wtorek, 20 grudnia 2011

SUSHI, KIMONO I CIEPŁO W PUPCIĘ - JAPONIA

No i zasiadłam do pisania. Leżę na łóżku opatulona w mój pasiasty szlafrok, pod warstwą powiedzmy, że ciepłej kołdry z brzuchem pełnym od kanapek z wiejską kiełbaską, jasna sprawa, że przytachaną z Polski. Taka mnie dzisiaj z rana naszła ochota na królewskie śniadanie, a że mam wolne to się nie zmarnuje, bo lokalasowym kotom nawet skórki nie rzucę, tak kotów nie znoszę. Głos w komórce mam wyciszony, żeby się skupić i nie pominąć żadnych wątków a będzie ich kilka. Wyświetlacz mruga jak lampki na choince i kumuluje nieodebrane połączenia, od nieznanego mi bliżej numeru i tak dobiło już do 43 połączeń. Ja udając, że śpię co powinnam teraz czynić, ignoruję mruganie i myślę sobie co za wytrwałość. Mój numer zna tak niewiele osób, że moja książka telefoniczna nie przekracza 20 wpisów z czego połowa to prywatne taksówki. Spora część to Hindusi o fikuśnych imionach więc wpisuję ich po mojemu np. "taxi ładnie pachnie", "taxi ok", "taxi Rysiek", "taxi czysto". Na korporację KARWA nie można liczyć. Dzwoniąc dzisiaj, przyjedzie najwcześniej jutro, albo ewentualnie jak nie mają miliona zgłoszeń, za minimum 3 godziny. No i teraz myślę, kto tak wydzwania, pojawia się jeszcze inny numer, ale już mniej wytrwały, po 4 połączeniach kończy próbę - jaka szkoda.

Znowu miesiące spędzone na bidowaniu, aż się trafiła Japonia. Nawet całkiem długa, bo w międzyczasie trzeba wyskoczyć do Tokio, tam i powrót niestety i to burzy cały wypoczynek. Dziewięć godzin w jedną stronę i jedenaście i pół w drugą, nocny lot, wyspać się nie można, bo jak oszukać organizm, który spał całą noc i w dzień spać nie chce, a musi. No i tak musiał, że na locie ziewałam jak opętana, znowu dostałam pozycję "kuchnia" czyli kręgosłup do wymiany. Ciężkie te wszystkie skrzynie, jakbym głazy przenosiła nad morzem a do pomocy nikogo. Już od briefingu wiedziałam, że będzie bubel. Same Azjatki, skośnookie mimozy, które nawet kanapkę z bułki kajzerki jedzą pałeczkami. Udają, że są miłe, tutujutu a potem między sobą coś cinkciarzują. Wypinały się pompowały jak ponton na Dębowej i gwiazdorzyły, jakby zjadły resztki swojego małego móżdżku. Niech ja trafię taką na europejskim locie, głupie wredne i brzydkie. Paplały przez dziewięć godzin non-stop - brzdęk nie język, ryż nie oczy. Z nudów przetłumaczyłam menu z arabskiego na polski i nauczyłam się nowych słówek. Zawsze to lepsze, niż siedzenie bezczynne i pokazywanie co chwilę, jak się otwiera Wujka Cześka.

Załogę miałam do bani, pasażerowie w dużej mierze Japońcy, a już przed lotem CSD trąbiła, żeby im nie podpaść. Mali, bez wyrazu, w hotelowym klapkach-cichobiegach na stopach (czasami śmierdzących), siedzą i obserwują. Jak coś chcą to albo sami przyjdą, robiąc po drodze kilka stacji ze ścieżki zdrowia, rozciąganie, wyginanie, skłony itp., albo nacisną guzik, albo nacisną przez pomyłkę i przepraszają przez pół lotu kłaniając się w pas. Ale jak coś im się nie spodoba, to też będą słać pokłony, a z domu paluszkami nasmarują skargę, na poziomie High Tech. Generalnie rzecz ujmując wnerwiający na dłuższą metę, przepraszają za to, że stoją, że siedzą, za to że czekają na toaletę i te ich pojękiwania..aaaa..aa.aa. yyiii okok..pokłony, pokłony, pokłony a mi po głowie chodzi tylko, czy czegoś pod dynią nie kombinują. Już beduinów z pustyni bym mniej podejrzewała, że wykręcą jakiś numer niż żółtków. Mogłabym się przyczepić, że noszą za krótkie spodnie, ale niech im będzie. Lot jakoś przebolałam, ale był jednym z gorszych i aż mi się smutno zrobiło, że nie ma do kogo się odezwać. Hotel jak to hotel, nie ma co się rozpisywać. Za frytki był internet, więc ściągnęłam przy okazji kilka filmów.

Zmęczenie po locie dało w kość i nie przeszkadzała mi nawet różnica czasu, żeby zasnąć na życzenie. Obudziłam się na parę godzin przed zbiórką i tak sobie w łóżku przebimbałam. Potem kaaaaawał drogi na lotnisko i godzinny lot do Tokio i z powrotem do Osaki. Pomalowałam usta czerwoną szminką i uznałam, że się skośną mafią przejmować nie będę. No i wylądowaliśmy w Tokio, czekamy na nowych pasażerów aż się odnajdą w tubie na ponad 300 osób i zlokalizują swoje siedzenie na kolejne naście godzin. I tak sobie stoję w pełnym uniformie, w czapce z kozą i nagle patrzę a tu M. stoi przede mną i oczom nie wierzę. M.poznałam na locie do Frankfurtu, jakoś na początku mojego latania ( też pisze bloga, mieszka w Doha i jest polskim ziomkiem), to uczucie kiedy niespodziewanie spotyka się kogoś znajomego i w myślach krąży powiedzenie, ale ten świat mały - bezcenne. Prawie się posikałam z radości, że wreszcie mogłam powiedzieć skośnym sajonara. Przytuliłam "Politykę" i mój krótki lot zleciał tak szybko, że nie zdążyłam dobrze butów przebrać i już lądowanie. Strasznie miło mi się wtedy zrobiło, bo cierpieniach i koszmarnym humorze z dnia poprzedniego, cudowna niespodzianka.

Następnego dnia rano zadzwonił budzik. Sama się zaskoczyłam, że nastawiłam go tak wcześnie i chyba pierwszy raz w życiu nacisnęłam guzik "drzemka". Dodatkowe dwadzieścia minut potrafi czynić cuda i zamiast busa o ósmej, pojechałam o dziewiątej trzydzieści do Osaka Station. Z mapą metra, keszem i aparatem, wystartowałam na zwiedzanie. Za pierwszy punkt wycieczki przyjęłam japoński zamek, zwany złotym. Położony kilka stacji naziemnym metrem od miejsca, gdzie dowiózł mnie hotelowy shuttle bus. Pokręciłam się, aż znalazłam odpowiednią linię kolejki i opanowałam kupno biletu w automacie z japońskimi znaczkami. Nie było to takie trudne jak w Hong-Kongu, gdzie już przy biletomacie odechciało mi się zwiedzania. Przeszłam bramki, upewniam się na mojej kieszonkowej mapie czy aby na pewno dobrze idę i nie czekając więcej jak pół minuty wsiadam do metra. Usiadłam na welurowych siedziskach i nie mogłam uwierzyć, że o to sobie jadę japońskim metrem z Japończykami czytającymi gazety i wyglądają dokładnie tak jak sobie wyobrażałam. Koszule, garniaki dopasowane na styk, przykrótkie spodnie, rozczochrane, czarne jak heban włosy, przykrywające trochę uszy i wpadające w oczy. Teczka pod pachą, laptok i komóreczka z wyższej półki. Monitoruję stacje, żeby nie pojechać za daleko. No i jestem. Doskonale oznaczony każdy punkt, metro, toalety, zwiedzanie i coś tam jeszcze, no to spacerkiem udaję się w stronę zamku. Do Wawelu to mu daleko, oj daleko, ale nie każda budowla obronna musi tak samo wyglądać. No i faktycznie nie wygląda, Przypomina bardziej pensjonat w górach, ale ma to swój urok. Piękny ogród, ludzie z małymi psami, spacerują obok i się czasem uśmiechają. Przechodzę fosę i schodkami wdrapuję na kolejną kondygnację. Potem druga fosa - a to ciekawe, do tego jakie kreatywne, i jestem u stóp zamku z błyszczącymi złotymi elementami. Poszukałam kogoś do fotki, która stała się jedyną, którą mam z Japonii. Widziałam przygotowania do ślubu ( tak przynajmniej to wyglądało ) i pannę młodą z wielkim białym rondem wokoło głowy, coś a'la kobieta kokon. I jak na prawdziwego przewodnika przystało, nie wraca się tą samą drogę, więc poszukałam podziemnego metra i ruszyłam do centrum NAMBA.


Przesiadka na inną linię nie sprawiła mi żadnych trudności, podróżowanie w Japonii to sama przyjemność. I rachu ciachu, znalazłam się w zatłoczonej dzielnicy, której ulice były tematyczne. Zaczęłam od restauracji, wtedy jeszcze nie wiedziałam, że będą tematyczne, zorientowałam się dopiero, gdy weszłam w ulicę gdzie można było tylko grać. Głośna muzyka, porównać ją mogę z przyjazdem karuzeli, po dziesięciu minutach można oszaleć. Maszyny, automaty z pokemonami, jednoręcy bandyci, a ma się wrażenie, że nic innego się w Osace nie robi, oprócz uprawiania hazardu. Była to już któraś godzina mojego spacerowania, i nogi powoli wchodziły mi tam gdzie kończą się plecy. Ulice ciuchów, butów, książek, ubranek dla psów, kaset, kosmetyków - wszystkiego, nie ogarniałam już pod koniec. Widziałam kobiety w kimonie i setki dziewczyn przypominające lalki, albo sklepowe manekiny. Takie cuda to tylko tu. No i najprzyjemniejsza część Japonii, to podgrzewane sedesy. Włącznik on/off i można dumać. Też chcę taki! Layover cudowny, lot koszmarny równowaga w naturze musi być. Jeśli tylko nadarzy się okazja, lecę znowu - mam jeszcze sporo do zobaczenia.


P.S. Próbowaliście kiedyś batona Kit-Kat zielona herbata? Polecam!


poniedziałek, 12 grudnia 2011

2 TYGODNIE DO ŚWIĄT



Radość wielka, bo odwiedziłam Szwajcarię. Super drogą, chyba nie muszę dodawać. Atmosferę świąt czuć i słychać na każdym kroku i nawet załapałam się na śpiewanie kolęd i grzane winko, za którym specjalnie nie przepadam. Były pieczone kasztany, świąteczne budy z duperelami, ale co tu owijać w bawełnę, nasz krakowski jarmark podoba mi się sto razy bardziej. W tym roku niestety byłam w Polsce za wcześnie, także nie zobaczę choinki i nie zjem kiełbachy z musztardą.

W Doha święta można powiedzieć, że też pełną parą. Choć nie rozumiem dlaczego, przecież to Boże Narodzenie, a kto się im rodzi? W sklepach szał, można kupić choinki, wszystkie możliwe dekoracje i przesłuchać kolęd podczas zakupów w Carrefourze. Magia świąt z Zatoce Perskiej. Brakuje tylko Kevina, a podobno polsat się w tym roku nie popisał i Kevina nie będzie. Tak samo jak nie ma reklamy z ciężarówką coca-coli? Oprócz świątecznej atmosfery w Doha, Katarczycy przygotowują dekorację na Narodowy Dzień, przypadający na 18 grudnia. Wszędzie rozwieszono flagi, trybuny z plastikowymi ławeczkami przy głównej ulicy. Ma być parada a widownia będzie klaskać. Samochody obklejone flagami i wizerunkiem emira. No jaka szkoda, że będę wtedy w Japonii...

No i z ciekawostek to tyle. Szykuję się powoli na urlop do Tajlandii, będę leżeć brzuchem do góry i korzystać z wakacji. Zaraz wskakuję w uniform i ruszam do Jemenu. Tam i powrót,  potem 2 dni wolnego. Co by tu robić? Jakieś propozycje?

niedziela, 4 grudnia 2011

MIKOŁAJKI


Kto nie był, niech żałuje. Z okazji mikołaja, zbliżających się świąt i tego, że większość z nas będzie gdzieś w rozjazdach, Monia i Sław zorganizowali mikołajki. I jak na imprezę z prawdziwego zdarzenia przystało, był mikołaj, prezenty i przepyszny szwedzki stół, który uginał się od dań, dzielnie przez wszystkich przygotowanych. Muszę przyznać, że goście podeszli do tematu pierwsza klasa, i cała impreza była fantastyczna. Pierogi, kurczak po grecku, jajka faszerowane, świeżo pieczony chleb i oczywiście barszcz z uszkami, to tylko niektóre z dań, które gościły na stole.Był czerwony worek z prezentami i żywy mikołaj z Syrii, dlatego proszę się nie dziwić jak kolor skóry nie będzie się zgadzać z tym lapońskim. Tańce grupowe, długie rozmowy i zabawy helikopterami aż szkoda było wracać do domu. Oby więcej takich imprez. Towarzystwo wyborowe, aż serce ściska, że potrafimy się tak świetnie zorganizować. Dziękuję kochani za wspaniałe mikołajki, oczywista sprawa wrzucam kilka zdjęć.


środa, 30 listopada 2011

OBSERWACJE

Mało ostatnio pisałam o moich jakże bogatych spostrzeżeniach. Takie tam na przykład, że Indusi noszą za małe klapki na koturnach, że Irańczycy mają sygnety na palcach i o Tych z Pakistanu co uśmiechają się za każdym razem jak przechadzam się po samolocie. Aa..o locie do Pakistanu to później. Muszę się ogarnąć, bo zaraz wszystko zapomnę. Jest piąta rano czasu Doha. Wróciłam z Shanghaju, gdzie przespałam z przerwą na siku 26 godzin. Nie wysunęłam nogi spod kołdry, zwiedziłam nic i mój żołądek też pogodził się z faktem, że zje tylko hormonalna pigułę, gdzieś koło wieczora i to będzie na tyle. Jeszcze nigdy w życiu tak długo nie spałam, a szkoda mi było, bo to był mój bidowany lot. Na czole od tej pierońskiej czapki pojawiają mi się ciągle jakieś niedoskonałości i postanowiłam, że wybiorę się do dermatologa, w pierwszy wolny dzień. Niestety, muszę jechać też do biura i znowu będzie problem w co się ubrać, bo abbaji jeszcze szczęśliwą posiadaczką nie jestem.


Także Shanghaju nie zwiedziłam, za to wyspałam się na tydzień do przodu, i nadal przecieram oczy ze zdumienia jak dokonałam mojego życiowego rekordu w spaniu. Na godzinę przed pobudką myślałam, że jakaś rewolucja się szykuje, bo zaczęły się jakieś krzyki, hałasy za oknem. Za dobrze mi się leżało, żeby podnieść tyłek i zobaczyć co się tam dzieje, a coś tam ktoś sobie najprawdopodobniej świętował i z tej radości puścili w niebo dużą ilość sztucznych ogni. A niech im będzie, do sylwestra jeszcze trochę. Na locie do Chin, mało Chińczyków, za to dużo ciemnoskórych, dobrze nakarmionych chłopów z paszportem z Nigerii, jak się mogę domyślać. Jednemu się niechcący na mnie syknęło, ale dostał szybką strzałę słowną, że nie życzę sobie sykania i potem już spokój był przez cały lot. Jak się jakiś Chińczyk przewinie, to od razu zakłada papucie, najczęściej w postaci hotelowych klapeczek, albo japonek, nie wiem dlaczego nie mówi się chinek. Piją dużo gorącej wody, zwykłej, niczym nie nasączonej, też dziwne. I spacerują ciągle, gdzieś się pałętają między wózkami i termosami z herbatą. Lubią się też gimnastykować, albo mówić coś po swojemu w pełni myśląc, że ich rozumiem, bo przecież jak Chinka wyglądam na kilometr.

Moje ulubione to jednak otwieranie drzwi i poszukiwanie klamki, aby wejść to toalety. Na harmonijkowych drzwiach ślepy by przeczytał napis PUSH, ale jednak można mieć kłopot. Widziałam już wszystkie możliwe próby otwarcia drzwi. 1. Na zapalniczke : czyli otwieramy przymocowany do drzwi pojemnik z namalowanym papierosem i ciągniemy, aż się popielniczka urywa. 2. Na macanie, czyli obmacujemy całą ścianę, pomijając drzwi i wzrokiem błądzącym za rozumem szukają odpowiedzi, gdzie jest toaleta. 3. Na skróty, czyli pytają DABYLJUCI - brzmi to dziwnie i nie wiemy o co chodzi, bo mówią niewyraźnie. 4. Na majstrowanie, czyli oprócz popielniczki, idzie w ruch także znak, że zajęte albo wolne, i naklejki PUSH. Niektórzy mają zwyczaj nie zamykania drzwi, i nie spuszczania wody, brania prysznica w łazieneczce 1x1 metr, a także rzucania na ziemię i pchania w każdą wolną szczelinę, a wszystkiego co w łazience znaleźć można. Pożyczają sobie odświeżacz powietrza, który traktują jako perfumy i inne takie. \

Na locie do Pakistanu, połowę samolotu zakwalifikowałam pod dobrze znaną wszystkim organizację. Jakby tyle co z gór zeszli i paczki niespodzianki mieli podłożyć pod każdy fotel. Z tatuażami półksiężyca i gwiazdy na dłoniach, z brodami i beretami. Na tym locie mamy naszego człowieka, inżyniera który patrzy jak wkładają cargo, czy tam czegoś dodatkowego nie pakują. Lotnisko strach się bać, ma się wrażenie, że jesteśmy jedyną odważną linią, która tam lata. Już na płycie przy samolocie zaczęło się rozdawanie gadżetów porwanych z samolotu z obsługą. Paranoja. Ale ludzie mimo wyglądu i lekkiego fanatyzmu w oczach, bardzo mili, sympatyczni, co najważniejsze grzeczni. Siedzieli w pasach zapięci, nie trzeba było jak łosiom sto razy mówić, żeby siedzenie w górę, żeby okno odsłonić a to a tamto. Porządek był, plusik dla Pakistanu. Bezproblemowi, uśmiechnięci - tylko jakimś cudem jedna flaszka wódki zniknęła i się nie znalazła. Bidny ten co ją wziął, bo na teren P. żadnego alkoholu wwozić nie wolno. Popakowani jak Rumuny w reklamówki, szmaty, worki i prześcieradła. Ale pozytywni, takie loty są tysiąc razy lepsze niż z Indusami, blee..

A teraz jest już wieczorem i rano lecę do Luksoru, więc czas zwijać interes, zamykać kompa i szykować się do lotu. Mam nadzieję, że nie będzie pełny, ale znając życie, będzie super full. W piątek impreza mikołajkowa u Moni i Sława, już się nie mogę doczekać. Robię sałatkę jarzynową, bo każdy oprócz prezentów przynosi także coś do jedzenia. Przyjechała wreszcie Justyna z którą byłam na studiach i zaczęła dwa miesiące nudnego treningu. Także wszystko powoli się kręci, aa..no i nie jestem już blondynką, ale o tym może innym razem. Pozdrawiam - buziaki.

piątek, 25 listopada 2011

PIERWSZY URLOP

Kentucky czyli moje rodzinne miasto, które nazywamy tak, odkąd pamiętam, nic się nie zmieniło. A raczej pogorszyło. Kiedyś psy d... szczekały, teraz nie ma już nawet psów. Szaro, buro, a znajomych można spotkać tylko na FB. Smutne miasteczko, ze smutnymi ludźmi i dziurami w drodze, których już nikt nie łata, bo idzie zima i od nowa zabawa z naprawianiem drogi się zacznie. Mój pobyt w Polsce zaczęłam od wizyty w Krakowie. Miało być pięknie, a było trochę smutno. Misja specjalna z którą przybyłam, zakończyła się porażką i do tej pory trudno mi to sobie wszystko poukładać. Byłam w kinie na "Listy do M." i to nawet dwa razy, bo warto a dawno nie widziałam tak dobrej polskiej produkcji. Zajadałam się pierogami, i kaczką u Cioci a i ogórkowa na życzenie u Babci była. O dziwo, waga stoi w tym samym miejscu. Fajnie jest być w domu, szkoda tylko że tak krótko. A teraz idę spać, bo wieczorem lecę do Pakistanu. Grafik na grudzień już się pojawił i na pewno święta spędzę na Sbyju a sylwester w Doha. Mam nadzieję, że coś europejskiego mi wrzucą w ten wigilijny wieczór. Pierwszy raz nie będzie mnie w Polsce, aj tyle się zmienia a nie o wszystkim mogę tu napisać. Dziękuję wszystkim, którzy są ze mną w trudnych chwilach. Wiem, że wszystko się ułoży, ale potrzeba mi więcej wiary w lepsze jutro.

środa, 16 listopada 2011

DOH - FRA - KRK

Wreszcie nadszedł czas, żeby wymienić paszport. I tym sposobem jadę do Polski na całe, nieoszukane siedem dni. Zaczynam od Krakowa i mam nadzieję, że świąteczne budy na rynku są już rozłożone, bo oscypek i kiełbaska z musztardą muszą być obowiązkowo skonsumowane. Ojj już się nie mogę doczekać, spakowałam już walizkę, przygotowałam najpotrzebniejsze rzeczy no i dzisiaj w nocy lot do Ahmadabadu. Rano ląduje i w zaciszu toalety, która na moje nieszczęście jest na końcu korytarza, muszę się przebrać w strój biznesowy. Mała czarna, szary żakiet z kwiatkiem z filcu i biegiem, żebym nie miała kłopotów po walizkę, którą uprzednio zostawię na miejscu, gdzie nie będzie to podejrzane. Taksówkarz będzie czekam dokładnie od 06:30 pod naszym budynkiem i prosto pojadę na główne lotnisko. Operacja skomplikowana, ale mam nadzieję, że się wszystko uda. Dodam, że przebierać się w tualecie nie można, i grozi mi za to list z pogróżkami. Ale czego się nie robi, żeby zdążyć na lot o ósmej.

Z ciekawostek, to chyba tylko tyle, że na locie z Doha do Londynu mieliśmy londyńską orkiestrę i każdy był ze swoim instrumentem. Jak łatwo się domyślić ledwie upchnęliśmy skrzypce i flety w miejsce przeznaczone na bagaż podręczny, który wiadomo tez posiadali. Ale przynajmniej było wesoło, szkoda że nam nic nie zagrali, ale nie było czasu. Londyn zawsze męczący i można oszaleć, bo dosłownie biegamy tam i z powrotem, żeby się wyrobić.

Odwiedziłam też Chiny i największy bazar ciuchów jaki można sobie wyobrazić. Moda japońsko-koreańsko-chińska to zupełna porażka, ale po pięciu godzinach włóczęgi między straganami udało mi się coś dla siebie znaleźć. Chińczyki mają skośne oczy i mówią tylko po chińsku. Hodują czarne kurczaki i boję się jeść tam w restauracji, chyba że gołym okiem widzę co podają i wiem co jem. Ale w Chinach to nigdy nie można być czegoś pewnym, szczególnie w sferze gastronomii. Minęła godzina dziesiąta, wypiłam soczek z marchwi i czas spać, wieczorem lot a rano do domu.