piątek, 26 lipca 2013

RAZ, DWA, TRZY.

Ten tydzień minął pod hasłem - Warszawa. Mało tego, że w tak krótkim czasie byłam tam dwa razy, to jeszcze z tą samą dziewczyną z załogi. Przy otwieraniu drzwi na Okęciu, obsługa naziemna prawie zemdlała. Wyglądało to jakbyśmy tylko My tam latały. Wysiadając z tuby, przeszliśmy kontrolę paszportową i dalej podreptaliśmy do punktu odbioru bagażu. W międzyczasie zrobiło się małe zamieszanie na schodach ruchomych, przed którymi Pani z Goa, w eleganckim sari, zapiera się rękami i nogami, rodzina ją popycha a ona nie ma ochoty wejść na schody ruchome. Ze strachu cała się trzęsie, kropka i kreska na czole się prawie rozmazała z nerw i to był czas na superbohatera. Podchodzę do rodzinki, która de facto z nami leciała odsuwa się dziadek w białych spodniach i białej półkoszuli - półmarynarce ubrudzonej w czasie lotu niemiłosiernie. Siwa broda i wąsik lekko podkręcony u dziadka zawsze kusi żeby pociągnąć i sprawdzić czy prawdziwa. Do tego biały turban na głowie i tobołki. Obok syn dziadka w czarnym turbanie i raczej ubrany na ciemno, no i jest jeszcze babcia (matka dziadka) od ilości zmarszczek nie było jej już prawie oczu widać, ważyła na oko z 35-40 kilo, drobna babuleńka w pięknym sari no i z tobołkiem. Prababcia od razu wskoczyła na schody ruchome, nie zastanawiając się ani chwili. Nastała konsternacja, babcia już prawie płacze, przecisnęłam się przed rodzinkę i pytam:
- z mężem, synem z mamą Pani nie chce, a ze mną Pani pojedzie?
- TAK krzyknęła głośno, ściskając mnie za rękę tak mocno, że chciałam powiedzieć "ała".
- no to jedziemy, na raz, dwa, trzy wejdziemy na schodu i pojedziemy na dół, to nic strasznego - RAZ, DWA, TRZY... babcia dostała trzęsawki ale szczęśliwa, że jedziemy. Gotowa już do przejęcia tobołków, ale ja mówie:
- Nie, nie , nie jeszcze jedne schody. I znowu RAZ, DWA, TRZY ostatni odcinek prawie pokonany. Babcia mówi:
- bo ja pierwszy raz jadę takimi schodami i się potwornie boję
- ale nie ma czego, teraz już jest pani przeszkolona i z innymi schodami nie powinno być żadnego problemu, a co Wy tu w Polsce robicie?
- przyjechaliśmy na ślub mojej córki..
- ooo...to wszystkiego najlepszego, zobaczycie jak wygląda prawdziwe polskie wesele.
Dojechaliśmy na dół, pani była tak szczęśliwa, że ją ocaliłam od wciągnięcia przez schody ruchome, że jakby mogła to by mi serce oddała. Ścisnęła mocno moją dłoń i cała rodzina radośnie pomachała całej naszej załodze na do widzenia. Na ślub córki..to ci dopiero.

 W stolicy spotkanie z Jackami, dostałam znowu pyszne pierożki, uszy się trzęsą, aż do teraz bo są domowe, robione z sercem i do tego do wyboru do koloru. Z fetą i szpinakiem, ruskie, z kapustą z owocami jakie tylko dusza zapragnie.

W drodze powrotnej mieliśmy na pokładzie celebrytkę, podróżniczkę i tak jak się cieszyłam, że z nami leci, tak później miałam bardzo mieszane uczucia. W ogóle nie chciała z nami rozmawiać, w czasie serwisu nie chciała nawet odpowiedzieć na pytanie koleżanki co jej podać, wszystko przekazywała przez osobę siedzącą obok niej. Dziwne uczucie jak się kogoś pytasz co podać do jedzenia, potem co do picia a osoba nie patrząc nawet w Twoją stronę mówi coś do kolegi i on składa zamówienie. Może się obraziła, że nikt nie poszedł po autograf? Chcieliśmy sobie zrobić zdjęcie na koniec, żeby nie robić przedstawienia na początku, ale zrezygnowałyśmy z takiego pomysłu. No cóż, jednak nie każdy jest taki fajowski jak kreują go media. A szkoda...


wtorek, 16 lipca 2013

CHRUPIĘ CHIPSY, POPIJAM RUM...

...a Ciebie nie ma, nie ma Cie tu. Tymi słowami piosenki, powoli żegnamy się z Anią i Jackiem, którzy w czwartek wyjeżdżają z Kataru. Już mi smutno, a co dopiero jak już oficjalnie wystartują z Doha do Warszawy. Rzadko się zdarzają na obczyźnie tacy przyjaciele, będzie mi brakowało naszych spotkań na souku u Macieja, piątkowych wycieczek i sali ćwiczeń. Gdzie ja teraz będę piłować moje skrzypeczki? Na szczęście dobre duszki czuwają i już w piątek widzimy się w Warszawie. Ajj..łezka się kręci w oku.

Wróciłam parę dni temu z Wietnamu. Zakochana znowu po uszy. Gdyby ktoś miał jakieś wątpliwości gdzie się wybrać na zwiedzanie, wypoczynek i największy szok doznaniowy, polecam, polecam, polecam. Sajgon jest moim ulubionym miejscem wypadowym i tak jak Bangkok w dużej części go przypomina...niestety na ostatniej prostej w rywalizacji zostaje daleko w tyle. Sajgon ma tyle magii, że chce się tam zostać dłużej. Przekochani ludzie, pyszne jedzenie, wszędzie stopy i raj na backpackerów. Knajpki, kluby, bazary, wyprawy po Mekongu i wiele, wiele innych atrakcji czeka z otwartymi ramionami na turystów, którzy przeżyją szok jak wygląda Wietnam, a jakie mają o nim wyobrażenie. Już kiedyś o tym pisałam, że mnie bardzo zaskoczył. I zaskakuje do tej pory. Jest pięknie. No szał i koniec.

Z serii wiadomości na pół dobrych na pół nie. Bez mojej zgody a tym bardziej wiedzy, przedłużono mi urlop o 5 dni. czyli z 12 zrobiło się 17. I normalnie człowiek mógłby sobie coś zaplanować, a tak czasu mało i może wymyślę coś na miejscu w Polsce. No bo jest odwieczny problem, nie ma z kim jechać. Tym razem o Kraków nie zahaczam, wyruszam na północ Wrocław, Poznań, i do góry aż nad morze. Żeby tylko pogoda dopisała, bo na 13 stopni to ja się nie zgadzam. Oo...nie, nie, nie.

poniedziałek, 8 lipca 2013

MAŁE SUKCESY

Każdy sukces cieszy, ten mały czasami bardziej od tych wielkich. Nie jest to wprawdzie artykuł w magazynie "Travel", ale ogromne zaskoczenie, że wydrukowali akurat moje! Trochę więcej się angażuję w różne akcje, i tym samym postanowiłam pisać do naszej wewnętrznej gazetki. Nie mają do niej dostępu osoby trzecie, tylko pracownicy firmy. Zamieszczam moje dwie gwiazdy z maja i lipca. Myślę nad kolejnym tematem...Jakieś propozycje? Może coś o Polsce? Każda forma promocji jest dobra:)


piątek, 28 czerwca 2013

JAK KRZYSZTOF KRAWCZYK

Dobra energia mnie ostatnio nie opuszcza. Dostałam przepiękny grafik na lipiec i tym samym będę dwa razy w Warszawie. Wreszcie się udało dostać ten lot, o który dosłownie jest walka na noże. Mam nadzieję, że pogoda będzie dopisywać. Do tego Wietnam, gdzie mam zamiar uszyć kilka sukienek, bo krawcowe, których jest zatrzęsienie robią to w jeden dzień i są w tym świetne. W Australii zostało mi jeszcze kilka miejsc do odwiedzenia, layover krótki, ale pasażerowie są najsympatyczniejsi ze wszystkich którzy podróżują z nami na różnych trasach. A do tego jacy przystojni...:)

W Katarze nastąpiło przekazanie władzy i mamy od paru dni nowego Emira. Już się od jakiegoś czasu do tego przygotowywano, aż rach ciach i jest. Co ciekawe, nie pierwszy raz przejęcie władzy nie wynika ze śmierci władcy, co jest dość niespotykane. No ale skoro Papież poszedł na emeryturę, to uznajmy że nasz Emir też, oddając fotel synowi.

Wielkimi krokami po raz kolejny zbliża się ramadan. Święto, które szczególnie w Zatoce Perskiej obchodzi się "na poważnie". Wszystko będzie pozamykane, nie będzie można pić, jeść w miejscach publicznych. Najlepiej na ten czas wyjechać albo siedzieć w domowym zaciszu, bo można się czasem zapomnieć. W hotelach na plaży będą zamknięte bary i też nie będzie się można napić nawet wody, dopiero w ukryciu w hotelu, żeby nikogo nie urazić. W pracy odbije się wszystko na serwisie, pasażerach i nie daj Bóg będziemy mieli pilotów, którzy poszczą i przez wiele godzin nic nie jedzą. Załoga będzie się migać od pracy, albo nie będzie chciała czegoś podać bo np. nie może dotykać alkoholu. No cyrk to mało powiedziane. Jeszcze się nie zaczęło, a już nie mogę doczekać się końca.

Jutro wybieram się do Chicago, spotkać z koleżanką z ogólniaka, której nie widziałam ho, ho, ho. Już się nie mogę doczekać. A do tego pierwszy raz w Chicago, więc jestem podekscytowana jak nigdy.

P.S nowy emir wygląda jak młody Krzysztof Krawczyk.



piątek, 21 czerwca 2013

KOMU W DROGĘ - TEMU ROWER

 

Nie mam czasu pisać, więc krótko co u mnie. Lekcje skrzypiec idą mi całkiem nieźle, nadal trochę fałszuję i sprawiam ból sąsiadkom, ale i tak moja gra sprawia mi więcej przyjemności, niż myślałam. Przerzuciłam się z kolędowania na kilka innych melodii i co więcej zmieniłam nauczyciela, no ale nie warto tego opisywać, bo bym się musiała niepotrzebnie denerwować.

Z okazji Dnia Matki, zaproponowałam mamie wyjazd do Singapuru, gdzie spędziłyśmy prawie pięć dni, bo mój pobyt był wyjątkowo długi. Codziennie coś się działo, zwiedzałyśmy ogrody orchidei, park ptaków, zrobiłyśmy przejażdżkę diabelskim młynem z którego podziwiać można najpiękniejszy widok na Singapur. Jeden dzień zaplanowany został na wyspę Santosa, gdzie oprócz akwarium, szalałyśmy w Universal Studio, oglądałyśmy filmy w 4D i pukałyśmy do domku Shreka. Atrakcji cała moc. Zjadłyśmy makaron w chińskiej dzielnicy, bolały nas nogi od chodzenia, ale wrażenia - niezapomniane.


Zaraz po Singapurze poleciałam na urlop do Egiptu. Nigdy bym siebie o to nie podejrzewała, że dokonam takiego wyboru, ale było tak miło, pięknie i cudownie, że naprawdę wypoczęłam przez te 6 dni. Jazda bez trzymanki, przy otwartych drzwiach między terminalem 1 a 3 w Kairze, przyprawiła mnie już o zawał serca, ale dzięki temu zdążyłam na samolot do Hurghady. Tam niestety nic się nie zmienia, może jest trochę mniej bezpiecznie, ale jaki bałagan i śmietnisko było, takie dalej jest. Sprzeczka pod restauracją, zamieniła się w małą awanturę poleciały krzesła, a policja która stała dwa metry dalej schowała się szybko do samochodu. Powiedzenie umiesz liczyć, licz na siebie sprawdza się w stu procentach.

W sierpniu trochę dłuższy urlop, więc czas odwiedzić polskie morze. Tak mi się zamarzyło, a przy okazji zobaczę rodzinę i znajomych. Na egzotyczne wycieczki mam nadzieję jeszcze przyjdzie czas, a wszędzie dobrze ale w domu najlepiej.

sobota, 25 maja 2013

SIOSTRY WILLIAMS - DUBAJ

Taksówka niczym odrzutowiec wystrzeliła nas na autostradę i poszybowaliśmy do hotelu Atlantis. Kierowca z białymi zębami jak tik-taki, jechał tak szybko, że na tylnym siedzeniu fruwałyśmy jak kartofle. Kiedyś będę sobie wspominać na bujanym fotelu z kubkiem herbaty, jak to możliwe że jestem cała w porywach ze złamanym paznokciem. Kierowca był całkiem rozmowny i najwyraźniej chciał się wywiedzieć, czy w Polsce szybko by znalazł pracę i czy jest lepiej niż w Bangladeszu z którego pochodzi. No cóż, na warunki Dubajskie uznaliśmy żeby lepiej się trzymał swojej taxi, bo nie daj Bóg się mu spodoba i sprowadzi rodzinę i będziemy w Polsce mieli drugie Delhi albo Dhakę.


Tłum ludzi na ulicy fotografuje wszystko i wszystkich z każdej strony. Przy kwiatkach, przy krawężniku, na stojąco, na siedząco byle zdjęcie było. Psychologia tłumu zadziałała błyskawicznie, ustawiamy się i my. Pstryk, pstryk, pstryk. Wchodzimy do środka, tzn.do części dostępnej dla gapiów niebędących gośćmi hotelowymi. Sklepy, restauracje, pamiątki...nuda. Jak ktoś ma ochotę na pluskanie się w Aquaparku to jak najbardziej tez jest taka możliwość. Pływanie z delfinami, bajery, hulaj dusza-piekła nie ma. Po drodze z Atlantis'a zatrzymujemy się na Souku Medinat Jumeirah, położonym w sąsiedztwie pięknego hotelu w kształcie żaglowca Burj Al Arab. Obchodzimy korytarze pełne koralików, kadzideł, świecidełek mijamy luksusowe futra i antyki. Worek dolarów i można by sobie coś wybrać. Na zewnątrz restauracja jedna obok drugiej, które prześcigają się w promocjach typu happy-hour ( czyli zamów jedno drugie gratis ). Uroku dodają drewniane łódeczki, które pływają wzdłuż kawiarni i restauracji, jako jedna z atrakcji turystycznym. Klimat iście bajkowy, przyjemne miejsce na lunch z przyjaciółmi. Chętnie bym tam już została, ale program wycieczki by się zburzył. Maszerujemy dalej. Wychodzimy z labiryntu pamiątek i blokując trochę ulicę robimy sobie zdjęcie z żaglowcem, który właśnie z tego miejsca wygląda oszałamiająco.


 Idziemy na piechotę zobaczyć żagiel od strony plaży. Nogi już nie współpracują, więc jak pokraki wleczemy się za Jackiem, który nawołuje żebyśmy się pospieszyły, bo jeszcze nie zobaczył wszystkich sklepów w Dubaj Mall. Prawie się położyłam na równo przyciętej trawie ze śmiechu, bo jedyne na co miałam ochotę to coś do picia i moment kiedy przestaniemy już iść. Plaża była milion kilometrów dalej, ale co tam, wycieczka musi być rozplanowana na maksa. Wreszcie widzimy sklep. Niczym oaza na pustyni, suniemy ciągnąc za sobą nogi i doganiając Jacka, który już otwiera napój z bąblami w sklepie wielkości przedziały w pociągu pospiesznym. Jak zwykle sklep jest wyposażony jak nie jeden hipermarket i przestałam już eksperymentować, co może się w nim znaleźć po tym jak za jednym razem kupiłam śrubokręt, proszek do prania, żarówkę, świeże truskawki i zieloną sałatę. Siadamy na krawężniku przed sklepem, chwila oddechu i już prawie jesteśmy na plaży. Ufff..jak gorąco. Nawet nie myślę, żeby ściągnąć buty i zamoczyć stopy w wodzie, bo są A.tak spuchnięte że ich nie wyciągnę a B.potem z powrotem nie włożę. No to siadamy na murku i patrzymy jak inni się pluskają w wodzie z niesamowitym widokiem na Burj Al Arab. Jest bosko. Nie chcę już nigdzie iść, ale nie, nie, nie przecież Jacek nie zobaczył jeszcze wszystkiego. Ruszamy w poszukiwaniu taxi, po dłuższej chwili, kiedy moja przewiewna bluzka całkowicie już przykleiła się do mnie siedzimy w samochodzie. Pada słowo Dubaj Mall, na dźwięk którego dostałam gorączki i zemdlałam.


Wybraliśmy pierwszą lepszą knajpkę na obiad, gdzie kelnerki od razy wyczuły, że jest z nami coś nie tak. Siadamy przy stoliku za nami chińska rodzina z małym ciekawskim, który przez wspólne oparcie kanapy zagląda do nas i prawie Ankę ciągnie za blond włosy. Nie zjemy w spokoju, dziecko prawie przełazi przez oparcie na drugą stronę ( naszą stronę ), zsyłam na tego kto wymyślił takie siedzenia w myślach burzę piaskową. No co Jacek woła do dzieciaka "Hejka" z podniesioną ręką jak do hymnu i mamy spokój. Mały Chińczyk pozwolił nam w spokoju dokończyć makarony i inne cuda. Oczywiście nie skończyło się na restauracji, obeszliśmy jeszcze dwa piętra, gdzie dominowały sklepy dla takich małych bąbli jak ten przed chwilą. Baby Dior, Baby Gucci w Dubaju nie ma umiaru. Jak na bogato to na bogato. Chyba sama zacznę szyć takie mikroskopijne sukieneczki.


Po całym dniu wrażeń, dotarliśmy do naszego podejrzanego hotelu. Wypachnione leżymy w łóżku i czekamy, aż Jacek skończy swoją turę na prysznic. Z ciekawości włączyłyśmy stary telewizor i pstrykamy guziki pilota, przeskakując po kanałach. Nic nie zwróciło naszej uwagi, za wyjątkiem turnieju tenisowego, o którym bezzwłocznie musiałyśmy poinformować zamkniętego w łazience Jacka.
- Jacek, Jacek! Chodź zobacz, siostry William grają przeciwko sobie.
- A gdzie oni tam korty mają w tym Kosowie? Woła z łazienki Jacek.
- Nasz śmiech słyszeli nawet na szczycie Burj Khalifa, no ale przecież my niewyraźnie mówimy..siostry Williams w Kosowie zamiast przeciwko sobie. Tenisistki z Kosowa stały się już obowiązkową anegdotką opowieści o wycieczce do Dubaju.

Następnego dnia z samego rana zarezerwowane mieliśmy bilety na najwyższy budynek świata. Wjechaliśmy windą prawie na sam szczyt, no i zaczęło kropić. Pogoda nam nie dopisała tego dnia, no ale byliśmy, widzieliśmy, zaliczone. Po przeżyciach At The Top gdzie Tom Cruise nagrywał zdjęcia do filmu Mission Impossible 4 ostatnim punktem programu była wizyta w Cheesecake Factory, gdzie najedliśmy się słodkości, aż nam bita śmietana uszami wychodziła. Ale warto było...Co za cuda tam mają. Pyszne, znakomite, wyśmienite a wielkość dań zawstydza niejednego Amerykanina. Uwielbiam razy tysiąc.