środa, 26 października 2011

AZJA I SESZELE

Mama pojechała i pozostało mi tylko zjadanie tego, co zamroziłam na katarską zimę, która już pełną parą. Po wylądowaniu w Doha, informujemy pasażerów, że temperatura na zewnątrz nie przekracza trzydziestu, czyli można wyciągać długie spodnie, szaliki bo wieczorami będzie coraz zimniej. Pewnie sobie myślicie, że zwariowałam pisząc, że zima. No ale jak się miało pięćdziesiąt stopni w lecie, to spadek temperatury o dwadzieścia parę stopni można traktować jako zimę. Można spokojnie wyjść na souk, popalić sziszę i delektować się pogodą. Tylko czasem kompana brak, bo wszyscy "w niebie". A mnie ostatnio wysyłają ciągle w nowe miejsca, z czego się ogromnie cieszę. Październikowy roster był najlepszy z najlepszych, dużo wolnego, i same przyjemne loty, przed którymi ładowałam lustrzankę, żeby sytuacja z Katmandu się nie powtórzyła i bateria trzymała do samego końca. W pogotowiu mam zawsze małą cyfrówkę Canona, ale i ona mnie w Nepalu zawiodła. Moja wina, że nie naładowałam, no ale musztarda po obiedzie. Teraz przed każdym lotem oba aparatu dokładnie sprawdzam, łącznie z kartą pamięci o której zapomniałam dawno temu w Londynie. A mówi się, że skleroza nie boli. Boli efekt tego zapominalstwa.

Zawitałam na Sri Lankę, chciałam zobaczyć słonie, ale byłam tak zmęczona, że doszłam tylko do oddalonego 400 metrów od hotelu marketu i padłam jak kłoda. Spałam i obudzić się nie mogłam, więc zwiedzać mogłam sobie tylko w śnie. Ale szukając pozytywnych aspektów pobytu na Sri Lance, kupiłam herbatę, której można zazdrościć bo jest wyśmienita. W lokalnym spożywczym byłam atrakcją miesiąca, dziewczynka w niebieskiej opasce na włosach uśmiechała się do mnie i patrzyła wielkimi oczami. Przesympatyczni ludzie, gościnność czuć nawet między półkami. Wracając trochę ścieżką trochę ulicą, myślałam że dostanę zawału gdy przede mną spacerowała jaszczura wielkości krokodyla, a że do mnie miała jeszcze z 30 metrów nie widziałam dokładnie co to i już się rozglądałam gdzie by tu uciekać. Jaszczura spokojnym jaszczurowym krokiem weszła w mokradła. Takich waranów czy co to było nie widziałam nawet w Meksyku, a już wtedy wydawało mi się że są gigantyczne.


Po Cejlonie ściągnęli mnie do Kuala Lumpur, na które czekałam i czekałam, aż przyszło ze SBY'ja. Oglądając telewizor, co zdarza się wyjątkowo rzadko, natrafiłam na reklamę z hasłem " Malaysia truly Asia"


I znowu moje bidy będą bazowały głównie na Azji. Marzy mi się Japonia, chcę zobaczyć 'Chiński Mur' i zawitać wreszcie do Singapuru. Azja jest tysiąc razy ciekawsza od arabowa, którego mam już po dziurki w... Jedyne miejsce, do którego mnie nie ciągnie to Indie. Ewentualnie skoczę na weekend na Goa, jeśli łaskawie dostanę wizę, ale to potem. Wracając do Kuala. Widziałam się z moją koleżanką ze studiów - Agnieszką. Spotkać kogoś na końcu świata, gdzie nasze drogi po otrzymaniu dyplomu magistra totalnie się rozbiegły, to jest dopiero przeżycie. Obowiązkowo byłam zobaczyć bliźniacze wieże, trochę padało ale udało się cyknąć kilka zdjęć. Na obiadku u Hindusa, nadal żyję. Na zakupach w chińskiej dzielnicy i na niezapomnianym spotkaniu pierwszego stopnia z rybami. Normalnie chciałoby się powiedzieć z rybkami, ale te były chyba na jakiś sterydach hodowane. W centrum handlowym znajduje się stoisko z basenem. Zaciekawiło mnie to od razu. Mimo, że byłam prosto po lecie i po kilku godzinach chodzenia, przemieszczania się metrem itd. prawie spałam na stojąco, ale poszłam zobaczyć o co chodzi z tym basenem. Duży napis informuje, że a'la masaż kosztuje około pięć złotych za dziesięć minut "przyjemności". Patrzymy na siebie Tajka, Maurytyjczyk ( trudne słowo) była jeszcze dziewczyna ze Szwecji, ale się zgubiła i uznaliśmy, że pewnie wróciła już do hotelu, no patrzymy i decydujemy się na 10 minut gwarantowanej przez makietę przyjemności. Siadamy na brzegu basenu pokrytego drewnianymi deskami, Mauritius wkłada nogi do wody, a ryby jak piranie rzuciły się w jego stronę i od razu zaczęły się za obgryzanie naskórka. Po 2 sekundach siedzieliśmy piszcząc z nogami w górze, bo uczucie jest nie do opisania. Na desce obok siedzi dziewczyna i daje nam wskazówki, że najgorsza jest pierwsza minuta a potem można się przyzwyczaić. Zanim podjęłam decyzję, że wkładam giry z powrotem, moja sesja prawie dobiegła końca. Najpierw pięty, niżej, niżej..i mój wyraz twarzy mówi sam za siebie. Mam tak straszne gilgotki, że skupiam uwagę przechodniów i kilka nowych osób wyciąga z portfela monety. Gdybym miała to powtórzyć, to chyba jednak nie, no chyba że fisze mieliby jakieś mniejsze, mini fisze..sama nie wiem.

Czy muszę pisać, że oczywiście kupiłam magnes? Tak, tak kolekcja jest imponująca. Ostatni zakup magnesu odbył się na Seszelach. Jeszcze parę lat temu, nawet nie musnęłaby mojej głowy taka myśl, że moje marzenie może się spełnić. I oto spaceruję po plaży na Seszelach. No niby ładnie, ale powiem wam, że na wakacje bym się tam nie wybrała. Przereklamowane, mieszkańcy strasznie niemili, opryskliwi i próbują wyciągnąć kasę z każdego ile wlezie. A na wakacjach ma być miło. Sama wyspa, bardzo zielona, jakbym była w buszu. Serpentyny prowadzą nas na szczyt Victoria, bo po drugiej stronie góry położony jest nasz hotel. Ruch lewostronny i pierwszy raz żałuję, że nasz bus nie posiada pasów bezpieczeństwa. Po przyjeździe mimo wyczerpania, ruszamy na plażę. Robimy zdjęcia, leżymy na piasku jak małe dzieci. W końcu to raj na ziemi. Kilka plaż już widziałam, i nie jest to miejsce które mnie zachwyciło do nieprzytomności. Ale lepiej samemu ocenić, mogę się mylić. Z ciekawości sprawdziłam pierwsza lepszą tygodniową ofertę biura podróży - 8 tys. zł z przelotem od osoby. Mnie nikt na Seszele nie namówi. A na koniec pani z duty free za płatność kartą dolicza 10 euro - i gdzie ten raj?





niedziela, 23 października 2011

GOŚCIE

Decyzja o wizytacji w Katarze została podjęta niemalże od razu. Gadu gadu i ustaliłam z mamą termin przyjazdu do mojej stefkowej rezydencji. Załatwienie dokumentów trwało kilka dni, wiza i oczywiście bilety. Zamówienie co przywieźć i w jakich ilościach wysłane, i mama zabrała się za przygotowywanie bigosu, pierogów i zakupu półproduktów, co by mi tu na obczyźnie było trochę po polskiemu. Trzymam bigos na święta, które w Doha ( o ile wypadnie postój w Doha ) z pewnością będą trochę przygnębiające, bez opłatka, choinki i śniegu za oknem. Może uda się zabidować wolne z Kasią i Gosią to przynajmniej nie będziemy same w jakimś hotelowym pokoju na końcu świata, albo co gorsze w powietrzu serwując beef or chicken.

Nie obyło się bez niespodzianek. Na lot z Katowic do Frankfurtu były jeszcze miejsca, więc z samego rana Agatka zaczęła okupować Frankfurt. I jak na koczownika, który ma kilka dobrych godzin na przesiadkę, przystało, drzemkę na ławeczce ze złączonymi nóżkami trzeba było odbyć. Na dwie godziny przed lotem do Doha, okazało się, że koza w ogóle z Kataru nie wyleciała i następny samolot będzie dopiero wieczorem, a że trzeba wsadzić tam wszystkich pozostałych pasażerów, którzy są aktualnie w tej samej sytuacji, nie ma pewności, że znajdzie się jedno wolne miejsce dla koczownika z bigosem. Dostałam sms-a, że nie ma miejsc. Myślę sobie no to super, ale nie z takiej sytuacji moja mama znajdzie wyjście. Pamiętając słynną na cały Kraków akcję ewakuację z mieszkania u Pana W., który miał coś z psychola, i gdy przy całej rodzinie Agatka powiedziała - Ja tylko po kilka rzeczy...aaa właściwie jak już jestem to wezmę wszystko. Spisek wykonany i w godzinę wszystkie moje rzeczy zostały zabrane z mieszkania u Wiesia, mogłam odetchnąć z ulgą. Drugi sms, że dalej nie wiadomo. Trzeci, - siedzę już w samolocie - ale czad!. Zagadka tylko, w jakim samolocie skoro Katar leci dopiero wieczorem, a na moim zegarku dochodzi piętnasta?

Weszłam na halę przylotów, gdzie roiło się od Hindusów, Arabów i beczących na całe gardło bachorów. Hol odgrodzony jest wysoką szybą. Metalowa barierka do trzymania i każdy przyklejony do szyby jak sardynka w puszce wygląda kto wychodzi. Rozsuwane drzwi otwierają się co kilka sekund i co jakiś czas padają oklaski, krzyki i stukanie w wysoka na kilka metrów szybę. Siedziałam przez chwilę koło jakiegoś młodego człowieka z wąsem, potem uznałam, że lepiej stanąć z boku, gdzie dla całej ciemnowłosej masy to miejsce było zdecydowanie nie w centrum, nie na widoku i w ogóle NIE do wyczekiwania. Czyli idealne dla mnie z dala od tych w klapkach z brudnymi nogami. Po dwudziestu minutach chciało mi się już spać, bo byłam prosto po locie z Londynu, ale nagle zobaczyłam gwiazdę. Nareszcie! Ale się ucieszyłam. Przeszłam do wyjścia gdzie kończyła się szyba i gorącym powietrzem przywitałam mamę w Katarze. Taksiarz czekał posłusznie na parkingu i pojechałyśmy do mojego mieszkania. Do teraz się zastanawiam, jakim cudem mając bilet na kozę, Agatka poleciała Lufą mając osiem kilo nadbagażu? No, ale co miała począć Pani biletowa. gdy kobieta wyciąga z torby wszystko jak leci chleb, masło, pierogi, bigos i ogórki. Biletowej już prawie nie widać i w końcu puszcza nadbagaż przekraczający wszystkie normy i burzy niemiecki porządek.


Na pożyczonym od mojej współlokatorki materacu kładziemy się spać, oczywiście na noc zapycham się ogórkami od babci i nie mogę się nacieszyć. Z samego rana obmyślamy plan działania na kolejne dni. Ja jak na złość trochę się pochorowałam i mam chrypę jakbym paliła dwie paczki klubowych dziennie. W końcu tracę głos i tyle z rozmów ze mną. Jedziemy do polskiej ambasady oddać głos na wiadomo kogo, bo w dniu wyborów mnie nie ma, a jest możliwość głosowania korespondencyjnego. W ambasadzie pracuje Monika nie trudno wywnioskować, że Polka. Monika jest żoną Sławka, i sobie mieszkają w Katarze. Kasia poznała Monię i Sławka w samolocie, potem ja poznałam Monię, Monia moją mamę, potem poznałyśmy Sławka i tak wszyscy się już znamy. Po głosowaniu na plażę, bo to rzut czapką a pogoda była idealna. Wreszcie skończyły się upały, można leżeć na plaży i robić NIC. Widok na wieżowce, zimne piwko i bajabongo. Po plaży umówiłyśmy się na souku celem wieczorka zapoznawczego i przypalenia trochę sziszy. Ja całkowicie już bez głosu, wydawałam z siebie dźwięki, które bawiły wszystkich wokoło. W domu czekały na mnie pierogi - czego chcieć więcej? Następnego dnia zaplanowałam wizytę w Muzeum Sztuki Islamskiej, moje ulubione i jedyne muzeum, które odwiedziłam w Doha. Weszłyśmy na piękne oczy, i na spokojnie odwiedzałyśmy przestronne sale z ogromną ilością eksponatów i miałam wrażenie, że oprócz nas nikogo tam nie ma. Okna muzeum wychodzą na niesamowitą panoramę katarskich drapaczy chmur. Otwieramy drzwi na taras i robimy genialne zdjęcia przy dźwiękach fontanny i lekkiego powiewu wiatru. Z przyjemnością odwiedziłam po raz kolejny to miejsce. Można by tam przychodzić i się uczyć do egzaminów, cisza i spokój.


Obiadek w tajskiej knajpce koło domu, gdzie za parę rijali można naprawdę smacznie zjeść, to strzał w dziesiątkę. Mam już swoje sprawdzone dania i dobrze wiem czego mogę się spodziewać po zamówieniu. Palce lizać, zabiorę kucharza i otworzę taką knajpę w Polsce. Czas mija nam strasznie szybko, cały czas coś się dzieje. Powoli wraca mi głos i zupełnie przypadkowo znajdujemy się na pierwszym latyno-amerykańskim festiwalu organizowanym przez katarską fundację i ministerstwo turystyki. Chorzy zostali w domu a my z mamą wzięłyśmy udział w rewelacyjnej imprezie. Wystąpił zespół z Kuby "PANCHO AMAT" i gorącej Dominikany "JOHNNY VENTURA" a muzyka wciągnęła nawet lokalne nindże, które podskakiwały, klaskały i ruszały biodrami jakby na chwilę się zapomniały, że nie wypada. Ale kto by się tam przejmował, Ambasador Dominikany wywijał na scenie jak zawodowy tancerz to czemu nindża by nie miała sobie tuptać nóżką. Rewolucja w Katarze. Jako że bez samochodu, tako też problem ze złapaniem taksówki do domu. W końcu jakiś człowiek o lekko przybrudzonej skórze nas zabrał, no i samochód miał całkiem czysty - bo ostatnio nawet karaluch ze mną jechał..bleee. Gdyby atrakcji było mało to jeszcze czekał nas wypad na pustynię, grill i kąpiele z meduzami, oraz klubowe mistrzostwa świata z udziałem Jastrzębskiego Węgla. Tak się akurat złożyło, że imprez kulturalnych w Doha było, aż nadto.


Pustynia boska. Lekki wiaterek, słoneczko a po drugiej stronie morza widać było już Arabię Saudyjską. Mama szykowała szaszłyki na mini grilla, ja z Ariadną zapychałyśmy się chlebem z serkiem topionym bo umierałyśmy z głodu. Sławek z Antonio pływali w morzu a Monia rozpalała grilla. Sałatka, chleb z piaskiem, bagietki, i trunki różnego rodzaju - i tak o to z pełnymi brzuchami leżeliśmy na wydmach. Sławka poparzyła meduza, Monia znalazła telefon i na koniec prawie wpadliśmy samochodem do morza. Zakopaliśmy się tak, że już tylko cud mógł nas uratować. I przyjechał cud zesłany chyba przez samego Allaha. Mieliśmy mokro w majtach, że auto utonie gdy zasiadł za kierownicą Arab i próbował takich akrobacji, że Monia krzyknęła na całą pustynię - Nieeee..moje auto!,  a ja modliłam się żeby nie spóźnić się do mojego więzienia. Po kropeczkach z nawigacji wracaliśmy do cywilizacji, z piaskiem między zębami i piosenką Bajmu, którą słyszeli nawet w Arabii. Ojj było wesoło.

 
Potem zmienili mi SBY na Sri Lankę i pod swoje skrzydła wzięła Agatkę, cudowna koleżanka Gosia, za co jej pragnę strasznie podziękować!!! Ale jeszcze się odwdzięczę i bigosik otworzę. Ha ha... Co się działo podczas mojej nieobecności pozostawię tajemnicą, a wiem tylko, że biegały jak szalone z meczu do tureckiej knajpki, potem na sziszę i brakowało dnia żeby się nagadać. Jak wróciłam Gosia niestety poleciała do Londynu a ja próbowałam załatwić mój nieplanowany urlop. Oczywiście odesłali mnie z kwitkiem. Na hali gdzie odbywały się mistrzostwa krzyczałyśmy JA-STRZĘ-BIE ... W półfinale spotkali się z Brazylią, gdzie czworo zawodników było w reprezentacji kraju. Co za chłopcy. Wzięłam obiektyw z zoomem i cykałam jak opętana. Emocje były jak dawniej w spodku, gdy jeździłam z klasą kibicować. Coś pięknego. Pod koniec pobytu wolne miała Kasia i pojechałyśmy do City Center pograć w kręgle, na lody i do tajskiej na kolację. Czy coś ominęłam? Pyszne zapiekanki u Moni, przebieranki w czarną jak smoła abbaję i całą masę innym opowieści, którą zostawiam mamie do opowiadania. Wrzucam post. Na zdjęcia musicie jeszcze trochę poczekać. Ale obiecuję dodać, jak tylko wrócę z Seszeli, gdzie już się dla mnie szykuje drineczek z palemką.

czwartek, 13 października 2011

RECEPTA NA KATAR

Halo, halo! Dostałam ostatnio kilka maili od moich nowych czytelników oraz tych, którzy złoszczą się, że nic nie piszę. Piszę, piszę, ale wolno. Wiadomości dotyczą pracy w Katarze, głównie w koziej linii. Czy warto decydować się na bycie stefką, jak się mieszka, żyje i egzystuje w krainie chłopów w białych disz-daszach. Z jednej strony chciałabym napisać, bierzcie nogi za pas i nie decydujcie się na stefkowanie, nigdy, nigdzie i never ever, ale z drugiej strony muszę być obiektywna. Parę dni temu dzwoniła do mnie koleżanka, z którą byłam na studiach. Wybrała się na open day do QA i przeszła kilkudniowe eliminacje. No i co teraz? Sama dobrze pamiętam tą radość, gdy z około 80 osób biorących udział w rekrutacji do końcowego etapu dostało się tylko kilka. Wszystkie dokumenty wysłane, a ja średnio orientowałam się z jakimi państwami sąsiaduje Katar. Czekałam na odpowiedź, ale sama nie wiedziałam czy chcę, żeby była pozytywna czy może lepiej żebym się nie dostała. Po około tygodniu od rekrutacji przyszedł mail z Kataru. Było niedzielne popołudnie kiedy sprawdzałam maila na kompie u Szczepana, siedziałam jak zaczarowana gdy przeczytałam gratulacje, rób badania i do zobaczenia w Doha. No i moje marzenie się spełniło, chciałam być stefką i jedną nogą byłam już w branży lotniczej.

Badania zajęły mi prawie dwa tygodnie, bo ciągle coś nowego wyskakiwało. Albo się w laboratorium pomylili i przekręcili nazwisko, albo źle wydrukowali i tak w koło Macieju. Gdy udało mi się skompletować wszystkie wyniki badań odesłałam mailem do pani o imieniu, którego nie potrafię wymówić i znowu czekałam czy wszystko będzie tak jak sobie życzą. No i było. Dostałam wiadomość, że piątego lutego wylatuję do państwa, w którym benzyna kosztuje mniej niż złotówkę. Nie powiem, że nie miałam wątpliwości czy jechać, że życie tam nie przypomina innych krajów arabskich w których mieszkałam i paliłam sziszę na ulicy. Zdecydowałam się zaryzykować, coś kosztem czegoś, ale gdybym nie spróbowała nie miałabym teraz pojęcia jak naprawę wygląda praca w najlepszych liniach lotniczych świata.

Minęło już osiem miesięcy mojej przygody z lataniem. Nie powiem, żeby była to praca moich marzeń, ale na pewno spełniam marzenia o podróżach na które nigdy nie było by mnie stać. Gdyby policzyć wszystkie noclegi w hotelach w których spałam, odległości, które pokonałam i miejsca które widziałam dzięki pracy w QA to zaoszczędziłam spokojnie kilkaset tysięcy złotych. Dla tych miejsc warto się tu trochę pomęczyć. Ryzyko było, nie znałam tu nikogo, nowi ludzie, nowe miejsce, trzeba było ogarnąć się w firmie gdzie jest się numerem i tak naprawdę jak nie Ty to ktoś inny, najlepiej z Azji, żeby cicho siedział i podporządkowywał się pod panujące tu reguły. A propos reguł. Dzisiaj przed lotem pani z groomingu uznała, że moja szminka ma odcień pomarańczu i to, że przez 3 miesiące używam tej samej pomadki nie ma znaczenia. Skończyły się upały i zaczynają wymyślać. A to rajstopy za świecące, albo kok nie jest symetryczny, no i blond włosy na rękach nie ogolone. Ale jak F1 idzie przez terminal w butach, które są o numer za duże, klapią tak że całą piętę widać to jest Ok, albo Azjatki do spodni noszą skarpetki pończochowe przed kostkę i potem siada taka na przeciwko pasażera i jeszcze zakłada nogę na nogę. Okropne. To, że kapitan miał za krótkie spodnie o dobre 5 centymetrów pominę.

Pytacie czy drugi raz zdecydowałabym się na pracę w kozie, tu bez zastanowienia odpowiem, że nie. Wszystko jest dla ludzi, ale warunki pracy i atmosfera nie jest sprzyjająca, by zostać tu dłużej niż 2-3 lata. No chyba, że jest się desperatem, Hindusem itp. i w swoim kraju nie zarobi się wystarczająco dużo, żeby w dalszym ciągu kupować torebki od Prady i masować się w każdym możliwym miejscu na ziemi. Trzeba się zastanowić po co się przyjechało? Czy na zakupy w ekskluzywnych butikach? Na imprezowanie i spotykanie się z kim popadnie, czy na niewielki tu zarobek? Można wybrać też zwiedzanie świata, tak jest w moim przypadku i mimo, że czasem nie ma możliwości zobaczenia wiele, dla chcącego nic trudnego. Niestety trzeba przygotować się na zwiedzanie solo, rzadko z kimś z załogi, prawie nigdy z kilkoma osobami. Azjaci w większości nie są zainteresowani oglądaniem, zwiedzaniem, przemieszczaniem się, i potrafią nie wychodzić z pokoju przez trzydzieści dwie godziny, zamawiając w międzyczasie room service, który nawet po zniżkach, które nam przysługują kosztuje fortunę np. w hotelu Hilton.

Teraz jak patrzę z perspektywy czasu, cieszę się, że podjęłam to ryzyko i przyjechałam do Kataru. Poznałam wielu ciekawych ludzi, nawiązałam nowe przyjaźnie i przekonałam się, że związek na odległość jest trudny ale możliwy, jeśli ma się kogoś kto chce i będzie czekał mimo nie jednej sprzeczki. Będąc tu zdobywam nowe doświadczenie, którego prawie każdy może mi pozazdrościć, poznaję kultury o których czytałam tylko w książkach i odwiedzam miejsca o których nie śniłam. Nie ma się co zastanawiać czy jechać czy nie. Oczywiście, że tak. To wy musicie przekonać się na własnej skórze jak tu jest, i jak wygląda świat stewardessy w pięciogwiazdkowej linii lotniczej. Nie będzie się podobać, nikt tutaj na siłę nie trzyma, zawsze można wrócić, ale żeby się tu dostać trzeba spełniać multum wymogów i mieć trochę szczęścia. Zatem podsumowując, nigdy nie żałowałam mojej decyzji, mimo że początki były koszmarne, cza leci tu bardzo szybko i wiem, że to była dobra decyzja. Wysyłajcie CV i przyjeżdżajcie na open day do Krakowa i Warszawy, uwierzcie w siebie i zapraszam do Kataru.

środa, 28 września 2011

BYĆ JAK F1

I nie chodzi tu niestety o formułę jeden, tylko o przeskoczenie z obsługiwania trzystu osób, do kilku w porywach kilkunastu. Czyli mówiąc prostym językiem zakończenie kariery w klasie ekonomicznej i przejście do biznes. Chociaż jak tak się teraz zastanawiam, mnie to chyba nigdy nie będzie dotyczyło, bo tak długo tu być nie planuję. Matko, w przyszłym tygodniu minie 8 miesięcy od kiedy jestem w Katarze, ale ten czas leci. No ale co ja miałam pisać...Aa..o F1. Ostatnio szykowałam się na lot do Bahrajnu, który tam i z powrotem trwa tak krótko, że powinno się tych ludzi wysyłać tam autobusem. Zarobiłam tyle, że zużycie pudru, szminki i maskary przewyższają kwotę, która pod koniec miesiąca wpadnie do mojego portfela. Nie lubię takich lotów, a żeby było śmieszniej w ekonomicznej 20 osób i 15 osób na powrót, szkoda samolotu na taką liczbę pasażerów. Za to w biznesie 11 zadzierających nosa na 12 wolnych miejsc, w tym jakiś katarski minister lecący pod pseudonimem VIP.

Cabin Senior bardzo sympatyczna dziewczyna ze Sri Lanki wymyśliła, że pomogę im w przygotowaniach i serwisie. I myślałam, że zemdleje jak jeszcze dodała, że będzie jakiś minister kanister. Zaczęłam doceniać moich łobuzów z ekonomicznej jak wróciłam spocona jak po polopirynie. Na początek składanie na pół gazet, mało kreatywne ale przynajmniej przypomniałam sobie nazwy dziesięciu gazet, które oferujemy i zerknęłam na kilka dodatkowych. Na plastikowej tacy rozłożyłam po dwie gazety o tym samym tytule a do szafki schowałam dodatkowe, żeby dołożyć to co ktoś weźmie. Pół godziny męczenia się z prasą, ale zrobione. Potem boarding, który też miałam przyjemność obsługiwać i już wtedy zdrętwiały mi wszystkie nogi i ręce. Sztuczny uśmiech i ta radość na twarzy, że jestem najszczęśliwszą kobietą na ziemi że pokazują mi boarding pass i wybrali naszą kozią linię, na ten ekstremalnie długi lot trwający 20 minut. Ekonomiczna rozlokowana, przyszedł czas na tych co pod domem mają Lamborghini lub w wersji NDD czyli Na Disz Daszę Land Cruisera. No nie powiem, żeby mnie tu i tam nie ścisnęło do tego gorące powietrze z zewnątrz, byłam ugotowana. Potem gazety i w tym samym momencie modlę się, żeby nie zapytali która to która, bo nie mam zielonego pojęcia. Gazety poszły gładko, premier nie chciał więc z głowy. Stefka F1 serwowała napoje, a ja dostałam kolejne zadanie zebrać szkło na srebrną tacę przypominająca trochę płaski koszyk. I ta myśl w głowie, żeby tylko niczego nie upuścić. Uff..na koniec daktyle i arabska kawa, gdzie ja odpowiedzialna byłam za owoce, dostałam instrukcję jak podać, z której strony itd.

Zamknęliśmy drzwi i mogłam wracać na moją stronę...Chyba nigdy nie byłam tak zestresowana. Teraz to dla mnie bułka z masłem, ale za każdym razem gdy robi się coś nowego o czym nie ma się zielonego pojęcia, można się spiąć. Dałam radę a na koniec podziękowałam CS, że dała mi szansę pomóc w biznes klasie. Zawsze to jakieś nowe doświadczenie. Ach..latanie..Jutro Bangkok, który wpadł mi ze Sby'ja a trzeciego przylatuje Mama. Prezent urodzinowy musi być!

wtorek, 27 września 2011

FRĘDZLE

Zupełnie przez przypadek dostałam we wrześniu Mediolan. Zrobiłam dziewięć bidów i pomyślałam, że warto od niechcenia machnąć jakąś europejską destynację, z braku laku wpisałam Mediolan i masz - jak się czegoś tak bardzo nie chce to się dostanie. Zaczynam wierzyć, że tak właśnie jest w moim przypadku. Bo ileż można bidować Moskwę, Singapur czy Wietnam z dniami wolnymi..ee..moja wiara w to, że zobaczę Plac Czerwony delikatnie została naruszona. Ucieszyłam się z Medio bo tato kupił bilety i postanowił się ze mną zobaczyć, jako że nie widzieliśmy się kiedy ja byłam w Polsce. Do samego końca nie byłam pewna, w którym hotelu będziemy zakwaterowani. Opcje były dwie, pierwsza to Hilton ale na wygwizdowie o którym pisałam jakoś w pierwszym miesiącu mojego latania, a druga to też Hilton ale w centrum miasta, dwie minuty drogi od głównego dworca. No i teraz już jestem specjalistą, gdy nie obsługuje się lotu do Nicei zostaje się w centrum do którego autobus wiózł nas ponad godzinę, w każdym innym przypadku pozostaje hotel w dziurze zabitej dechami przy lotnisku Malpensa. Samolot tanich linii lotniczych Wizzair ląduje na lotnisku Bergamo, skąd autobusem można dostać się na Station Centrale i tak oto zaraz po zakwaterowaniu zadzwonił tato, że już dojeżdża i mam szukać mężczyzny z zieloną parasolką. Do głównej stacji przeskakując kałuże doszłam w dosłownie dwie minuty, po opisie gdzie stoimy w końcu się znaleźliśmy. Uwielbiam to uczucie kiedy wpadam w objęcia bliskiej osoby, której tak długo nie widziałam. Na dworze strasznie duszno i kropi delikatny deszcz, ale to nie zmienia mojego dobrego humoru. W hotelu dostaję większy pokój z dwoma wielkimi łóżkami i kapciami do człapania po pokoju. Najlepsze dopiero przede mną. Tato wyciąga z torby kanapki z szynką i wierzcie mi, nie ma nic piękniejszego od świeżego chleba i smaku, który jest nie do opisania. Dosłownie pochłaniam jeszcze pachnący piekarnią chlebek, zagryzam kabanosem, aż nie mogę mówić a Tomasz chodzi po pokoju i robi zdjęcia w momencie kiedy z trudem udaje mi się przełknąć.


Wykonuję szatańskie modły, żeby przestało padać i po przepysznym śniadaniu zjeżdżamy srebrną windą na dół. Wypożyczam hotelową parasolkę, która nie przypominała parasola, a za zgubienie groziła kaucja 25 euro. Chyba już lepiej było kupić parasolnik i ciapatych na dworcu, którzy są przygotowani na każdą okoliczność i w zależności od warunków pogodowych próbują opchnąć jak nie parasol, to wachlarz albo czapkę na zimę. Pojechaliśmy metrem do centrum miasta i wtedy dowiedziałam się, że mój tato nigdy nie był w Mediolanie. No to dopiero było odkrycie. I tyle co stopa moja stanęła na placu przed ogromną katedrą, od razu zaroiło się od czarnych handlarzy frędzlami. Obrzucili mnie kolorowymi sznurkami przypominającymi mulinę i rozpoczynali swoją standardową zaczepkę w stylu: skąd jesteś, jak się masz kup ode mnie frędzel. Ani ich zignorować bo mnie obwiesili tych badziewiem, a potem będzie za mną szedł w nieskończoność. Że im się tak chce wciskać ludziom kit. Przestało padać i wyszło słoneczko. Robiłam zdjęcia i zrzucałam z siebie wisząca na mnie sznurowadła. Na lewo od głównego wejścia do Duomo, znajduje się kasa gdzie niewysoki Włoch sprzedaje bilety na dach Katedry. Wycieczkę do górę można wybrać za 10 euro windą i o cztery euracze mniej pokonując w wąskiej wieży 250 stopni. Nie ma to tamto, śmigamy schodami na górę, bo co - my nie damy rady? No i ja prawie wyzionęłam ducha jak wczłapałam się szczyt, z którego rozpościera się niesamowity widok na cały Mediolan.


Jak ktoś będzie miał czas to zdecydowanie polecam, żeby się tam udać. Naprawdę warto. Potem spacer, pyszne lody i wycieczka na stadion AC Milanu, i tutaj ostrzegam niech się nikt tam nie wybiera, nie wiedząc wcześniej jak daleko to jest od stacji metra. My nie wiedzieliśmy i miałam wrażenie, że ukończyłam maraton. Idzie się w nieskończoność, aż wreszcie pojawia się stadion, na końcu świata to mało powiedziane robimy fotografię i najgorsze, że jeszcze trzeba wrócić. Niech sprowadzą helikopter albo maszynę czasu, bo moje nogi odmawiają posłuszeństwa a taksówki tamtędy nie przejeżdżały chyba od ostatniego meczu. Wróciliśmy autobusem na gapę, po przejściu wcześniej kolejnych kilometrów, zanim odkryliśmy że pomarańczowy słupek przypominający nic jest przystankiem autobusowym. Potem Pizza z salami istne cudo i rozmowy na różne tematy, ale to już w hotelowym pokoju. Znowu zaczęło padać, ale wtedy było nam już obojętne. Dzień zaliczam do super udanych, no i najważniejsze, że na czas zwiedzania przestało padać. Lubię Włochy i Mediolan ale zdecydowanie bardziej Rzym! Na locie do Doha sami Hindusi. Nie było ani jednego Włocha z krwi i kości tak więc lot wyglądał jakbyśmy wracali z Delhi a nie z Europy, oni są wszędzie...Byle w Polsce się im za bardzo nie spodobało, bo gdzie ja biedna będę wracać.


piątek, 16 września 2011

ABU DHABI DUuuu...

 
Przyszedł czas na odwiedziny znajomych w sąsiadującym z Katarem emiratem Abu Dhabi. A wiadomo, że przyjaźnie trzeba pielęgnować, bo nie codziennie trafia się na tak super osobę jak Erika. Moja koleżanka z grupy opuściła kozie linie i przeszła do Etihadu, o którym można by pisać i pisać, głównie w samych superlatywach. Ale nie ma co robić antyreklamy mojemu ukochanemu pracodawcy. Lot około godziny i już gorące jak piasek na pustyni słońce prażyło mi w głowę. Ericzka odebrała mnie z lotniska i pojechałyśmy do niej damską taksówką. Na początku myślałam, że żartuje jak powiedziała, że jedziemy taksówką tylko dla Pań, ale ku mojemu zaskoczeniu, które trzymało mnie przez dobre kilkanaście minut za kierownicą siedziała Arabka w chuście i była naszym kierowcą. No takich cudów to ja jeszcze nie widziałam. Nawet w sklepie są osobne kasy tylko dla kobiet, przy których nigdy nie ma kolejki więc można zapłacić za zakupy z prędkością światła. To mi się podobuje bardzo, bardzo.


Po śniadaniu pojechałyśmy do Emirates Palace uznawanego za najbardziej luksusowy hotel na świecie, działający pod siecią hoteli Kempinski. Jedyne siedem gwiazdek widać już z daleka, bo przepych i luksus widać na każdym kroku. Ale z klasą, można się poczuć trochę jak w muzeum, stopy zapadają się w grubych dywanach, niewiarygodna ilość obsługi i nawet bankomat, który zamiast pieniędzy wypłaca złoto też znalazł tam swoje miejsce. Pałac robi wrażenie i to ogromne, ale chyba jednak wole małe rodzinne przytulne hoteliki z domową kuchnią. Potem obiadek w restauracji z widokiem na Abu Dhabi i małe bieganie bo sklepach w centrum handlowym. Wieczorem winko, bo w przeciwieństwie do mojego zakwaterowania, można nie tylko swobodnie kupić, ale i delektować się winem i innymi trunkami o każdej porze. Rano skoro świt, taksówka zabrała nas do najpiękniejszego meczetu w którym miałam okazję być. Już z daleka wygląda jak cud świata, a biel i kopuły przypominają Taj Mahal w Indiach. Przy wejściu dostajemy abbaję, czyli czarną sukmanę i chustę, którą musimy przywdziać i nosić przez cały czas zwiedzania. Mamy szczęście, bo akurat trafiłyśmy na przewodnika, który bezpłatnie opowie i oprowadzi nas po meczecie. No to zaczynamy...


Gorąco to mało powiedziane, czuję jak kropelki potu spływają mi po czole,  a włosy przyklejają się do chusty, która spada mi z głowy średnio co dwie minuty. Jak te Arabki w tym chodzą to ja nie wiem, kilkanaście razy się potknęłam, nadepnęłam na abbaję i umarłam z gorąca. Doceniam poświęcenie po godzinnym paradowaniu w tym czarnym jak pingwin stroju. Po dziesięciu minutach pocenia się i słuchania przewodnika, miałam już dość ale najlepsze dopiero było przed nami. Ściągnęłyśmy buty i można była zaglądnąć do środka, gdzie złoto, białe marmury i kryształowe żyrandole przeniosły nas do najpiękniejszych i najbardziej luksusowych wnętrz jakie widziałam.Przewodnik nie poradził sobie z serią pytań jakie mu zadałyśmy więc, uznałyśmy, że już nam jest niepotrzebny. W środku można siedzieć przez tydzień i nie mieć dosyć. Bardzo mi się podobało. Okazuje się, że na wybudowanie tego cuda pracował prawie cały świat. Kopuły z Indii, dywany z Tajlandii, marmury z Włoch i gdyby tak pozbierać tych wszystkich ludzi i obliczyć koszty, można by spokojnie kupić jedno państwo gdzieś w Europie. To się nazywa rozmach.


Na koniec pobytu w Abu Dhabi pojechałam do Ikei. Nie jest to może miejsce gdzie historia czy architektura powali mnie na kolana, ale za to kupiłam kilka drobiazgów, żeby mój pokój bez okna chociaż trochę stał się bardziej przytulny. Wszystko zapakowane i trzeba było się pożegnać. Szkoda, że tak krótko i trzeba wracać do Katarkowa, ale mam nadzieję, jeszcze nie raz będę miała okazję odwiedzić Abu i Erikę. A ja latam dalej. Przeszkolona jestem wreszcie na boeingi więc Brazylia, Japonia, Australia czekają, byle do kolejnego rostera a może nie będzie tak źle.