sobota, 7 grudnia 2013

HALO HALO

Nie taki diabeł straszny jak go malują, owszem na moim locie vipowskim był CEO, ale nie ode mnie tylko z OneWorld. Kamień z serca, bo tyle maili wysłali jakby miał to być najważniejszy lot w moim życiu. Panowie byli mili, niezainteresowani ani, ani, tym co się działo na pokładzie. Mówiąc krótko, taka ich rozpiska dnia przemieścić się między Dubajem a Doha i wielkiego poruszenia nie było.

W czasie drugiego już w tym roku święta nazywanego Eid (czytane id) czyli święta ofiarowania i pielgrzymki do Mekki, po długich obietnicach i marudzeniu, wreszcie odwiedził mnie mój tato. Pięć dni spędziliśmy na maksymalnych obrotach a przez to, że pół Kataru wyjechało na wakacje, nie było ani korków, ani złośliwości na drodze, był istny raj. Odkryłam piękną plażę, oddaloną od miasta około 100 km, gdzie śniadanie na kocyku smakuje niewyobrażalnie wspaniale. Jestem przygotowana jak na prawdziwy piknik z atrakcjami i bagażnikiem pełnym smakołyków. Teraz czekam na obniżkę sprzętu do grillowania i dmuchanych materacy, żeby można się było w pełni relaksować. Ale gadu, gadu materace i bajery, a przecież zima już przyszła, słońca jak na lekarstwo, owszem jest ciepło 24-28 stopni, ale na wycieczkę na plażę niekoniecznie. Zatem byle do wiosny, na początku lutego-marca powinno się robić cieplej. Tato wrócił oczarowany, tak więc pierwsza wizyta w Katarze zaliczona do udanych.


Ostatnio miałam dużo wolnego, wybrałam się do mojego ukochanego Omanu a następnie wyskoczyłam na 3 dni do Abu Dhabi odwiedzić koleżankę. Oman zachwycił mnie nie pierwszy raz, a na dodatek załapałam się na National Day. Co prawda nie jest obchodzony tak hucznie jak w Katarze czy Dubaju, ale klimat gór, zieleni i czystości godnej pozazdroszczenia pozostaje na długo w pamięci. Odwiedziłam restaurację poleconą mi kiedyś przez Stefana i niech mi się ktoś waży tam nie zaglądnąć podczas wizyty w Omanie http://www.kargeencaffe.com/en/ bez tego wyjazd jest jak to mój dziadek mawiał "rosół bez oków". W Abu Dhabi nie mogłyśmy się nagadać. trochę czasu upłynęło od naszego ostatniego spotkania, ale przyjaźń nie ulatnia się z dnia na dzień. To strasznie miłe, mieć kogoś z kim się nie widzi przez długie miesiące i nadal ma się milion tematów do poruszenia.



piątek, 25 października 2013

FIG - PIG

Plusem posiadania samochodu jest to, że można swobodnie i o każdej porze gdzieś wyruszyć. Moją ulubioną wycieczką, jest przejażdżka na drugą stronę ulicy do supermarketu. No dobra można by się przespacerować, szczególnie, że w Katarze już zima - czyli chłodniej ale nadal gorąco w ciągu dnia, ale jak już się rozpędzę z kupowaniem co mi się jeszcze przypomni..to nie doniosę. Więc prosta sprawa - jadę autem. Przejazd zajmuje mi dłużej, niż przedreptanie z laczka bo muszę objechać, zawrócić i dopiero jak hiena polować na miejsce parkingowe, bo wystarczy, że czekając na miejsce ktoś wyjedzie w inną stronę i "bęc" już ktoś mi tam wjedzie, nie patrząć na to, że ja czekam z włączonym migaczem. Awantura gwarantowana. Na nic się zdają nerwy, bo tu panuje prawo dżungli, trzeba szukać nowego miejsca. W końcu mam, z piskiem opon wjeżdżam, żeby na pewno nikt sobie na ten kawałek zębów nie ostrzył.

Nie dodałam, że jest przed ósmą w sklepie panowie w uniformach przebierają popsute pomidory i dokładają nowe warzywa i owoce. Znam trasę mojego objazdu wózkiem tak dobrze, że mogli by zgasić światło a i tak bym kupiła wszystko co potrzebuję. Wrzucam kluczyki, plastikową kartę i szmacianą torbę na zakupy do mini wózka i szusuję między regałami. Pierwszy punkt - bagietki, bo idę o zakład, że jeszcze nie gotowe. Czuję się jak u siebie bo pan od pieczywa krzyczy z końca "dzień dobry madam - bagietki jeszcze nie gotowe - 15 min madam" no dobra, mam czas na resztę zakupów. Dojeżdżam do działu owoce - pakuję banany, brzoskwinie, padam na zawał przy dziale z borówkami i stwiedzam, że przeżyję bez nich bo cena powala. Szukam fig na koktajl alewidzę brzoskwinie, cytrusy, banany, mango - fig brak. Pytam przebierającego w pomidorach pana z obsługi "do u have fig" -pig??? odpowiada. Nie pig tylko fig, taki owoc...aaa.."no madam mefi fig" no i po koktajlu.

Gorące pachnące bagietki dowiozłam do domciu. Zjadłam śniadanie z moją nową-starą współlokatorką. Nie pamiętam czy pisałam, że czekoladowa wreszcie się wyprowadziła i powróciła do mnie moja kochana Ukrainka. Zamieszania było sporo, załatwiania jeszcze więcej, i co wydawało się niemożliwe stało się realne. Znowu mieszkamy razem i wreszcie nikt nie trzaska drzwiami i nie ma problemu, że ktoś mnie odwiedza.

Dostałam też maila w związku z wielkim wydarzeniem, które szykuje się już za parę dni. A mianowicie przystępujemy do OneWorld i nie wiem czy się bardziej cieszyć czy płakać, zostałam przydzielona do obsługi lotu do Dubaju z naszym szefem na czele i super vipami, którzy przylecą do Doha na ineagurację. Mam nadzieję, że nie zemdleję albo nie poleję nikogo arabską kawą. Mogę się tylko domyślać co tam się będzie działo. Ćwiczę uśmiech numer pięć i przyszywam guziki, żeby z wrażenia nie poodpadały.

piątek, 4 października 2013

CISOWIANKA


Woda jak woda, nic dziwnego by w tym nie było, gdyby nie fakt, że ta oto woda pojawiła się w klasie biznes na locie powrotnym z Ameryki. No taka radość mnie ogarnęła, że prawie wszystkim sugerowałam spróbowanie polskiej wody gazowanej. Cisowianka, ci-so-wian-ka powtarzałam, żeby nikt nie przeoczył faktu, że mamy na pokładzie polską butlę z bąbelkami.

Ci co mnie znają, wiedzą że często opisuję swoje doświadczenia i nie zawsze są one miłe. Tym razem miarka się przebrała po stronie dziennikarzy. Dostaję dużo maili, próśb i zapytań dotyczących pracy, mieszkania w Doha itd.itd na co zawsze odpisuję. Ostatnio napisał do mnie dziennikarz jednego z polskich miesięczników, aby udzielić odpowiedzi na kilka pytań, materiał dotyczył pracy w liniach lotniczych. Pytania rozbudowane jak kalkulator matematyczny, no ale dałam radę - odpowiedział najbardziej szczegółowo jak się dało i czekałam na przesłanie tekstu do akceptacji. Niestety poziom tekstu wystrzelił mnie w orbitę, i wyciągnięte z kontekstu zdania nie miały w ogóle odniesienia do tego o co pytał szanowny dziennikarz. Naniosłam poprawki, wysłałam i czekałam na odpowiedź, która owszem nadeszła z kilkudniowym opóźnieniem i żenującymi zmianami pojedynczych wyrazów. Tekstu nie zaakceptowałam.Była nieprzyjemna wymiana maili pod koniec - mam nauczkę na przyszłość.

Tydzień po incydencie z dziennikarzem nr 1 i kiedy moja bezgranicznej wiara w ludzi i ich umiejętności podupadła, otrzymuję maila od Pani niewiadomo skąd - wiadomo jednak, że jest dziennikarką, jak wynika z treści maila. Od razu przechodzi na "Ty" bo to chyba teraz modne i bez ładu i składu oznajmia, że przygotowuje materiał o pracy stewardessy. "Jeśli jesteś zainteresowana, czekam na kontakt". Odpisuję prosząc o dodatkowe informacje, po których będą mogła uznać czy jestem zainteresowana bądź nie. Jest odpowiedź! " Chodzi mi o informacje dotyczące szczegółów pracy stewardessy m.in. jakie warunki trzeba spełnić, żeby zostać stewardessą, czy to ciężka praca, na czym dokładnie polega i zarobki". Szczególnie zachwyciło mnie ostatnie pytanie - może powinnam też podać rozmiar buta i numer konta bankowego? No ale brniemy dalej w wymianie mailowej. Odpisuję i proszę o podobanie proponowanego wynagrodzenia za udzielenie informacji i odpowiedź na pytania. Znając już odpowiedź pana numer 1 - "w tej gazecie właściciele nie zapewniali wynagrodzeń dla naszych rozmówców. Dotyczyło to także znanych artystów, z którymi były przeprowadzane długie wywiady + duże zdjęcia okładkowe (m.in.Krzysztof Krawczyk, Czesław Mozil, Paweł Kukiz, Muniek Staszczyk i Tadeusz Drozda) spodziewałam się podobnej odpowiedzi. Oto ona: "Nie stosujemy takich praktyk, jeśli nie wchodzi w grę rozmowa "za darmo", to bardzo dziękuję za poświęcony mi czas i pomoc".

Za darmo umarło. Podziękowałam i uznałam, że na żadne maile tego typu nie będę więcej odpowiadać. Po ostatnich przejściach z pierwszym Panem i przewracaniem kota ogonem, robię sobie przerwę. Co za dużo to niezdrowo.

sobota, 7 września 2013

NOGAWICZKI

Wracając do Kataru miałam szczęście siedzieć koło Dżamala z Jordanii, którego serdecznie pozdrawiam. Nie pamiętam kiedy minął lot, bo całą drogę rozmawialiśmy na milion najróżniejszych tematów. Dżamal mówi bezbłędnie i obłędnie po polsku, więc już w ogóle byłam niesamowicie zaskoczona. Studiował, mieszkał, pracował w Polsce przez wiele lat i opowiadał jak to było jak przyjechał do Polski naście lat temu. Zimno, ponuro, nikogo nie znał, uczył się trudnego dla obcokrajowca języka i chciał sobie kupić skarpetki. Znał tylko słowo rękawiczki, a skarpetki po arabsku niestety nie brzmiały podobnie. Drogą skojarzeń poszedł do sklepu i powiedział "poproszę nogawiczki" strasznie mnie ta historia rozbawiła, bo w końcu skoro rękawiczki to dlaczego nie nogawiczki?

Sektor usług w Doha jest na poziomie -5 o czym wiemy nie od dziś. Nie raz spotkałam się z tym, że nie mogę czegoś załatwić, albo wręcz udaje mi się to niezwykle łatwo, bo zasady i logika tu właściwie nie istenieją. Na przykład wczoraj wybrałam się na masaż do pobliskiego hotelu. Rezerwację miałam na godzinę dziesiątą, przyszłam parę minut wcześniej. Kazano oczekiwać. Usiadłam na fotelu, przeglądałam kolorowe czasopisma..parę minut po dziesiątej przyszła Pani z kraju na F. i podała mi ankietę do wypełnienia. Co mnie boli, gdzie mnie boli, czy mam jakieś schorzenia, uczulenia itp. wypełniłam, no i dalej czekam. W końcu coś się ruszyło i weszłam do przebieralni, dostałam ręcznik i wskazano mi kabinę w której mam wziąć prysznic przez masażem. Deszczownica prysnęła, aż odskoczyłam wrzątek leci, kurki odpadają, za chwilę lodowata woda, no nie spłuczę się w takich warunkach. Po dziesiąciu minutach walki z prysznicem i temperaturą wody, ubrałam szlafrok i podreptałam w moim mokrych klapeczkach za Panią, pozostawiając ślady na podłodze. Była godzina 10:25 zaczynamy mój 1,5 godzinny relaksujący masaż z olejkami, fiku miku jak obiecał człowiek z którym telefonicznie umawiałam się na to niesamowite doznanie. Pani z kraju na F. chyba sama nie wiedziała co się dzieje, bo masaż nie przypominał niczego. Zła byłam już po kilku minutach, okryta ręcznikiem z basenu z poszarpanymi bokami i wyjątkowo nie znającą się na podstawach masażu Panią. Dobra zaraz znowu ktoś mi będzie mówił, że Ci ludzie mało zarabiają, że to ich jedyny dochód i że znowu wymyślam i wyolbrzymiam, ale otóż co było dalej. Pani wcierała olejek w stopy, następnie włosy i na końcu w moją twarz. Z olejkiem ze stóp na twarzy wyszłam do przebieralni po swoje bibeloty, patrzę na zegarek a tam 11:03. Myślę sobie hola, hola ktoś tu ma inne poczucie czasu, albo coś tu jest nie tak. Lekko zła wychodzę do recepcji i Pani z półuśmiechem podaje mi rachunek na prawie 400 złotych za 60 min.masażu. Oczom nie wierze. Pytam gdzie było to 60 minut bo chyba mamy źle zsynchronizowane zegarki? Pani z kraju na F. odpowiada "Meeeem jor apojment is et 10" Bez komentarza.

Wracając z Londynu na pokładzie VIPy w pierwszej klasie, plus dodatkowo kilka w biznesie, bo się w pierwszej nie wszyscy zmieścili. Ważne osobistości, a w dodatku bliscy znajomi, przyjaciele itd. naszego szefa. O zgrozo, lepiej nie popełnić żadnej gafy, bo będą ścinać głowy. Strach ma wielkie oczy, bo pasażerowie byli przesympatyczni, owszem wymagający, ale zupełnie normalni w porównaniu do naszych wyobrażeń opartych na innych lotach z VIPami. Wylądowaliśmy w Katarze, patrzę przez małe okrągłe okno, a tam w szeregu jak na szachownicy ustawiło się 12 BMW, które blokując pół lotniska oczekiwały na pasażerów z pierwszej klasy. Rzadko spotyka się taki widok. Owszem często pasażerowie wybierają opcję przejazdu BMW do samolotu a nie autobusem, ale czegoś takiego to ja jeszcze nie widziałam. "Świetną" organizacja trwała tak długo, że autobusy z biznes klasą nie mogły przejechać, bo BMW blokowały ruch. Taka sytuacja.

Na urlopie mogłam wreszcie trochę pokoncertować. Zabierałam moje skrzypce dosłownie wszędzie. Moje lekcje nie poszły w las a nawet załapałam sie na małą sesję zdjęciową u Jaśków. Nuty przyklejone taśmą klejącą do szybki, smyczek nasmarowany kalafonią i rozbrzmiały "Cztery pory roku" Vivaldiego. Dziękuję bardzo, bardzo było cudownie. Szykuję już repertuar na grudzień. Do zobaczenia!



niedziela, 25 sierpnia 2013

SAUNA

Skończyło się urlopowanie zaczęła się praca. I od razu z rozpędu się na locie rozchorowałam do tego stopnia, że widziałam podwozie samolotu klęcząc w toalecie. Na szczęście nie wezwali karetki, ale nie wiele brakowało, a kapitan odwiózł mnie do domu. Może się człowiek wykończyć gdy na zewnątrz taka wilgotność, że w saunie się człowiek tak nie wypoci jak my wczoraj na pokładzie. Cztery sektory do obsłużenia. Nie było gdzie szpilki włożyć, maksymalne obłożenie na wszystkich odcinach, VVIP, VIP, podjeżdżały białe BMW jeden za drugim. Na ostatnim rejsie zeszło ze mnie już powietrze i gadyby nie przełożony pokładu to bym padła z wycieńczenia. Fakt nie jadłam za dużo i nie piłam, wiem że trudno w to uwierzyć ale nie było czasu. Dwanaście godzin na nogach na maksymalnych obrotach, usiąść można było tylko na start i lądowanie i to tego ta temperatura, która jest nie do wytrzymania. W samolocie wyłączone zasilanie, więc nawet klimy nie było, pasażerowie wściekli, z nas się leje strumieniami, wyglądamy na trzecim locie jak szczury które wpadły do basenu. Na czwartym ostatnim odcinku podziękowałam i trzymając się blatów, żeby się nie przewrócić obsługiwałam kuchnię nie wychodząc już w takim stanie do kabiny. Zaczęło się słabo, dzisiaj odpoczywam, zgrywam zdjęcia z wakacji, nie czuję się jeszcze wspaniale więc dzisiaj będzie odpoczywanie.

Jest nowy grafik, dużo wolnego, szykuje się kilka ciekawych wyjazdów, ślub cywilny przyjaciółki w Dublinie i w przyszłym roku wesele w Meksyku - poszukję osoby towarzyszącej na kwiecień ktoś chętny?

piątek, 26 lipca 2013

RAZ, DWA, TRZY.

Ten tydzień minął pod hasłem - Warszawa. Mało tego, że w tak krótkim czasie byłam tam dwa razy, to jeszcze z tą samą dziewczyną z załogi. Przy otwieraniu drzwi na Okęciu, obsługa naziemna prawie zemdlała. Wyglądało to jakbyśmy tylko My tam latały. Wysiadając z tuby, przeszliśmy kontrolę paszportową i dalej podreptaliśmy do punktu odbioru bagażu. W międzyczasie zrobiło się małe zamieszanie na schodach ruchomych, przed którymi Pani z Goa, w eleganckim sari, zapiera się rękami i nogami, rodzina ją popycha a ona nie ma ochoty wejść na schody ruchome. Ze strachu cała się trzęsie, kropka i kreska na czole się prawie rozmazała z nerw i to był czas na superbohatera. Podchodzę do rodzinki, która de facto z nami leciała odsuwa się dziadek w białych spodniach i białej półkoszuli - półmarynarce ubrudzonej w czasie lotu niemiłosiernie. Siwa broda i wąsik lekko podkręcony u dziadka zawsze kusi żeby pociągnąć i sprawdzić czy prawdziwa. Do tego biały turban na głowie i tobołki. Obok syn dziadka w czarnym turbanie i raczej ubrany na ciemno, no i jest jeszcze babcia (matka dziadka) od ilości zmarszczek nie było jej już prawie oczu widać, ważyła na oko z 35-40 kilo, drobna babuleńka w pięknym sari no i z tobołkiem. Prababcia od razu wskoczyła na schody ruchome, nie zastanawiając się ani chwili. Nastała konsternacja, babcia już prawie płacze, przecisnęłam się przed rodzinkę i pytam:
- z mężem, synem z mamą Pani nie chce, a ze mną Pani pojedzie?
- TAK krzyknęła głośno, ściskając mnie za rękę tak mocno, że chciałam powiedzieć "ała".
- no to jedziemy, na raz, dwa, trzy wejdziemy na schodu i pojedziemy na dół, to nic strasznego - RAZ, DWA, TRZY... babcia dostała trzęsawki ale szczęśliwa, że jedziemy. Gotowa już do przejęcia tobołków, ale ja mówie:
- Nie, nie , nie jeszcze jedne schody. I znowu RAZ, DWA, TRZY ostatni odcinek prawie pokonany. Babcia mówi:
- bo ja pierwszy raz jadę takimi schodami i się potwornie boję
- ale nie ma czego, teraz już jest pani przeszkolona i z innymi schodami nie powinno być żadnego problemu, a co Wy tu w Polsce robicie?
- przyjechaliśmy na ślub mojej córki..
- ooo...to wszystkiego najlepszego, zobaczycie jak wygląda prawdziwe polskie wesele.
Dojechaliśmy na dół, pani była tak szczęśliwa, że ją ocaliłam od wciągnięcia przez schody ruchome, że jakby mogła to by mi serce oddała. Ścisnęła mocno moją dłoń i cała rodzina radośnie pomachała całej naszej załodze na do widzenia. Na ślub córki..to ci dopiero.

 W stolicy spotkanie z Jackami, dostałam znowu pyszne pierożki, uszy się trzęsą, aż do teraz bo są domowe, robione z sercem i do tego do wyboru do koloru. Z fetą i szpinakiem, ruskie, z kapustą z owocami jakie tylko dusza zapragnie.

W drodze powrotnej mieliśmy na pokładzie celebrytkę, podróżniczkę i tak jak się cieszyłam, że z nami leci, tak później miałam bardzo mieszane uczucia. W ogóle nie chciała z nami rozmawiać, w czasie serwisu nie chciała nawet odpowiedzieć na pytanie koleżanki co jej podać, wszystko przekazywała przez osobę siedzącą obok niej. Dziwne uczucie jak się kogoś pytasz co podać do jedzenia, potem co do picia a osoba nie patrząc nawet w Twoją stronę mówi coś do kolegi i on składa zamówienie. Może się obraziła, że nikt nie poszedł po autograf? Chcieliśmy sobie zrobić zdjęcie na koniec, żeby nie robić przedstawienia na początku, ale zrezygnowałyśmy z takiego pomysłu. No cóż, jednak nie każdy jest taki fajowski jak kreują go media. A szkoda...