niedziela, 24 lipca 2011

WSZYSTKIE DROGI PROWADZĄ DO RZYMU

Nic nie szkodzi, że już mnie tam widzieli czyli w rosterze pokazała się stolica Włoch. Niech żyje Rzym! Przecież to miasto tętni życiem przez dwadzieścia cztery godziny na dobę i co tam, że hotel jest na takim zadupiu, że sama podróż do miasta zajmuje prawie tyle co lot z Doha. Na liście załogi zobaczyłam dwa polskie nazwiska tym bardziej ucieszyłam się, że można będzie się odezwać w matczynym języku. Kapitan i koleżanka F2 prosto z Mazur czyli towarzystwo pierwsza klasa. Na lotnisku Leonarda da Vinci byliśmy około 14-stej o ile dobrze pamiętam, bo skleroza się rozwinęła w ostatnich tygodniach i wiem, że coś koło 15-16 robiliśmy zbiórkę przy recepcji na wspólne wyjście. Oprócz mnie i koleżanki Beaty na moje nieszczęście same Koreanki. cinciakciowały po swojemu i też po swojemu się umówiły na zwiedzanie, żeby przypadkiem na nas nie trafić, więc suma sumarum poszłam sama z kapitanem i pierwszym oficerem, co było na pewno lepsze od brzydkich Koreanek.


Rzym za każdym razem mnie zachwyca. Ile razy bym tam nie była, jest czarujący, gorący i aż się kręci w głowie jak sobie pomyślę o wspaniałych knajpkach z maleńkimi stolikami, gdzie króluje pasta, pizza i wszystko co włoskie i pyszne. Bo kuchnia włoska jest jedną z moich ulubionych, mogłabym się faszerować spagetti carbonara albo cieniutką pizzą od rana do nocy a potem wstać w nocy i jeszcze się dopchać tak, żeby rano bolał mnie brzuch. Do tego wino i piękni roznegliżowani i opaleni panowie i panie, spacerujący uliczkami a żar leje się z nieba. Idealnie, lepszej pogody nie można zamówić. Próbowałam się trochę wystylizować na rzymskie klimaty i w spódniczce w czerwone maki prezentowałam się niczym Kerry Bradshaw z "sexu w wielkim mieście". Haha...aż mi się przypomniały krakowskie wyjścia na Kazimierz w co raz to nowej stylizacji.


Przeszłam chyba tysiąc pięćset sto dziewięćset kilometrów wąskimi uliczkami Rzymu, podziwiając niezliczoną ilość zabytków. Obowiązkowe punkty zaliczone, wymacane, zrobiona pamiątkowa fotografia ale i tak mi mało. Fajnie by było tam zostać trochę dłużej, żeby bardziej się nacieszyć bo tempo spaceru było zdecydowanie nie na moje siły, a jeszcze musiałam cykać fotki. Rzym pochłania każdego kto wyjdzie na jego ulice, jest romantyczny, historyczny a w powietrzu unoszą się zapachy chlebka z pieca, czerwonego wina i oliwy z oliwek. Rzym w lecie, na weekend na nie weekend na kiedykolwiek, polecać będę i nie przestanę!!!


środa, 13 lipca 2011

JAK ŻYCIE, JAK ŚWIAT

Ostatnie loty to powtórka z rozrywki, czyli Jakarta, Tanzania i kilka innych o których w zasadzie nie ma co opowiadać. Nic się specjalnego nie działo, a to że kiwających głową na boki nie lubię, nie jest jakąś nowością. W Doha temperatura przekroczyła już wszystkie kreski na termometrach i tylko te w samochodach, próbują pokazać, że Celcjusze przekraczają 48 stopni. Piekło nie do wytrzymania i wyjścia z domu ograniczyłam do minimum. Nawet arbuzika zamawiam telefonicznie i sklepikarz robi dostawę pod same drzwi. To się nazywa arabowo - za dolara można tak wiele. Odkryłam nowy serial na www.iitv.pl zatytułowany "Love Bites" i jako, że moja ostatnia lektura nie wciągnęła za bardzo i nie zachęca do dalszego czytania, pooglądam sobie trochę amerykańskich seriali.

Za miesiąc będę mogła korzystać już ze zniżek na bilety, więc mam nadzieję podróżować będę częściej przynajmniej w moje dni wolne. A tak to stara bida, lot za lotem, ciągle to samo, żadnych atrakcji nie przewiduję. Nasze szalone grono polskich stefek powiększa się, więc jak będzie trzeba robić Wigilię czy lepić uszka to jest z kim, a i kolędy się pośpiewa w Al mana. Ale do świąt jeszcze trochę, a niedługo ramadan, czyli nie jemy, nie pijemy i mdlejemy w pięćdziesięciostopniowym upale. Zastanawiam się tylko jak będzie pracować arabskie crew, przecież nie da się robić jeszcze mniej i udawać, że coś się robi bardziej niż to robią cały czas. Niech im ziemia...

Wczoraj naszło mnie na wypieki, jako że oficjalnie rozpoczęłam 4 dni wolne. Na plażę jest zdecydowanie za gorąco, można coś upichcić przy akompaniamencie dźwigów, wiertarek i młotów pneumatycznych, które robią rumor za oknem i spać się nie da. I oto wymyśliłam, że w Katarze najbardziej brakuje mi polskiego chleba, zatem upiekłam dwa przepyszne okrągłe bochenki, które zniknęły szybciej niż się piekły. Chrupiąca skórka i do tego fasolka po bretońsku ( made in Al mana 2 by Kasia ) a na koniec kromeczka z polskim pasztetem. Wszyscy którzy siedzą na obczyźnie, powinni teraz iść po chusteczkę bo na pewno leci im ślinka. Także pozdrawiam i załączam zdjęcie chlebka.

sobota, 2 lipca 2011

OCZY BUDDY - NEPAL


Kolejne marzenie spełnione, a raczej wybidowane. Wprawdzie nie był to najdłuższy layover jaki można sobie sprawić, ale wydusiłam z niego tak dużo jak było tylko możliwe. A mianowicie. Przylecieliśmy do Katmandu Airbusem 320 o 8 rano. Pasażerowie bardzo sympatyczni, mało wymagający, spokojni i co zaskakujące czyści. Jeszcze nigdy nie widziałam tak czystego samolotu po wylądowaniu. Kulturka do tego stopnia, że gdy słuchawki odmówiły posłuszeństwa i się najzwyczajniej w świecie zepsuły, oglądali film bez głosu nawet nie prosząc o nowe. Na takich lotach to ja mogę pracować zawsze. Lotnisko przypominające szkołę albo co gorsza szpital, wyglądało jakby było od lat opuszczone a płyta lotniska jak parking przy centrum handlowym M1. Idziemy wpisać się do księgi, że jesteśmy. Nikt nas nie sprawdza - to się nazywa zaufanie. Przy wyjściu znajduje się poczekalnia, z której Nepalczycy stojąc przyklejeni do opalcowanej szyby, przyglądają się każdemu z osobna. Kapitan z uśmiechem komentuje: - częstotliwość lotów i odlotów przyciąga tłumy gapiów... Nie wiem czy mam traktować to jako cud, że wylądowaliśmy, ale najwyraźniej tak, bo piloci muszą być dodatkowo przeszkoleni, żeby wylądować w Katmandu ze względu na góry i nie łatwy korytarz do lądowania.

Do hotelu dojeżdżamy koło dziewiątej, gdzie drzwi otwiera nam bagażowy składając dłonie jak do modlitwy i kłaniając się na powitanie. - Witamy w hotelu, życzymy miłego pobytu. Ach..ta gościnność. Dostajemy karty do pokoju i możemy od razu skorzystać z bezpłatnego śniadania, co zdarza się tak rzadko, że aż do południa nie mogę w to uwierzyć. Ostre, ale całkiem smaczne śniadanie, zjadam w pośpiechu, bo chcę od razu ruszyć na zwiedzanie. Pogoda dopisuje, a czasu mało bo zbiórka i powrót do Doha o 21:15. Biorę prysznic, wściekam się na suszarkę, która znowu przypomina rurę od odkurzacza i zamiast suszyć, buczy i parzy mnie w rękę. Zrobiłam małą powódź w łazience i po godzinie jestem gotowa do wyjścia. Lustrzanka, pieniądze, okulary, i karta kredytowa na wszelki wielki. Przy recepcji wymieniam pieniądze na lokalną walutę i pytam ładnej Pani z obsługi ubranej w turkusowo-czarne sari, gdzie pojechać i co warto zobaczyć w ciągu 4 godzin, które mam do zagospodarowania. Dostaję mapę z obrysowanymi długopisem zabytkami i po chwili siedzę już w taksówce, która za piętnaście dolarów będzie ze mną jeździć gdzie tylko zechcę i poczeka tak długo jak będzie trzeba. Już mi się podoba. Zatem sznela jalla.


Jedziemy zatłoczoną ulicą, mijają moją taksówkę motory i kilka zdezelowanych rowerów. Niektórzy mają maseczki na twarzy, bo spaliny i smog można dostrzec gołym okiem. Miasto tętni życiem, kolorowe wystawy sklepów przyciągają uwagę, głośne trąbienie rozchodzi się po wszystkich bocznych uliczkach i jest naprawdę denerwujące. Zasada omijania przeszkód jest jak najbardziej na porządku dziennym, szczególnie gdy do przeszkód zalicza się wszystko co się rusza. Kobiety z maleńkimi bobasami na ręce, paradują przez środek ulicy licząc na to, że zostaną sprytnie ominięte. Już to widzę jakby w Doha tak wyszły, nawet na pasach można zostać rozjechanym. Co kraj to nowe spostrzeżenia. Przejeżdżamy przez most, na którym imitacja bazaru i można kupić najróżniejsze artykuły. Na kawałku gazety, szmatki, kartonu itp. rozłożone są przyprawy, czasami dosłownie pięć, sześć marchewek albo chusteczki, domyślam się że sprzedają wszystko co mają do zaoferowania a mają niewiele, bieda bije po oczach. Z mostu można zrobić śliczne zdjęcia, ale pannica z namalowanym czerwoną farbą paskiem na czole, który marze przy okazji przedziałek we włosach na około półtora centymetra  włazi w kadr i zdjęcia nie mam.


Pierwszy przystanek na zabłoconym parkingu, gdzie taksówkarz czeka na mnie grzecznie, aż skończę zakupy. Dzielnica nazywa się Thamel i już w hotelu powtarzali, żeby się targować, targować i jeszcze raz targować. Kto jak kto, ale po tylu miesiącach pracy w Egipcie, targowanie mam już we krwi i głupka ze mnie tak łatwo nie zrobią. Jestem ubrana w długie jeansy, które przez pomyłkę włożyłam do walizki myśląc, że to wersja spodni za kolano. Na górze przewiewna koszulo-tunika w pastelowych kolorach, okulary i torba z aparatem. Gorąco i po dwudziestu metrach już żałuję, że to jedyne spodnie, które zabrałam a najchętniej pokręciłabym się w przewiewnej spódnicy. Wokoło sklepy, małe duże i ze wszystkim co można sobie wyobrazić. Ogromne ręcznie robione maski, robią na mnie duże wrażenie i wchodzę do sklepu, który ma nie więcej jak 5 metrów kwadratowych powierzchni. Na podłodze rozłożone kawałki drewna, dłuta i inne narzędzia dzięki którym powstają te cuda. Maski piękne, ale jedną już mam z Tanzanii, a te są super ciężkie więc myślę sobie następnym razem wrócę specjalnie po maskę. Rozglądam się, robię zdjęcia i nagle dostrzegam czerwoną, piękną głowę Buddy. No i zaczęło się targowanie. Po 10 minutach negocjacji, gdy nie mogliśmy się dogadać i różnica w cenie pomiędzy moją ceną a ceną sprzedawcy wynosiła jakieś 600 rupii, zastosowałam metodę CWD czyli Cena W Dół. Zamiast wykazania chęci zakupu i podnoszenia ceny do momentu, gdy będzie odpowiednia dla obu stron, mówię: - przez 10 minut cena szła w górę, żadnej propozycji nie zaakceptowałeś, teraz cena idzie w dół. I kupuję po mojej poprzedniej najwyższej cenie, najbardziej atrakcyjnej oczywiście dla mnie, dla właściciela sklepu już mniej. Wychodzę z siateczka wbijającą mi się w palce, zadowolona z nowej pamiątki i na dodatek bardzo oryginalnej. Po drugiej stronie ulicy biura podróży oferujące wyprawy trekingowe na Mount Everest, rafting i zwiedzanie połączone z pobytem w dżungli. Brzmi świetnie, ale gdzie ja i chodzenie po górach, chyba że zamontują kolejkę górską to wtedy mogę jechać na górę. Obok biur sklepy ze sprzętem i akcesoriami na dalekie wyprawy w góry. Czapki, kurtki, plecaki, cen nie sprawdzałam, ale rękawiczki mieli całkiem urocze. Czasu mało, więc wracam do mojego szofera lekko znudzonego, ale za to bardzo sympatycznego.


Aaa..zapomniałam powiedzieć, że jak wracałam kupiłam jeszcze dwa szaliki, których też jest zatrzęsienie i już się nie mogę doczekać kiedy się w nich zaprezentuję. Kolejna atrakcja to świątynia małp, położona na wzgórzu, z którego rozpościera się oszałamiający widok na całe miasto. Do pokonania jest jakieś 600 schodów według tego co mówi kierowca, więc podjeżdżamy drogą aż pod budkę z biletami. Do pokonania zostaje jakieś sto stopni na co w rezultacie się zgadzam. Bilet kosztuje 200 rupii, pytam ( bo przecież nie zaszkodzi) czy mają jakieś zniżki dla studentów, pilotów wycieczek, stewardess i innych pod których profesje mogę się podpiąć, ale pani w drewnianej budzie przecząco kręci głową. Kupuję bilet i zerkam podejrzliwie na małe, duże i średniej wielkości małpy z różowymi tyłkami, czy aby nie są zainteresowane czymś co moje i nie koniecznie mam ochotę to stracić. Przecież nie dam się obrabować małpiszonowi. Mijam lokalnego człowieka, chyba bez palców bo tylko widać plastry i jakby trochę zakrwawione, widok przerażający, po kilku minutach jestem na górze i o dziwo nie sapię jak zakładałam. Godziny męczarni na siłowni robią swoje.
Widok jest po prostu niezwykły. Zamykam na chwilę oczy i nie wierzę, że parę godzin temu byłam w piekielnie gorącym Katarze, a teraz stoję przy świątyni, która patrzy na mnie wielkimi oczami narysowanymi na szczycie budynku.

Małpy są dosłownie wszędzie, skaczą, wrzeszczą i podjadają to co im rzucą turyści. Niebo lekko zachmurzone, ale to mnie wcale nie zniechęca i na spokojnie zaglądam w każdy zakamarek. Są sklepiki z pamiątkami i zapach jakby palących się gazet unosi się w powietrzu, aż trudno złapać oddech. No i się doczekałam - pada deszcz. Momentalnie montują zadaszenie z niebieskiej folii i można swobodnie spacerować. Robię pamiątkowe zdjęcie, plecami do Buddy i wracam do mojej taksówki. Ostatni punkt programu to Plac Królewski – Durbar Square. W samym centrum miasta znajduje się Pałac otoczony wieloma świątyniami, przy których siedzą i rozmawiają mieszkańcy Katmandu. Znowu ściągają ode mnie haracz i z biletem w dłoni i małą mapką chodzę uliczkami, oglądając każdą świątynię z osobna. Niestety nie można wejść do środka, więc muszę zadowolić się widokiem z zewnątrz, ale i tak mi się podoba biorąc pod uwagę, że w aparacie zaraz padnie mi bateria. Na chodniku siedzi Sadhu (chyba komercyjnie pod fotkę), ale co? Jak już tam siedzi i jeszcze się uśmiecha do zdjęcia to mu strzelę fotkę. Robię dwie na wypadek gdyby coś z pierwszym zdjęciem było nie tak, i bez zastanowienia krzyczy -tu handret madame pikczer. Madame się szybko doliczyła stówki i mówię - Aj hef onli handret maj frend, only handret. Daję mu i jego koleżance stówę do podziału i odchodzę szybkim krokiem, coby mnie nie dogonili. Chwilę później uwieczniam ostatnie zdjęcie placu i udają się wąską uliczką w poszukiwaniu mojego kierowcy, który powiedział, że gdzieś tam na dole poszuka miejsca do zaparkowania. Zaufać musiałam, że tam stoi inaczej musiałabym wracać rikszą. Skończyła się bateria w aparacie, skończyły się rupie i po przyjeździe do hotelu muszę wymienić jeszcze kilka dolarów, żebym mogła taksówce zapłacić.


Po piętnastominutowym spacerze widzę wreszcie stary bordowy samochód, zaparkowany przy samym murze tak, żeby nie blokować przejazdy innym. Wypatruje mnie z pobliskiego sklepu i jedziemy do hotelu. Zabieram moją nową zdobycz i kładę się spać, gdyż zbiórka za parę godzin a trzeba jeszcze pracować. Nie omieszkałam kupić też pocztówek, nakleić obrzydliwych znaczków, których nie odważyłam się polizać i wysłać. Ciekawa jak długo będą szły...Hm..zobaczymy. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz odwiedzę Nepal, bo mam jeszcze wiele do zobaczenia.


środa, 29 czerwca 2011

PATYKI i MANGO - FILIPINY


Zakochałam się w Filipinach niemalże na zabój. Po prawie dziesięciogodzinnym locie konając ze zmęczenia, poszliśmy w kilka osób na kolację i lokalne piwo do knajpki, poleconej nam przez Filipinkę z naszej załogi. Pogoda idealna na stolik na zewnątrz. Kelner o ciemnych włosach i krótkich nóżkach, przynosi nam menu i zachęca do skorzystania z kilku promocji. Pierwsza zniżka dotyczy piwa, które w przeliczeniu na złotówki kosztuje niecałe złoty pięćdziesiąt i jak za taką cenę jest naprawdę wyśmienite. No to sto lat ! Zamawiamy cały stos jedzenia. Od ryby, po wieprzowinę, paluszki z kurczaka, sałatki, ryż i makarony, do tego wyśmienite sosy, które mam nadzieję znajdę w jakimś orientalnym sklepie w Polsce. Jemy, jemy, jemy...pyszne to za mało powiedziane, w słowniku powinno być więcej słów na określenie tego co działo się z moimi doznaniami smakowymi, aż ślinka cieknie jak sobie pomyślę o tych znakomitościach.


Z samego rana, czyli gdy w Doha dochodziła druga w nocy, zbieramy się przy recepcji i ruszamy na wycieczkę na wyspę Bohol. Taksówką do portu, przechodzimy odprawy i kontrole prawie jak na lotnisku i ruszamy w dwugodzinny rejs na Bohol, słynący z żyjących tam Tarsjuszy - najmniejszych małpek na świecie. Spałam jak zabita całą drogę, w mojej ulubionej pozycji, czyli z otwartą buzią i zdrętwiałą ręką, a szyja do tej pory mnie boli, tak się ułożyłam do spania. Wyciągam lustrzankę i zaczyna się pstrykanie wszystkiego co się rusza. Znajduje nas Pani wycieczkowa. Kupujemy pakiet zwiedzani z prywatnym szoferem i ruszamy na podbój filipińskiej wysepki. Samochód spokojnie zmieściłby 10-12 osób a my jak królowie wsi i okolic rozkładamy się, żeby każdemu było wygodnie. Ja z przodu obok kierowcy, co by mieć lepszy widok i robić  zdjęcia polom ryżowym. Naszą wyprawę rozpoczynamy od sklepu spożywczego, w moim przypadku od bankomatu. Stoję w kolejce do ściany płaczu i podbiegają do mnie usmolone dzieci, wyciągając jeszcze bardziej usmoloną rączkę po banknoty o różnych nominałach. Niestety, pierwszy bankomat nie chce współpracować z moją kartą Alior, więc za rogiem napotykam na dwa inne. Po 10 minutach stania w kolejce i wciskania wszystkich istniejących przycisków, dalej nie mam pieniędzy. Bankomat wypluł potwierdzenie, że operacja została anulowana i dziękuję. Rozglądam się, ale następny bankomat daleko, za wyjątkiem jednego, który samym wyglądem odstrasza, aż się nie chce wierzyć, że ktokolwiek tam był w stanie coś wypłacić. Ryzyk fizyk. Zjadł kartę, wpisałam pin, czekam... Po sekundzie wychodzi 500 peso, a potrzebuję 1500. Powtarzam formułę 3 razy i wreszcie jestem bogata.


 Francuz, Węgier, Brazylijczyk i Sri lanka czekają w busie z moim spritem i wreszcie możemy jechać. Na ulicy tuk-tuki, motory i skutery, każdy pędzi na złamanie karku, umiejętnie mijając wszystkie samochody. Pierwszy przystanek przy starym Kościele Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny, ale długa nazwa - nigdy nie byłam w tak kolorowym kościele. Podziwiam ogromne okienne witraże, malowidła i przez te wszystkie zdobienia, wcale nie czuć, że jest się w kościele. Przyjechaliśmy akurat w momencie przerwy, więc do muzeum nie udało się już zaglądnąć, więc ruszyliśmy w dalszą drogę w kierunku "czekoladowych wzgórz". Droga wiedzie przez małe wioski, gdzie można trochę podglądnąć życie mieszkańców. Małe kolorowe chatki, pranie równo rozwieszone na długich sznurkach i prawie przy każdym domu znajduje się mały sklepik albo kawiarenka z czymś na ząb. Żałuję, że się nie zatrzymaliśmy w żadnych z tych miejsc, ale i tak mieliśmy okazję spróbować tamtejszych specjałów. Nie brakuje bogatej roślinności, palmy i bananowce wyglądają oszałamiająco i moje ulubione, czyli pola ryżowe ciągnące się niemalże przez całą drogę. Kolejnym punktem programu jest rejs statkiem, przypominającym trochę barkę i obiadek w formie szwedzkiego bufetu. Kupujemy bilety i przesympatyczna obsługa zaprasza nas na statek - "żółw", który faktycznie wygląda jak sałatozjadacz. Francuz posiał bilety a mi kiszki marsza grają. Po przeglądnięciu wszystkich kieszeni i futerału od aparatu, zasiadamy przy elegancko nakrytym stole i z niecierpliwością oczekujemy co dalej. Zastanawiamy się czy żółw się ruszy, czy cena biletu zawiera tylko obiad, który prezentuje się obiecująco. Myjemy rączki żelową substancją z Doha i zaczynamy biesiadę. Kraby, pieczony makaron, ryż w liściach bambusa i najlepsze czyli patyczki z różnymi rodzajami mięsa od wieprzowiny po kurczaka. Do tego sos orzechowy i w mini miseczce słodko-pikantny, za który dam się pokroić w najbliższym czasie. Na koniec deser i najsłodsze na świecie świeże ananasy, arbuzy, banany i słodkie miodowe ciasteczka. Uwielbiam..


Rozkoszujemy się obiadem i 5 minut później ruszamy w godzinny rejs, do którego przyśpiewuje nam grajek przyodziany w pomarańczową hawajską koszulę. Ładnie śpiewa, normalnie bym go zaangażowała na swoim weselu, gdybym takie miała jakoś niedługo - ale póki co nie planuję. Rzeka Loboc uznawana jest za jedną z najczystszych filipińskich rzek, a odnosi się wrażenie, że jest wręcz odwrotnie. Cumujemy w zaaranżowanej wiosce, gdzie robimy urocze zdjęcia i wrzucamy monety do skrzynek z napiwkami, coś a la wioska beduinów w Egipcie, którzy przebierają się specjalnie na przybycie turystów i wieczorem zwijają swoje zabawki i kozy do domu. Na koniec rejsu gromkie brawa od wszystkich wycieczkowiczów, bo pomarańczowy wodzirej był rewelacyjny. Wychodząc każdy nucił znaną melodię: "bye bye mrs american pie"...La lala..


Żeby lepiej zobaczyć czekoladowe wzgórza, trzeba było się trochę wysilić i wspiąć po schodach, które już w połowie drogi przeklinałam. Zadyszka, odpoczynek i wreszcie jestem. I wiem, że warto było bo widok zapiera dech. Ponad tysiąc wzgórz, które wyglądają jak kopce gigantycznych kretów, pokryte trawą, która w lecie przybiera kolor brązowy w efekcie przypominając czekoladę. Zdjęcia wyszły szałowe, szkoda tylko, że nie można się wdrapać na taki kopiec, poleżeć i zapomnieć o całym świecie. Po takich widokach z pewnością będę miała co wspominać. Droga w dół krętą ścieżką, tak więc ruch schodami jednokierunkowy - tylko w górę. Pokazuję parkingowemu kartkę z numerem rejestracyjnym naszego szofera i po 3 minutach zjawia się fura. Ależ tam u góry było pięknie, zjeżdżamy serpentyną około 15 min i jesteśmy w ogrodzie pełnym motyli. Mamy nawet swojego przewodnika, który dołączony jest do każdej grupy, która wykupi wstęp za około 2 zł. Motyle fruwały nad głowami a ja nie mogłam się doczekać małpek z oczami większymi od ich żołądka. Wszyscy byli już lekko zmęczeni, ale najlepsze dopiero przed nami. Podjeżdżamy pod małpiarnię co również oznajmiała tablica przed wejściem i ku mojemu zdziwieniu w klatce nie większej jak mała lodówka siedzi jedna mała wystraszona małpka. Zasłonięta jakimiś chabaziami, więc jak się pytam gdzie są pozostałe małpy? Punkt wycieczki do odstrzału, ale twardo przystajemy przy swoim, że bez fotki z małpiszonem nie wracamy. Parę kilometrów dalej wreszcie mamy okazję zobaczyć największe słodziaki na świecie. Od razu miałam ochotę zapakować jedną do kieszeni i zabrać do domu. Są tak śmieszne, że spędziliśmy tam prawie godzinę, przez co prawie spóźniliśmy się na łódkę powrotną.


Na zakończenie kierowca w ramach przeprosin za niewypał z jedną małpą, zabrał nas na wiszące mosty. Ledwo zipały jak się szło na drugą stronę, ale trochę adrenaliny jeszcze nikomu nie zaszkodziło, a i trzeba było się trochę powydurniać i postraszyć pozostałych. Po drugiej stronie mostu cała gama pamiątek chyba nie muszę już mówić, że standardowo kupiłam magnesy na lodówkę. Sprzedawcy przesympatyczni, uprzejmi i z miłą chęcią robi się tam zakupy. W porównaniu do Egiptu, gdzie strach choćby spojrzeć na coś, bo zaraz podleci pięciu i będą jak końskie muchy, jak się przyczepią to już koniec. Wracamy tą samą drogą i wracamy do portu, gdzie przechodzimy kilka odpraw bezpieczeństwa i wreszcie wracamy. Przesiadamy się od razu na górny pokład, bo na dole klimatyzacja włączona jest na opcję "zamrażaj" nie da się wysiedzieć ani dwóch minut. Dotarliśmy do Cebu koło dziesiątej i nie mogłam się doczekać kiedy wreszcie położę się w łóżku. Zmęczona, ale z mnóstwem wrażeń, które cały czas odtwarzam w głowie. Przed spaniem podjadłam pyszne suszone mango, którego na Filipinach pod dostatkiem i jako przekąska jest idealne. Jasna sprawa, że świeże mango to najlepsze co może być, ale gdy się nie ma fresh mango pod ręką, paczkowana opcja jest rewelacyjna. Rano pobudka, poczytałam książkę, bo to jedyny moment kiedy mam na to czas oraz ochotę, i wsiadamy do naszej kozy, wypoczęci przygotowani na lot powrotny do Doha.

Filipiny są cudowne, można się tam zrelaksować, zobaczyć przepiękne miejsca i czuć się jak milioner, bo wszystko jest niesamowicie tanie. Można jeść bez końca bo patyczki, mango, rybki i inne cudeńka mogę się założyć, że smakują każdemu, nawet tym o najbardziej wybrednych żołądkach. Chętnie wrócę do Cebu, pojadę zobaczyć fabrykę gitar, może zanurkuję i zdecydowanie wypocznę! Oo takk..Cebu już jest zabidowane na następny miesiąc. A póki co szykuję się na lipcowy Rzym, Berlin, Nepal, Bangladesz i parę innych.