piątek, 26 sierpnia 2016

GRECKIE WAKACJE

Internet chodzi tak wolno, że mam ochotę wyrwać z kontaktu wszystkie kable i krzyczeć, aż po Olimp. Ale co mi to da? Nic, bo Grek jak to Grek ma to głęboko w poważaniu. Kalimera Korfu! Wylądowałam z A. wcześnie rano, podziwiając wschód słońca ze środka zamrażarki, podstawionej przez biuro Itaka. Zaczynają się serpentyny, wysadzamy po kilka osób w różnych hotelach i modlimy się, żeby to nie był nasz. Uff.. dojeżdżamy do wioseczki rybackiej, która wygląda jakby świat o niej zapomniał a diabeł mówił dobranoc, pieją koguty, gęgają gęsi, a wszyscy śpią.

Trzy budynki po około 10 pokoi, z widokiem na basen, drugi budynek i ulicę. Myślę sobie, tylko nie basen. Chyba najgorsze co może być, to piskokrzyki, pluskanie, skakanie od rana do nocy w chlorze wypalającym skórę. Sprawdzamy listę…zaczyna się dobrze, pokój na pierwszym piętrze z pięknym widokiem na ulicę, przynajmniej będzie można zjeść śniadanie na tarasie i nacieszyć oczy zielenią.

Jesteśmy za rano, żeby się zakwaterować, bo żywego ducha w około. Zostawiamy walizki i ruszamy na małe rozeznanie w terenie. Jemy śniadanie w lokalnej tawernie nad samym morzem i podglądamy jak miasteczko budzi się z głębokiego snu. W naszym hoteliku, pojawił się regał z masą książek i milion olejków do opalania. Ha… ktoś tu musi być. Wchodzę do zakamarka z kubeczkami, książkami touroperatorów i dziwnymi sprzętami pokrytymi kilkucentymetrowym kurzem, po chwili wyłania się Grek.

-Dzień dobry, przyjechałyśmy wcześnie rano, chciałabym zapytać o której będzie można dostać klucz do pokoju?
-AAAA..no nie wiem.
-A kto wie? -pytam zdziwiona.
-Nikt.- odpowiada barmanorecepcjonista z dyndającym jak nogi na huśtawce złotym kolczykiem wielkości kapsla. – Ja jestem od basenu i baru, a nie od pokoi – dopowiada.
-Aaa..rozumiem, a kto jest od pokoi?-nie daję za wygraną.
-Właściciel.-odpowiada mocno poirytowany upierdliwą blondyną.
-A gdzie właściciel?
- Który pokój?-rzuca wrogo.
-C9 o tam!
Odchodzi na chwilę, ewidentnie wkurzony wrzeszczy do telefonu, jak ktoś śmiał, zaburzyć mu plan nic nierobienia.
-Ok. The BOSS will come – SOON.
-A czy soon znaczy za 5 min czy 50 min?
-Nie wiem. Ja dopiero wstałem i mam dużo roboty.

Pozdrowienia z Korfu, prawie jak w arabowie wszystko w d… a słońce świeci.

niedziela, 14 sierpnia 2016

NAJLEPSZY PRZYJACIEL


Nie zrozumie tego, ktoś kto psa nigdy nie miał. Był naszym całym światem, Synusiem, Biedronem, Maxem, Miniem i Bubutkiem. Zaadoptowany gdy miał 5lat, przeżył z nami ponad 11 lat. Towarzysz podróży, wierny przyjaciel, waleczny obrońca i pogromca gołębi. Miał wszystkie choroby świata, ale zawsze z nich wychodził, bo dostawał od nas niezliczone pokłady miłości. Uwielbiał zabawki titu titu, eskapady nad morze i przytulanie bez końca. Był uparty jak osioł, ale mądry jak żaden jamnik. Będziemy za Tobą tęsknić! Smutek w sercu, oczy pełne łez.

sobota, 13 sierpnia 2016

LIKE SEX AND THE CITY

 Są takie miejsca, które się nigdy nie znudzą. Gdzie magia miasta, ludzi, gigantycznych wieżowców, wywołuje ciarki na całym ciele, przeplatane z diaboliczną euforią. Uśmiech jak świeży pachnący francuski rogalik i nutka podniecenia znowu we mnie zagościły. Ladies and Gentleman Welcome to JFK Airport where the local time is...

Hello NEW YORK piszczałam w myślach, gdy siedzieliśmy w busie, który mknął ulicami miasta na Manhattan. Nie przeszkadzało mi, że kierowca włączył maszynę, która zimnym powietrzem, raczyła nas gorącym, gotowa byłam się nawet rozpuścić - najważniejsze, że następne 24 godziny będą "in da city". Powieki jak z ołowiu powaliły mnie na łóżko, gdy tylko weszłam do pokoju. Noo dobra, nie jest tak źle, chwilka drzemki dobrze mi zrobi i jeszcze cała noc przede mną - pomyślałam. Budzik bzyczał co 20 minut, jakieś sześć razy na półśpiąco przekładałam moment pobudki, i jakimś sposobem wybudzić się z tej śpiączki, w którą moje ciało zapadło po trzynastogodzinnym locie. Raz, dwa, trzy, szybki prysznic, sukienka, szybkie przemalowanie paznokci na papieski róż i już biegłam do metra przy 3Av.

Przy Time Square poczułam się jak w Sex and the City, które też można oglądać bez końca. Mr.Big where are you? Nie mając wiele czasu, ani siły na nocne plądrowanie ulic Nowego Jorku, zdecydowałam, że kino w którym nie byłam od hmm..nie pamiętam kiedy, będzie jak oblizanie łyżeczki po wybornym serniku, albo nie, po bezie Pavlovej z marakują jadalną ha ha czyli z passion fruit.

Po kinie zamiast pustym o tej godzinie metrem, postawiłam na spacer z powrotem do hotelu, czyli 45 minut obserwacji tego, czego nie widzi się za dnia, gdy miasto budzi się do życia. Labiryntem ulic, mijam przedziwnych ludzi, masę bezdomnych i hałdy worków ze śmieciami, które do rana znikną, jakby ich tam nigdy nie było. Zaczepia mnie jakiś starszy Pan, okazuje się, że ma polskie korzenie, od miliona lat mieszka w Nowym Jorku i oczywiście zaprasza mnie na drinka. Uśmiecham się szczerze, bo to naprawdę urocze, jak można swobodnie sobie pogawędzić grubo po północy z nieznajomym, grzecznie odmawiam i spacerując pod rękę dosłownie 2 metry, znikam za następnym skrzyżowaniem. Studzienki dymią jakby pod dnem miały zamontowaną rurę od shishy, bezdomni chrapią na kartonowych matach, czas spać. Jutro będzie nowy dzień i trochę zwiedzania. Z widokami z Empire State Building, na szczyt którego nigdy nie dotarłam. Muuahhh

wtorek, 9 sierpnia 2016

VOUCHER

Nie mogłam się powstrzymać, żeby tego nie skomentować. Czego? Voucheru na posiłek, ciepło-słodko-gorzki. Pewnego dnia wyruszyłam na wycieczkę, odprawa, bilet, jak zwykle w biegu, przeskakują po dwa schodki, oby zdążyć. Podbiegając co kilka metrów, przeciskam się przez ludzi z wózeczkami, siateczkami, całym dobytkiem, którzy stoją jak święte krowy i blokują taśmę (dla tych last minute) czyli dla mnie.
-Przepraszam, przepraszam, przepraszam..
Przeciskania nie ma końca. W podskokach dobiegam do mojej bramki i z kropelkami na czole uświadamiam sobie, że boarding się jeszcze nie rozpoczął. Wracam ruchomymi schodami o piętro wyżej, aby wypełnić czas i zorientować się w nowościach MUST HAVE z duty free. Wracam po kilkunastu minutach, patrzę a przy bramce żywego ducha. O k...zamknęli mi bramkę, przez moje psikadełka.

Z zawałem serca i wypiekami na twarzy pytam obsługę naziemną, gdzie mój lot się zapodział. No i radość minęła - OPÓŹNIENIE. 4,5 godziny chodzenia tam i z powrotem, przymierzając wszystkie przecenione 50-70% okulary, nacierając się olejkami, kremami i błyszczykami z brokatem, ruszam na posiłek do restauracji wskazanej przez przemiłego Pana o szmaragdowych oczach. Głodna byłam już dość mocno, bo śniadanie pozostało tylko w sferze marzeń - więc wyobraziłam sobie bufet, pachnące pieczywo, kolorowe warzywa i owoce, jednym słowem raj. No i owszem był raj, ale nie dla tych z moich Voucherem. Pan w fikuśnej białej czapie wskazał na bufet po lewej, gdzie hmm..co tu dużo mówić, nie zdecydowałam się podjąć wyzwania i pokonać swoich leków. Sucha jajecznica, makaron z niczym, parówki, które pogodziły się ze swoim losem, ciastko i 4 ziemniaki. Czego chcieć więcej. Smacznego!


wtorek, 2 sierpnia 2016

POWIEDZIELI "TAK"


Zastanawiałam się jak to się wszystko zaczęło, i choć czasem pamięć zawodzi, swój udział w początkach naszej znajomości ma mój ukochany blog. A było to tak. Gdy leciałam do Kataru, nie znałam absolutnie nikogo. Pisałam do kilku wyszukanych przez Facebooka osób, ale trudno było uzyskać informacje – jak tam naprawdę jest. Kołowrotek myśli, czy dobrze robię, co mnie tam będzie czekać, no i strach przed nieznanym, rzucając się na głęboką wodę – wyjechałam.
Początki nie miały bajkowej scenerii, ale zdziwiłabym się, gdybym od razu wylądowała w królewskim zamku, a z okna oglądała ogród pełen malinowych róż. Twierdza to może jest, ale z okna słychać Muezina i można poczuć się jak w małym Pakistanie. Szybko się zadomowiłam, a blog nabrał charakteru łącznika, pomiędzy przyjaciółmi i najbliższymi w różnych zakątkach świata. Można było swobodnie czytać, oglądać kolorowe zdjęcia i przenosić się wirtualnie do miejsc przeze mnie odwiedzanych. Oprócz rodziny, blog spodobał się także tym, którzy tak ja kiedyś szukali jakichkolwiek informacji o pracy stewardessy w najlepszych liniach świata. I tak właśnie poznałam Ewę.

Od początku wiedziałam, że będziemy się mniej lub bardziej przyjaźnić, bo od Ewy biła niesamowicie pozytywna energia. Wspólne plażowanie, spotkania, śmiechy i rozterki, zbudowały coś wyjątkowego, co z czasem wygasło, ale nigdy nie straciło swej mocy. Babcia Ewy posyłała mi najpyszniejsze własnoręcznie robione pierogi, a ja zjadałam wszystkie w ciągu jednego popołudnia. Gdyby można było zamknąć smaki ulubionych potraw w słoiku, to byłby to wielki słoik i nazywał się „pierogi ruskie Ewy babci”. Parę lat w Katarze, zmieniło życia każdej z nas i choć nie spotykałyśmy się już tak często, wiedziałyśmy co słychać tu i tam. Od znajomego do kolegi, od kolegi do chłopaka, od chłopaka do narzeczonego, aż wreszcie stanęli na ślubnym kobiercu, Ewa i Ash pobrali się 30 lipca 2016 roku w Warszawie. 

Jestem szczęśliwa, że mogłam uczestniczyć w tym magicznym i niezwykle wzruszającym wydarzeniu w życiu Ewy i Asha. Mam nadzieję, że się nie pogniewają jeśli odkryję białą woalkę i opowiem troszkę o ślubie jak z tysiąca i jednej nocy. O godzinie 17-stej, wszyscy zaproszeni goście przytulali się do siebie, spoglądając w niebo, aby złośliwy deszczyk przestał padać. Kap, kap i po kilku minutach przez wciąż jeszcze zachmurzone niebo, przedzierały się złote promienie gorącego słońca. Ceremonia zaślubin odbywała się w ogrodzie, gdzie na białych drewnianych krzesełkach oczekiwaliśmy na Młodą Parę. Urocze dziewczynki o kasztanowych włosach sypały białe płatki róż, a z fortepianu rozbrzmiała uroczysta melodia, która oznaczało tylko jedno, zaczynamy ceremonię. Wszyscy goście powstali i wpatrywali się jak zahipnotyzowani w Młodą Parę, która z niezwykłą gracją spacerowała po jasnoszarym dywanie usłanym różami. Ewa wyglądała zjawiskowo, obłędnie, pięknie i niezwykle subtelnie. Od dzisiaj jesteście mężem i żoną – można się całować…

W białym namiocie, panowała atmosfera iście filmowa. Białe lampiony, ławeczki w stylu retro i prześliczne dekoracje, przeniosły gości do miejsca jak ze snów. Podano przystawki, dania główne i deser, i wszystko było naprawdę pyszne. Czujnym okiem i z wrodzonej ciekawości obserwowałam, czy gościom z najdalszych zakątków świata będzie smakowało, ale na talerzach leżały tylko sztućce, ułożone na za pięć piąta. Nie zabrakło przemowy Asha w języku polskim, i podziękowań dla rodziców. A później już tańcowaliśmy do białego rana. Każdy posmakował weselnego tortu i w świetle zimnych ogni uśmiechał się szeroko, widząc szczęście Ewy i Asha, którzy dbali o najmniejszy szczegół i bawili się wyśmienicie.

Miłość sprawia, że jesteśmy lepszymi ludźmi. To ona dodaje nam skrzydeł, to ona daje radość i poczucie spełnienia. Życzę Młodej Parze bajkowego życia, żeby zawsze mieli dla siebie czas i nigdy nie brakowało im cierpliwości. Aby kochali się miłością wyjątkową, wyśnioną i wymarzoną. Aby szanowali siebie i realizowali wspólne plany, wszystkiego najsłodszego na nowej drodze życia. Szczególnie podziękowania pragnę złożyć rodzicom Ewy, za miłe słowa i bardzo serdecznie przywitanie. Sto Lat Młodej Parze!