekcyjne i muszę przyznać, że trochę się tu zadomowiłam. Pytanie tylko co dalej? Gdy trzeba będzie wreszcie ocknąć się z pracy przypominającej wakacje i "wiecznie w podróży" zderzy się z rzeczywistością, że tak nie wygląda normalne życie. Tylko czy ja chcę żyć normalnie? Czekać rok na upragniony urlop albo być więźniem własnego biznesu. Chyba zaczynam doceniać mój wolny czas, miejsca które odwiedzam, taka przygoda nie zdarza się dwa razy w życiu - coś za coś.

 

piątek, 17 stycznia 2014

DO MORE OF WHAT MAKES YOU HAPPY

Czy zrobiliście noworoczne postanowienia? Można by powiedzieć, ale po co? Skoro większości i tak nie jesteśmy w stanie zrealizować, albo poddajemy się już pod koniec stycznia. Otóż moja lista w tym roku ma aż 20 punktów, niektóre bardzo mobilizujące jak nauka słówek, inne są kwestią wolnego czasu, chęci i nadwyżki dolarów na koncie. Zatem wiele jest do zrealizowania, kilka już umarło na starcie. Ale nowy rok nowe wyzwania. Żeby zaczęło się pięknie i w turkusowych kolorach, poleciałam na 4 dni na Malediwy. Odwiedziłam trzy różne, boskie, zniewalające wyspy, i jak zwykle się spiekłam mimo nacierania kremami z filtrem. Widoki z każdej strony są tak niewiarygodne, że leżąc na białym piasku, zastanawiałam się jak to jest możliwe, że są takie miejsca na ziemi. Plażing, smażing, opalażing pasuje do mojego czterodniowego wypoczynku znakomicie. Na dodatek przy odrobinie kombinowania, można spędzić parę dni w raju za mniej niż trzysta dolarów ( nie licząc przelotu), ale to już pozostawiam w tajemnicy.


Święta w domu minęły bardzo przyjemnie. Nasze śpiewanie kolęd roznosiło się po całym osiedlu przy dźwiękach skrzypiec (oczywiście), i mimo że domownicy lekko fałszowali, było niezwykle magicznie. Stół uginał się od wigilijnych specjałów, teraz ugina się moja łazienkowa waga, bo jednak w "cycki" nie poszło. W pracy spokojnie, dużo wolnego, mało lotów, ale w zupełności mi to odpowiada. Pasażerowie na locie do Waszyngtonu zajadali się lodami i jeśli się przez 15 godzin nimi najedli to alleluja. Z serii "głupota na pokładzie" koleżanka z kraju na I. zobaczyła śnieg, który niczym lawina zsunął się z dachu samolotu i spadł prosto do "rękawa" łączącego wejście na terminal z drzwiami samolotu. Dobrze, że akurat nikt nie przechodził, bo można było z tej zaspy ulepić bałwana. Na widok białej zaspy zostawiła wszystko i ruszyła w stronę otwartych drzwi, od których miałam już gęsią skórkę i w myślach odliczałam minuty do ich zamknięcia. Rozumiem, że w kraju na I. śnieg to nie codzienność, ale żeby pakować go do plastikowego niebieskiego kubka, celem zabrania do Doha. Moja cierpliwość sięgnęła zenitu, gdy mało tego, że trzeba było zajmować się jej pasażerami, bo ważniejszy był śnieg, to jeszcze wpakowała go do lodówki. Bez pomyślunku zupełnego, mówię meduzie wyciągaj ten brudny śnieg, bo będzie heca zaraz. Po pierwsze w lodóweczce gdzie wchodzi kilka butelek i dwa soki, nie ma miejsce na kubek śniegu, po drugie za godzinę stopnieje i do domu sobie go i tak nie zabierze. Fuknęła coś pod nosem i poszła z kubkiem do drzwi.

Lamentowania nie było końca, aż wreszcie samolot ruszył na ceremonie odmrażania, jedyne dwie godziny opóźnienia, bo nie jesteśmy jedyni w kolejce, a przed nami A380, który jak wiemy mały nie jest. Francuz przed nami dostał tyle obelg on naszych pasażerów, że jest za duży i przez niego nie zdążą na swoje połączenie do Bombaju, że prawie skończyły nam się szklanki tak im w gardłach zaschło od marudzenia. Przyszedł też Pan z końca samolotu zapytać o stan i samopoczucie jego kota który leci w cargo i jak mu tam jest. A potem jeszcze dzieci po ciastka, inni do toalety, a kiedy polecimy, a czy zdążymy, a czemu tak gorąco, a dlaczego tak długo, a czemu AirFrance a nie my pierwsi...po dwóch godzinach na ziemi maskarada się skończyła i z 300 osobową gromadką wściekłych pasażerów wzbiliśmy się w powietrze.

W Doha zima, czyli kurtka, szalik, no może nie rękawiczki, ale zimowe ubrania wyciągnęłam z walizki. Katarczycy też wyciągnęli kurtki, ale klapki zostały. I wygląda to przekomicznie, bo mają sine palce z zimna, ale pełnych butów nie założą.  Czasem popada deszcz, a kaloryfer w pokoju ratuje życie, gdy nie chce się wychodzić na te chłody. Żeby jednak do końca w domu nie siedzieć, poszłam na wystawę najbardziej kontrowersyjnego brytyjskiego artysty sztuki współczesnej - Damiena Hirsta. I tak jak za granicą czeka się w kolejce po bilet, tu kolejki nie ma a wejście jest bezpłatne. Grzechem byłoby nie skorzystać. Wystawa faktycznie powala na kolana, i na pewno nie każdy odwiedzi wszystkie pomieszczenia, choćby ze względu na walory estetyczne i możliwość nasilenia się mdłości. Niektóre instalacje są tak inne i dziwne, że jak to przy sztuce współczesnej, nasuwa się pytanie " ale o co chodzi"?. Gabloty z martwymi zwierzętami, i żarłacz tygrysi w formalinie robią wrażenie, ale to nic w porównaniu z wysadzaną diamentami czaszką, która w 2007 roku została sprzedana za 100 mln dolarów. Czaszkę można sobie oglądać długo i dokładnie, a obsługa wystawy jak zwykle bawi się telefonem.


sobota, 7 grudnia 2013

HALO HALO

Nie taki diabeł straszny jak go malują, owszem na moim locie vipowskim był CEO, ale nie ode mnie tylko z OneWorld. Kamień z serca, bo tyle maili wysłali jakby miał to być najważniejszy lot w moim życiu. Panowie byli mili, niezainteresowani ani, ani, tym co się działo na pokładzie. Mówiąc krótko, taka ich rozpiska dnia przemieścić się między Dubajem a Doha i wielkiego poruszenia nie było.

W czasie drugiego już w tym roku święta nazywanego Eid (czytane id) czyli święta ofiarowania i pielgrzymki do Mekki, po długich obietnicach i marudzeniu, wreszcie odwiedził mnie mój tato. Pięć dni spędziliśmy na maksymalnych obrotach a przez to, że pół Kataru wyjechało na wakacje, nie było ani korków, ani złośliwości na drodze, był istny raj. Odkryłam piękną plażę, oddaloną od miasta około 100 km, gdzie śniadanie na kocyku smakuje niewyobrażalnie wspaniale. Jestem przygotowana jak na prawdziwy piknik z atrakcjami i bagażnikiem pełnym smakołyków. Teraz czekam na obniżkę sprzętu do grillowania i dmuchanych materacy, żeby można się było w pełni relaksować. Ale gadu, gadu materace i bajery, a przecież zima już przyszła, słońca jak na lekarstwo, owszem jest ciepło 24-28 stopni, ale na wycieczkę na plażę niekoniecznie. Zatem byle do wiosny, na początku lutego-marca powinno się robić cieplej. Tato wrócił oczarowany, tak więc pierwsza wizyta w Katarze zaliczona do udanych.


Ostatnio miałam dużo wolnego, wybrałam się do mojego ukochanego Omanu a następnie wyskoczyłam na 3 dni do Abu Dhabi odwiedzić koleżankę. Oman zachwycił mnie nie pierwszy raz, a na dodatek załapałam się na National Day. Co prawda nie jest obchodzony tak hucznie jak w Katarze czy Dubaju, ale klimat gór, zieleni i czystości godnej pozazdroszczenia pozostaje na długo w pamięci. Odwiedziłam restaurację poleconą mi kiedyś przez Stefana i niech mi się ktoś waży tam nie zaglądnąć podczas wizyty w Omanie http://www.kargeencaffe.com/en/ bez tego wyjazd jest jak to mój dziadek mawiał "rosół bez oków". W Abu Dhabi nie mogłyśmy się nagadać. trochę czasu upłynęło od naszego ostatniego spotkania, ale przyjaźń nie ulatnia się z dnia na dzień. To strasznie miłe, mieć kogoś z kim się nie widzi przez długie miesiące i nadal ma się milion tematów do poruszenia.



piątek, 25 października 2013

FIG - PIG

Plusem posiadania samochodu jest to, że można swobodnie i o każdej porze gdzieś wyruszyć. Moją ulubioną wycieczką, jest przejażdżka na drugą stronę ulicy do supermarketu. No dobra można by się przespacerować, szczególnie, że w Katarze już zima - czyli chłodniej ale nadal gorąco w ciągu dnia, ale jak już się rozpędzę z kupowaniem co mi się jeszcze przypomni..to nie doniosę. Więc prosta sprawa - jadę autem. Przejazd zajmuje mi dłużej, niż przedreptanie z laczka bo muszę objechać, zawrócić i dopiero jak hiena polować na miejsce parkingowe, bo wystarczy, że czekając na miejsce ktoś wyjedzie w inną stronę i "bęc" już ktoś mi tam wjedzie, nie patrząć na to, że ja czekam z włączonym migaczem. Awantura gwarantowana. Na nic się zdają nerwy, bo tu panuje prawo dżungli, trzeba szukać nowego miejsca. W końcu mam, z piskiem opon wjeżdżam, żeby na pewno nikt sobie na ten kawałek zębów nie ostrzył.

Nie dodałam, że jest przed ósmą w sklepie panowie w uniformach przebierają popsute pomidory i dokładają nowe warzywa i owoce. Znam trasę mojego objazdu wózkiem tak dobrze, że mogli by zgasić światło a i tak bym kupiła wszystko co potrzebuję. Wrzucam kluczyki, plastikową kartę i szmacianą torbę na zakupy do mini wózka i szusuję między regałami. Pierwszy punkt - bagietki, bo idę o zakład, że jeszcze nie gotowe. Czuję się jak u siebie bo pan od pieczywa krzyczy z końca "dzień dobry madam - bagietki jeszcze nie gotowe - 15 min madam" no dobra, mam czas na resztę zakupów. Dojeżdżam do działu owoce - pakuję banany, brzoskwinie, padam na zawał przy dziale z borówkami i stwiedzam, że przeżyję bez nich bo cena powala. Szukam fig na koktajl alewidzę brzoskwinie, cytrusy, banany, mango - fig brak. Pytam przebierającego w pomidorach pana z obsługi "do u have fig" -pig??? odpowiada. Nie pig tylko fig, taki owoc...aaa.."no madam mefi fig" no i po koktajlu.

Gorące pachnące bagietki dowiozłam do domciu. Zjadłam śniadanie z moją nową-starą współlokatorką. Nie pamiętam czy pisałam, że czekoladowa wreszcie się wyprowadziła i powróciła do mnie moja kochana Ukrainka. Zamieszania było sporo, załatwiania jeszcze więcej, i co wydawało się niemożliwe stało się realne. Znowu mieszkamy razem i wreszcie nikt nie trzaska drzwiami i nie ma problemu, że ktoś mnie odwiedza.

Dostałam też maila w związku z wielkim wydarzeniem, które szykuje się już za parę dni. A mianowicie przystępujemy do OneWorld i nie wiem czy się bardziej cieszyć czy płakać, zostałam przydzielona do obsługi lotu do Dubaju z naszym szefem na czele i super vipami, którzy przylecą do Doha na ineagurację. Mam nadzieję, że nie zemdleję albo nie poleję nikogo arabską kawą. Mogę się tylko domyślać co tam się będzie działo. Ćwiczę uśmiech numer pięć i przyszywam guziki, żeby z wrażenia nie poodpadały.

piątek, 4 października 2013

CISOWIANKA


Woda jak woda, nic dziwnego by w tym nie było, gdyby nie fakt, że ta oto woda pojawiła się w klasie biznes na locie powrotnym z Ameryki. No taka radość mnie ogarnęła, że prawie wszystkim sugerowałam spróbowanie polskiej wody gazowanej. Cisowianka, ci-so-wian-ka powtarzałam, żeby nikt nie przeoczył faktu, że mamy na pokładzie polską butlę z bąbelkami.

Ci co mnie znają, wiedzą że często opisuję swoje doświadczenia i nie zawsze są one miłe. Tym razem miarka się przebrała po stronie dziennikarzy. Dostaję dużo maili, próśb i zapytań dotyczących pracy, mieszkania w Doha itd.itd na co zawsze odpisuję. Ostatnio napisał do mnie dziennikarz jednego z polskich miesięczników, aby udzielić odpowiedzi na kilka pytań, materiał dotyczył pracy w liniach lotniczych. Pytania rozbudowane jak kalkulator matematyczny, no ale dałam radę - odpowiedział najbardziej szczegółowo jak się dało i czekałam na przesłanie tekstu do akceptacji. Niestety poziom tekstu wystrzelił mnie w orbitę, i wyciągnięte z kontekstu zdania nie miały w ogóle odniesienia do tego o co pytał szanowny dziennikarz. Naniosłam poprawki, wysłałam i czekałam na odpowiedź, która owszem nadeszła z kilkudniowym opóźnieniem i żenującymi zmianami pojedynczych wyrazów. Tekstu nie zaakceptowałam.Była nieprzyjemna wymiana maili pod koniec - mam nauczkę na przyszłość.

Tydzień po incydencie z dziennikarzem nr 1 i kiedy moja bezgranicznej wiara w ludzi i ich umiejętności podupadła, otrzymuję maila od Pani niewiadomo skąd - wiadomo jednak, że jest dziennikarką, jak wynika z treści maila. Od razu przechodzi na "Ty" bo to chyba teraz modne i bez ładu i składu oznajmia, że przygotowuje materiał o pracy stewardessy. "Jeśli jesteś zainteresowana, czekam na kontakt". Odpisuję prosząc o dodatkowe informacje, po których będą mogła uznać czy jestem zainteresowana bądź nie. Jest odpowiedź! " Chodzi mi o informacje dotyczące szczegółów pracy stewardessy m.in. jakie warunki trzeba spełnić, żeby zostać stewardessą, czy to ciężka praca, na czym dokładnie polega i zarobki". Szczególnie zachwyciło mnie ostatnie pytanie - może powinnam też podać rozmiar buta i numer konta bankowego? No ale brniemy dalej w wymianie mailowej. Odpisuję i proszę o podobanie proponowanego wynagrodzenia za udzielenie informacji i odpowiedź na pytania. Znając już odpowiedź pana numer 1 - "w tej gazecie właściciele nie zapewniali wynagrodzeń dla naszych rozmówców. Dotyczyło to także znanych artystów, z którymi były przeprowadzane długie wywiady + duże zdjęcia okładkowe (m.in.Krzysztof Krawczyk, Czesław Mozil, Paweł Kukiz, Muniek Staszczyk i Tadeusz Drozda) spodziewałam się podobnej odpowiedzi. Oto ona: "Nie stosujemy takich praktyk, jeśli nie wchodzi w grę rozmowa "za darmo", to bardzo dziękuję za poświęcony mi czas i pomoc".

Za darmo umarło. Podziękowałam i uznałam, że na żadne maile tego typu nie będę więcej odpowiadać. Po ostatnich przejściach z pierwszym Panem i przewracaniem kota ogonem, robię sobie przerwę. Co za dużo to niezdrowo.

sobota, 7 września 2013

NOGAWICZKI

Wracając do Kataru miałam szczęście siedzieć koło Dżamala z Jordanii, którego serdecznie pozdrawiam. Nie pamiętam kiedy minął lot, bo całą drogę rozmawialiśmy na milion najróżniejszych tematów. Dżamal mówi bezbłędnie i obłędnie po polsku, więc już w ogóle byłam niesamowicie zaskoczona. Studiował, mieszkał, pracował w Polsce przez wiele lat i opowiadał jak to było jak przyjechał do Polski naście lat temu. Zimno, ponuro, nikogo nie znał, uczył się trudnego dla obcokrajowca języka i chciał sobie kupić skarpetki. Znał tylko słowo rękawiczki, a skarpetki po arabsku niestety nie brzmiały podobnie. Drogą skojarzeń poszedł do sklepu i powiedział "poproszę nogawiczki" strasznie mnie ta historia rozbawiła, bo w końcu skoro rękawiczki to dlaczego nie nogawiczki?

Sektor usług w Doha jest na poziomie -5 o czym wiemy nie od dziś. Nie raz spotkałam się z tym, że nie mogę czegoś załatwić, albo wręcz udaje mi się to niezwykle łatwo, bo zasady i logika tu właściwie nie istenieją. Na przykład wczoraj wybrałam się na masaż do pobliskiego hotelu. Rezerwację miałam na godzinę dziesiątą, przyszłam parę minut wcześniej. Kazano oczekiwać. Usiadłam na fotelu, przeglądałam kolorowe czasopisma..parę minut po dziesiątej przyszła Pani z kraju na F. i podała mi ankietę do wypełnienia. Co mnie boli, gdzie mnie boli, czy mam jakieś schorzenia, uczulenia itp. wypełniłam, no i dalej czekam. W końcu coś się ruszyło i weszłam do przebieralni, dostałam ręcznik i wskazano mi kabinę w której mam wziąć prysznic przez masażem. Deszczownica prysnęła, aż odskoczyłam wrzątek leci, kurki odpadają, za chwilę lodowata woda, no nie spłuczę się w takich warunkach. Po dziesiąciu minutach walki z prysznicem i temperaturą wody, ubrałam szlafrok i podreptałam w moim mokrych klapeczkach za Panią, pozostawiając ślady na podłodze. Była godzina 10:25 zaczynamy mój 1,5 godzinny relaksujący masaż z olejkami, fiku miku jak obiecał człowiek z którym telefonicznie umawiałam się na to niesamowite doznanie. Pani z kraju na F. chyba sama nie wiedziała co się dzieje, bo masaż nie przypominał niczego. Zła byłam już po kilku minutach, okryta ręcznikiem z basenu z poszarpanymi bokami i wyjątkowo nie znającą się na podstawach masażu Panią. Dobra zaraz znowu ktoś mi będzie mówił, że Ci ludzie mało zarabiają, że to ich jedyny dochód i że znowu wymyślam i wyolbrzymiam, ale otóż co było dalej. Pani wcierała olejek w stopy, następnie włosy i na końcu w moją twarz. Z olejkiem ze stóp na twarzy wyszłam do przebieralni po swoje bibeloty, patrzę na zegarek a tam 11:03. Myślę sobie hola, hola ktoś tu ma inne poczucie czasu, albo coś tu jest nie tak. Lekko zła wychodzę do recepcji i Pani z półuśmiechem podaje mi rachunek na prawie 400 złotych za 60 min.masażu. Oczom nie wierze. Pytam gdzie było to 60 minut bo chyba mamy źle zsynchronizowane zegarki? Pani z kraju na F. odpowiada "Meeeem jor apojment is et 10" Bez komentarza.

Wracając z Londynu na pokładzie VIPy w pierwszej klasie, plus dodatkowo kilka w biznesie, bo się w pierwszej nie wszyscy zmieścili. Ważne osobistości, a w dodatku bliscy znajomi, przyjaciele itd. naszego szefa. O zgrozo, lepiej nie popełnić żadnej gafy, bo będą ścinać głowy. Strach ma wielkie oczy, bo pasażerowie byli przesympatyczni, owszem wymagający, ale zupełnie normalni w porównaniu do naszych wyobrażeń opartych na innych lotach z VIPami. Wylądowaliśmy w Katarze, patrzę przez małe okrągłe okno, a tam w szeregu jak na szachownicy ustawiło się 12 BMW, które blokując pół lotniska oczekiwały na pasażerów z pierwszej klasy. Rzadko spotyka się taki widok. Owszem często pasażerowie wybierają opcję przejazdu BMW do samolotu a nie autobusem, ale czegoś takiego to ja jeszcze nie widziałam. "Świetną" organizacja trwała tak długo, że autobusy z biznes klasą nie mogły przejechać, bo BMW blokowały ruch. Taka sytuacja.

Na urlopie mogłam wreszcie trochę pokoncertować. Zabierałam moje skrzypce dosłownie wszędzie. Moje lekcje nie poszły w las a nawet załapałam sie na małą sesję zdjęciową u Jaśków. Nuty przyklejone taśmą klejącą do szybki, smyczek nasmarowany kalafonią i rozbrzmiały "Cztery pory roku" Vivaldiego. Dziękuję bardzo, bardzo było cudownie. Szykuję już repertuar na grudzień. Do zobaczenia!



niedziela, 25 sierpnia 2013

SAUNA

Skończyło się urlopowanie zaczęła się praca. I od razu z rozpędu się na locie rozchorowałam do tego stopnia, że widziałam podwozie samolotu klęcząc w toalecie. Na szczęście nie wezwali karetki, ale nie wiele brakowało, a kapitan odwiózł mnie do domu. Może się człowiek wykończyć gdy na zewnątrz taka wilgotność, że w saunie się człowiek tak nie wypoci jak my wczoraj na pokładzie. Cztery sektory do obsłużenia. Nie było gdzie szpilki włożyć, maksymalne obłożenie na wszystkich odcinach, VVIP, VIP, podjeżdżały białe BMW jeden za drugim. Na ostatnim rejsie zeszło ze mnie już powietrze i gadyby nie przełożony pokładu to bym padła z wycieńczenia. Fakt nie jadłam za dużo i nie piłam, wiem że trudno w to uwierzyć ale nie było czasu. Dwanaście godzin na nogach na maksymalnych obrotach, usiąść można było tylko na start i lądowanie i to tego ta temperatura, która jest nie do wytrzymania. W samolocie wyłączone zasilanie, więc nawet klimy nie było, pasażerowie wściekli, z nas się leje strumieniami, wyglądamy na trzecim locie jak szczury które wpadły do basenu. Na czwartym ostatnim odcinku podziękowałam i trzymając się blatów, żeby się nie przewrócić obsługiwałam kuchnię nie wychodząc już w takim stanie do kabiny. Zaczęło się słabo, dzisiaj odpoczywam, zgrywam zdjęcia z wakacji, nie czuję się jeszcze wspaniale więc dzisiaj będzie odpoczywanie.

Jest nowy grafik, dużo wolnego, szykuje się kilka ciekawych wyjazdów, ślub cywilny przyjaciółki w Dublinie i w przyszłym roku wesele w Meksyku - poszukję osoby towarzyszącej na kwiecień ktoś chętny?

piątek, 26 lipca 2013

RAZ, DWA, TRZY.

Ten tydzień minął pod hasłem - Warszawa. Mało tego, że w tak krótkim czasie byłam tam dwa razy, to jeszcze z tą samą dziewczyną z załogi. Przy otwieraniu drzwi na Okęciu, obsługa naziemna prawie zemdlała. Wyglądało to jakbyśmy tylko My tam latały. Wysiadając z tuby, przeszliśmy kontrolę paszportową i dalej podreptaliśmy do punktu odbioru bagażu. W międzyczasie zrobiło się małe zamieszanie na schodach ruchomych, przed którymi Pani z Goa, w eleganckim sari, zapiera się rękami i nogami, rodzina ją popycha a ona nie ma ochoty wejść na schody ruchome. Ze strachu cała się trzęsie, kropka i kreska na czole się prawie rozmazała z nerw i to był czas na superbohatera. Podchodzę do rodzinki, która de facto z nami leciała odsuwa się dziadek w białych spodniach i białej półkoszuli - półmarynarce ubrudzonej w czasie lotu niemiłosiernie. Siwa broda i wąsik lekko podkręcony u dziadka zawsze kusi żeby pociągnąć i sprawdzić czy prawdziwa. Do tego biały turban na głowie i tobołki. Obok syn dziadka w czarnym turbanie i raczej ubrany na ciemno, no i jest jeszcze babcia (matka dziadka) od ilości zmarszczek nie było jej już prawie oczu widać, ważyła na oko z 35-40 kilo, drobna babuleńka w pięknym sari no i z tobołkiem. Prababcia od razu wskoczyła na schody ruchome, nie zastanawiając się ani chwili. Nastała konsternacja, babcia już prawie płacze, przecisnęłam się przed rodzinkę i pytam:
- z mężem, synem z mamą Pani nie chce, a ze mną Pani pojedzie?
- TAK krzyknęła głośno, ściskając mnie za rękę tak mocno, że chciałam powiedzieć "ała".
- no to jedziemy, na raz, dwa, trzy wejdziemy na schodu i pojedziemy na dół, to nic strasznego - RAZ, DWA, TRZY... babcia dostała trzęsawki ale szczęśliwa, że jedziemy. Gotowa już do przejęcia tobołków, ale ja mówie:
- Nie, nie , nie jeszcze jedne schody. I znowu RAZ, DWA, TRZY ostatni odcinek prawie pokonany. Babcia mówi:
- bo ja pierwszy raz jadę takimi schodami i się potwornie boję
- ale nie ma czego, teraz już jest pani przeszkolona i z innymi schodami nie powinno być żadnego problemu, a co Wy tu w Polsce robicie?
- przyjechaliśmy na ślub mojej córki..
- ooo...to wszystkiego najlepszego, zobaczycie jak wygląda prawdziwe polskie wesele.
Dojechaliśmy na dół, pani była tak szczęśliwa, że ją ocaliłam od wciągnięcia przez schody ruchome, że jakby mogła to by mi serce oddała. Ścisnęła mocno moją dłoń i cała rodzina radośnie pomachała całej naszej załodze na do widzenia. Na ślub córki..to ci dopiero.

 W stolicy spotkanie z Jackami, dostałam znowu pyszne pierożki, uszy się trzęsą, aż do teraz bo są domowe, robione z sercem i do tego do wyboru do koloru. Z fetą i szpinakiem, ruskie, z kapustą z owocami jakie tylko dusza zapragnie.

W drodze powrotnej mieliśmy na pokładzie celebrytkę, podróżniczkę i tak jak się cieszyłam, że z nami leci, tak później miałam bardzo mieszane uczucia. W ogóle nie chciała z nami rozmawiać, w czasie serwisu nie chciała nawet odpowiedzieć na pytanie koleżanki co jej podać, wszystko przekazywała przez osobę siedzącą obok niej. Dziwne uczucie jak się kogoś pytasz co podać do jedzenia, potem co do picia a osoba nie patrząc nawet w Twoją stronę mówi coś do kolegi i on składa zamówienie. Może się obraziła, że nikt nie poszedł po autograf? Chcieliśmy sobie zrobić zdjęcie na koniec, żeby nie robić przedstawienia na początku, ale zrezygnowałyśmy z takiego pomysłu. No cóż, jednak nie każdy jest taki fajowski jak kreują go media. A szkoda...