sobota, 22 grudnia 2012

WESOŁYCH ŚWIĄT


Najszczersze życzenia.
Pięknych i radosnych nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia,
Świąt spędzonych w rodzinnej atmosferze,
Abyście znaleźli dużo kolorowych prezentów pod zieloną choinką,
Świąt które, dadzą wam trochę radości i odpoczynku,
A co najważniejsze nadzieje na Nowy Rok,
Aby był dużo lepszy od obecnego.

Życzy:
NIKA

wtorek, 18 grudnia 2012

CO SIĘ STAŁO?

Drodzy czytelnicy! Pragnę najmocniej jak potrafię, przeprosić za tak nagłe zablokowanie strony. Należą Wam się nie tylko przeprosiny, ale także wyjaśnienia. Po opublikowaniu posta pt."Warszawa nie da się lubić", rozpętała się burza. Posypały się obelgi i wyzwiska, przenosząc swoją siłę rażenia z bloga na forum internetowe portalu lotnictwo.net.pl OTWÓRZ LINK. Na portalu zaczęło się niewinnie
 OSSEAN pisze:
 "ciekawy blog CC Qatara do przeczytania ale najważniejsze z tego wpisu to:

"Plotka głosi, że od marca do Warszawy będzie latał duży samolot, więcej miejsc, większa szansa na wyjazd do domu. Na następne tygodnie loty są już obstawione i bilety sprzedają się jak świeże bułeczki. Wzrośnie też liczba lotów z czterech do siedmiu, czyli będziemy fruwać codziennie i bez dnia wolnego na miejscu."

Wzmianka o plotce nie wzbudziła większego zainteresowania. Przez dwie strony toczy się żenująca dyskusja, która pokazuje prawdziwą twarz forumowiczów. Nazywanie mnie "babką klozetową", "powietrzną kelnerką", "głupią babą" itp. nie robi na mnie wrażenia. Uderz w stół, a nożyce się odezwą. Szkoda, że człowiek nabiera odwagi w momencie, gdy pod tekstem wyświetla się ochronny napis"ANONIMOWY". Wiele razy powtarzałam i powiem to jeszcze raz. Wszystkie wpisy na MOIM blogu są tylko i wyłącznie oparte na MOICH własnych doświadczeniach. Jeśli Pani w sklepie jest tak niemiła, że poświęcę jej jedno zdanie o tym co zaszło, to znaczy że taką wyrobiłam sobie opinię o tej osobie. I nie uważam, że wszyscy pracownicy Carrefourów, sklepów i sektora usług są tak niekompetentni jak ta Pani. Ale jakbym miała pisać tylko o tym jak jest pięknie i cudownie, że Warszawa jest najpiękniejszą stolicą świata i że Polacy są mili, sympatyczni, pomocni i nie mogę nikomu nic zarzucić, czy byłabym wiarygodna?

Uderzcie się w pierś i z ręką na sercu powiedzcie, że nie raz doświadczyliście braku profesjonalizmu, niesympatycznej obsługi czy gorszego dnia jakiegoś pracownika. Oczywiście można zamieść wszystko pod dywan i udawać, że nic się nie stało. Ale wstyd mi, gdy widzę takie zachowania w moim kraju, który ma być i jest świadectwem i wizytówką Nas Polaków za granicą. Dlatego będę pisać o Pani która była bardzo nieprofesjonalna, niezależnie od tego ile zarabia. I będę pisać o tym co mnie boli, bo odwiedzam różne miejsca i spotykam różnych ludzi, którzy niezależnie od wykształcenia, kultury w której się wychowali i języka którym mówią, potrafią okazać więcej szacunku i empatii do innego człowieka, niż Wy Anonimowi komentatorzy. Pozory mylą! Nigdy nie ocenia się książki po okładce, tak samo jak nie możecie oceniać mojej pracy, po przeczytaniu jednego postu. Prowadzę mój blog już prawie cztery lata, piszę to co zaobserwuję i co nie każdemu się podoba. Ale nie należę do osób, które widzą świat tylko w różowych barwach. Mocno stoję na ziemi i zawsze wysoko stawiam sobie poprzeczkę, więc odstawcie na bok zazdrość i zawiść, że ktoś może mieć lepiej, tylko weźcie się do roboty.

Wydaje wam się, że w Katarze w domach błyszczą złote klamki, bo w gazecie pojawił się artykuł " Katar raj na ziemi" OTWÓRZ LINK? Myślicie, że Polacy na emigracji nie chcą wrócić do Polski, że nie brakuje im polskiego marudzenia i mrozu w zimie? W Katarze żyje się inaczej, wolniej, nikogo nie obchodzi z której części świata tu przyjechał, czy ma dostęp do bieżącej wody i czy wie jak korzystać z toalety. Mogłabym się złościć na moich pasażerów, którzy jak napisałam, "dają nam nierzadko popalić" ale nigdy im tego nie pokażę. Nie dzielę moich pasażerów na klientów lepszych i gorszych, każdy otrzymuje pięciogwiazdkowy serwis i bezpieczeństwo na pokładzie, niezależnie czy to Hindus, Arab czy Europejczyk. Noszę mundur z wielką dumą i bardzo mocno doceniam to, że mogę być częścią siedmiotysięcznej załogi najlepszych linii świata. Moja opinia o sytuacjach, które mnie spotykają i doświadczeniach, które zdobywam nie ma na celu nikogo urazić. Różnice kulturowe czasami mnie złoszczą, czasami rozbawią do łez, czasami mam ochotę rzucić wszystko i zakopać się w wydmie na pustyni. Ale w życiu spotykam się z niesprawiedliwością, która sprawia, że robi się przykro i człowiek zaczyna się zastanawiać po co to wszystko.

Przepraszam wszystkich, którzy poczuli się urażeni moim postem o krótkim pobycie w Warszawie. Z uwagi na zaistniałą sytuację, blog będzie miał okrojoną formę. Osoby dla których blog był swego rodzaju przewodnikiem, gdzie mogli znaleźć wskazówki dotyczące rekrutacji, życiu w Katarze i warunkach pracy jako stewardessa, z przykrością dodaję, że nie będą już miały do tego dostępu. Tym blogiem otworzyłam niejedne drzwi, które przybliżyły nie tylko zawód stefki, ale dodały otuchy i odwagi tym, którzy wahali się czy tu przyjechać i zacząć największą w swoim życiu przygodę. Dziękuję mojej 78 tysięcznej liczbie czytelników i tym, którzy w tej całej wojnie polsko-polskiej, mnie najbardziej wspierają. Mama poleciała już do domu, będzie więcej czasu na pisanie, bo zaległości zrobiły się spore. Pamiętam cały czas o Omanie, relacja jeszcze w grudniu.

sobota, 1 grudnia 2012

KAPEĆ

Trzy dni na SBY, z którego mnie na dodatek nie ściągnęli, dał się odczuć z każdej strony. Bo ile można siedzieć w domu, gdy z góry było wiadomo, że mają mnie w nosie. Z 4 dni SBYja dostałam godzinny lot tam i powrót, na którym głupia kobieta z groomingu, czyli ta od sprawdzania naszego nienagannego, pięciogwiazdkowego wyglądu, znowu uznała, że moje paznokcie są odrobinkę pomarańczowe. Chyba złożę w Inglocie reklamację na najbardziej soczysty czerwony nr 21 jaki tam mają. No, a że ja nie potrafię trzymać języka za zębami, musiałam się z nią pokłócić. Durna, rumuńska, mała wieśniara. Nie sięga mi nawet do szyi a panoszy się jakby była matką wszystkich stefek. Kazała zmyć, moje czerwone paznokcie, zrobiła wykrzywioną minę i zignorowała moje pytanie. Co za baba... Koniec końców, musiałam iść na rozmowę twarzą w twarz do jej pokoju i podchodząc do swojej kumpelki dla odmiany Hinduski powiedziała: " Darling kan ju konfyrm det dys nejl polisz is orendż" - Hinduska jak kazało zapytanie, śpiewająco odpowiedziała - "Jes, jes it is". No i znowu niekt nie stanie po stranie mojej i moich czerwonych paznokci. Żeby już nie sprowadzać na siebie więcej kłopotów jak mam, oznajmiłam że nie będę więcej malować paznokci, bo ktoś ma kłopoty z odróżnianiem kolorów. Ukłoniłam się w pas i poszłam.

Wczoraj wieczorem zaprosiła mnie Monia, na niezapowiedziane lanie wosku, bo w końcu w Doha też należy sobie trochę powróżać. Zabrałam Alpa, który jest moim studentem i udzielam mu lekcji polskiego. Ma bardzo sympatyczną narzeczoną z Polski i chce trochę podszkolić swoje umiejętności. Bardzo miły i ułożony młodzieniec. W moim sbyjowym więzieniu musiałam koczować do 22 giej, więc 22:01 byłam już gotowa do odbicia karty i opuszczenia zakładu karnego. Wsiadłam do samochodu, zapaliłam światła, silnik i poczułam, że coś mi się krzywo siedzi a przód samochodu z lewej strony jakby opadł. To mogło znaczyć tylko jedno. Wysiadłam z samochodu i zobaczyłam kapcia, który o tej godzinie nie wróżył nic dobrego. No i co tu robić. Obok mojego domu, jest jakiś szemrany zakład samochodowy, więc pomyślałam, że chociaż tam powoli się dotoczę, nie uszkadzając koła. No i jak fryzjer ma otwarte do pierwszej w nocy, tak mechanicy o dziesiątej już byli w domu. Pięknie. Nie widziałam, co począć, Alp był w drodze a mi zależało na czasie, bo wosk stygnął i droga do Sławków daleka. Mężczyzna z białej toyoty, musiał zauważyć że mam minę jakby mi zdechł chomik i czym prędzej otworzyłam szybę, mówiąc " I need your help". Wyskoczył z samochodu jak z procy i od razu zaczęła się akcja reanimacja mojego koła.

Zadawał pytania, czy mam to i tamto, jakieś klucze, lewarki dżizys, jakbym ja to miała wiedzieć. Dobrze, że zapasowe koło było o które się martwiłam, że nie mam. Niestety klucz do odkręcenia śrubek w kole nie pasował, a po drugie go nie było i  Pan M. pożyczył mi swój. Przyjechał Alp wspólnymi siłami, udało się zmienić koło. Podałam chłopakom mokre chusteczki, żeby przetarli ubrudzone ręce, bo chociaż to miałam na stanie. No i teraz zadzieram kiecę i lecę do serwisu zmieniać koło, dopompować i umyć bolida, bo jest taki brudny, że wstyd wsiadać. Ostatnio trochę kropiło i kurz, który się już zebrał przeistoczył się w błotnistą maź, pokrywającą całe auto. Potem do biura, gdzie mam parę spraw do załatwienia i w końcu z urlopu z Wyspach Zielonego Przylądka, wraca Gosia. Już się nie mogę doczekać.

sobota, 24 listopada 2012

KOREANKA W KRAKOWIE

Nie uwierzycie. Ja do tej pory przecieram oczy ze zdziwienia. Przed lotem do Kalkuty z którą kojarzy mi się tylko Matka Teresa i cała otoczka Indii, które toną w górze śmieci, sprawdziłam załogę i system wyświetlił dwie Koreanki, Tajkę i dwie Hinduski. Tragedia Posejdona. Przyszłam na briefing trochę wcześniej, bo wyjątkowo nie było ruchu na drodze i busik dojechał bardzo szybko. Po kilkunastu minutach byłyśmy już w komplecie. Zaczęło się od autoprezentacji, czyli skąd się przybyło, jak długo pracuje się w firmie i jakimi językami się mówi. I pierwszy raz ktoś wyrwał mnie w butów. Pałeczkę przejmuje Koreanka i mówi "Hi, my name is Yu-Mi, Im from South Korea and I speak english, korean and POLISH". Zemdlałam. Myślałam, że źle słyszę, ale okazało się, że koleżanka YuMi zasuwa po polsku jak mały robot. Mieszkała rok w Krakowie i rok w stolicy. Uczyła się języka pięć lat w Korei, a potem na Jagiellońskim. Dacie wiarę?

Cały lot rozmawiałyśmy po polsku i nie mogłam się nadziwić, że tak świetnie mówi w naszym języku. Na pytanie co najbardziej podobało Ci się z Polsce, odpowiedziała bez zająknięcia - "tyskie". Potem dodała, że jadła też kiełbaski z niebieskiej nyski przy Hali Targowej i mnie kupiła. Zna wszystkie zakątki, smaki i tęskni za Polską. Powiedziała, że bardzo jej się podobało, tylko "chłopaki nie ładni". Miło było pogadać po polsku, w najmniej oczekiwanym momencie. Na dodatek z ostatnią osobą, którą bym mogła podejrzewać o znajomość jakże trudnego języka.

piątek, 23 listopada 2012

MIŁE NIESPODZIANKI

Od czego tu zacząć? Tyle się zdarzyło, że zdradzę tylko trochę, żeby wyostrzyć ciekawość i wywołać napięcie. A mianowicie. W Omanie było cudownie i oczywiście z przygodami. I to jakimi...Mam piękne zdjęcia, wiele do opowiadania i przelania na ekran kilku smaków i aromatów najpyszniejszej na świecie shishy. O podróżach bez mapy, aż się skończy droga już niedługo.

Jest już nowy roster, wyjątkowo szybko w tym miesiącu, co zaskoczyło nawet ludzi którzy przy nim majstrują. Moja firma pozytywnie rozpatrzyła moją prośbę i dostałam lot do Warszawy. A właściwie z Warszawy. Lecimy do Polski jako pasażerowie 4 tego grudnia ( kozą do Frankfurtu i potem Lufthansą do Warszawy ), aby polecieć z powrotem do Dohy 5 tego. Załoga która przyleci pierwszym rejsem do Warszawy będzie miała layover, a my zabierzemy maszynę i pasażerów z moją mamą na pokładzie i powrócimy na pustynię. Już się nie mogę doczekać.

Zrobiłam też Mamie niespodziankę i kupiłam bilety na koncert brytyjskiego wokalisty Samiego Yusufa. Przez telefon usłyszałam ogromną radość i łzy, a z tej radości pies dostał po głowie - niechcący.

Wracając do kozy, po powrocie z Omanu sprawdziłam maila i tym razem niespodzianka dla mnie, czyli AWANS. Gratulacje i informacja o szkoleniu na F1. Czyli skok do biznes klasy, z którego się cieszę, a najbardziej moje plecy. Dźwigania mniej, pasażerowie z innej bajki, praca inna niż dotychczas i dużo nauki. Czekam z niecierpliwością na trening.

W grudniu zabieram też Mamę na Malediwy, które bidowałam z myślą o lenistwie i podtrzymaniu opalenizny, która w Doha może zniknąć, bo już zima zła. Dostałam też propozycję współpracy. Projekt ściśle tajny, ale sama kiedyś miałam się za to zabrać. Zobaczymy co z tego będzie. No i to tyle w wielkim skrócie. Cieszę się tak bardzo, że chyba pęknę.

czwartek, 15 listopada 2012

BID PO STEKA

Czas do łóżka, mimo że godzina do spania nie zachęca. Dzisiaj nocny lot do RPA, a w samolocie nie ma możliwości regeneracji sił. A ja to od razu robię się śpiąca, jeszcze dobrze nie wystartujemy. Bidowałam RPA, żeby iść na pysznego, soczystego steka. Pomyślicie, że zwariowałam ale najlepsze mięcho, jest właśnie tam. Na drugim miejscu Brazylia, ale jak poszerzę swoje horyzonty, może ktoś przebije moich liderów sztuki kulinarnej. Aż mi ślinka cieknie, na samą myśl o jutrzejszej kolacji i winku. Tego mi na tą chwilę do szczęścia potrzeba.

Po powrocie z RPA, wybieram się z Ariadną do Omanu. Kupiłyśmy bilety u lokalnego taniego przewoźnika FlyDubai, i będziemy przez 3 dni podbijać kraj, o którym słyszy się same dobre rzeczy. Nieoficjalny, wybrany przez samego siebie na ochotnika, ambasador Polski w Omanie Michał, podpowiedział i podrzucił kilka propozycji hotelowych, jedzeniowych, shishowych i dzięki koziej zniżce, mamy wypożyczony samochód trochę taniej.

Podekscytowana jestem niemało. Aparat już się ładuje, 7kg bagażu jeszcze nie, ale to rozpracuję w swoim czasie. Nic dodać, nic ująć - czas gasić światło, zasłonić kurtynę w oknie i powiedzieć dobranoc. Relacja, zdjęcia i wrażenia z Omanu wkrótce.