poniedziałek, 5 marca 2012

COUCH SURFING W SAO PAULO - BRAZYLIA

Samba - tak właśnie kojarzy mi się Brazylia. Każdy zna kroki, każdy ma wrodzony talent taneczny i każdy ma swoją szkołę samby. Haha no gdyby tak było, chyba bym już mieszkała w Brazylii. Lot prawie 16 godzin, był całkiem znośny, jak na taki długi czas w zamknięciu z trzystoma innymi osobami. Ku mojemu zaskoczeniu, połowa pasażerów to Japończycy, którzy jak się później dowiedziałam, są największą społecznością japońską w Sao Paolo poza Japonią. Podobnie Włosi poza Italią, ale to z kategorii ciekawostka. Nawet jedna dziewczyna z załogi była brazylijską Japonką i jak powiedziała, że tylko jej dziadkowe są Japończykami, a rodzice nie, to już mi się wszystko pokręciło. Męczyłam bułę, aż się wyjaśniło, że rodzice osiedlili się w Brazylii, więc tak czy siak byli Japończykami a ona urodziła się już w Sao Paolo. I tak mnie zmiksowała, na tym szesnastogodzinnym locie, że zaczęłam się zastanawiać co Ci skośni tam robią?

Z pokoju miałam piękny widok na wieżowce, których w tej części miasta całkiem sporo, bo hotel położony jest w dzielnicy biurowców i z okna widać było mrówki w garniturach i perfekcyjne kształty na szpileczkach. Piękne kobiety, jeszcze piękniejsi mężczyźni, istna rewia mody na ulicach. Pieski pod pachą lub na smyczy a niektóre przypominają włochate kule śniegule, ani oczu im nie widać. Plan na zwiedzanie był prosty, jak nikt z załogi nie będzie miał ochoty wyjść poza ściany swojego pokoju, wybiorę się z kimś z couch surfingu. Aaa..CS odkryłam dawno temu, gdy mieszkałam jeszcze w Krakowie i chodziłam do szkoły językowej na angielski. Do wyboru były różne zajęcia podzielone według kategorii tematycznych. Opłacało się kurs, należało się wpisać na dwa, z tego co pamiętam z sześciu tematów, a można było uczestniczyć dodatkowo we wszystkich zajęciach. Cztery godziny dziennie, co dawało dwadzieścia godzin w tygodniu w grupach od dwóch do 7 osób. Rewelacja, to był najlepszy kurs w jakim uczestniczyłam. Na jednych zajęciach Australijczyk wprowadzał nas w świat nowych technologii, na drugich Anglik prowadził dyskusję z zakresu filozofii. Najwięcej osób uczęszczało na zajęcia pt. Travel & Culture, może dlatego, że był genialny prowadzący? A może dlatego, że na kursie Business & Economics słownictwo było tak trudne, że tylko miłośnicy dodawania i mnożenia dawali tam radę. Na jednych z zajęć padło hasło Couch Surfing, i mimo że kilku osobom obił się ten zwrot gdzieś o uszy to nikt nie wiedział o co chodzi. Wtedy pierwszy raz odkryłam społeczność CS, do której dołączyłam.


Idea (www.couchsurfing.com) polega na możliwości noclegu u osób zalogowanych na stronie i posiadających swój profil na wszystkim tym co mają dostępne: kawałek podłogi, sofę , materac Nawiązując nowe znajomości, przyjaźnie i nie wydając pieniędzy na drogie hotele, CS-rów można wyszukać prawie we wszystkich państwach świata. Pewnie zastanawiacie się, czy to aby na pewno bezpieczne. Czasem zdarzają się przypały, ale w 95 % mam pozytywne doświadczenia z CS, jak komuś nie podoba się pomysł to na pewno nie założy profilu i nie będzie zawracał sobie głowy przygarnięciem kogoś na noc. W moim katarskim alkatraz nie mam możliwości przenocowania nikogo oprócz mamy, więc pozostaje opcja "spotkanie na kawę lub piwo". W profilu zaznacza się status kanapy, wkleja zdjęcia i tak jak ja, można umówić się na zwiedzanie, kolację albo np. pójść wspólnie na koncert. W Brazylii nie miałam wiele czasu na szukanie osoby na wyjście, dlatego też zamieściłam na tzw."grupie Sao Paulo" wiadomość, że szukam osoby, która chciałaby mi pokazać trochę miasta. Odpowiedzi posypały się błyskawicznie i tak właśnie poznałam Tarso. Brazylijczyk z krwi i kości, przyjechał małym srebrnym samochodem ( nie wiem jaka marka, nie wiem ile pali i ile ma koni, wiem tylko, że srebrny i mały ) i dostałam tekturową torebkę z mapą, silikonową, czerwona zawieszką na walizkę, ołówek i kilka innych gadżetów. Strasznie to było miłe, a ja z pustymi rękami, ale w doskonałym humorze, gotowa na zwiedzanie.


 

I wyruszyliśmy mknąc pośród wieżowców, największej aglomeracji Ameryki Południowej. Kolorowe domy zaskakują ilością graffiti, i to nie byle jakich bohomazów, tylko prawdziwej sztuki ulicznej od której nie mogę oderwać oczu. Jedziemy szybko, więc zdjęcia nie są bardzo wyraźne, ale choć trochę udało mi się uchwycić. Sao Pauolo na pierwszy rzut oka przypomina, szare przemysłowe miasto z brudną rzeką i wiecznymi korkami, których w żaden sposób nie da się ominąć. Jednak pod koniec dnia zupełnie zmieniam zdanie. Jedziemy coś zjeść, bo obydwoje jesteśmy głodni. Zatrzymujemy się w eleganckiej dzielnicy i wybieramy pierwszą lepszą restaurację, żeby na szybko coś zjeść. Zatrzymujemy się przy Avenida Paulista, głównej ulicy skupiającej, sklepy, wystawy, biurowce największych korporacji i charakterystyczny czerwony budynek Muzeum Sztuki. Tłum ludzi spaceruje chodnikiem, a widok Brazylijczyka bez koszulki nie robi już na mnie wrażenia. Gdyby w innych krajach Panowie tak chętnie pokazywali swoje oliwkowe ciała, to byłby istny raj na ziemi. No ale trzeba mieć co pokazać... Mijamy jakąś demonstrację, blokującą chwilowo ruch na drodze i wchodzimy do parku, gdzie wilgotność przekracza dziewięćdziesiąt procent. Ufff..jak gorąco. Młodzi siedzą i całują się na drewnianych ławeczkach, inni spacerują ze swoimi małymi buldożkami francuskimi. Dzieci biegają po wąskiej alejce, a inni czytają książkę przy kamiennym pomniku. Park bardzo przypomina ten nowojorski, ale jest mniejszy i muszę przyznać, że ma swój urok.
 
Przejeżdżamy ulicą Oscar Freire, designerskie butiki, i tzw. concept store's czyli sklepy młodych projektantów, gdzie można kupić unikatowe meble, biżuterię, dodatki, generalnie wszystko, przyciągają moją uwagę. Z wnętrz dochodzi klubowa muzyka i migają jaskrawe światła. Zwiedzanie przez szybę mi wystarczyło. Tarso przez całą drogę opowiada mi o Brazylii, o sambie, o swoim rodzinnym mieście, o pracy, o podróżach, które się z nią wiążą. Czas leci tak szybko, że robimy zdjęcie przy pomniku Bandeirantes i jedziemy na drinka do dzielnicy Vila Madalena, skupiska barów, restauracji, artystycznej bohemy i nocnego życia za dnia. W Katarze zanim impreza się dobrze rozkręci, już się trzeba zbierać do domu, w położonej na wzgórzu Madalenie, bary zapełniają się już po skończonej pracy. O osiemnastej, nie było już wolnych miejsc a ludzi przybywało z minuty na minutę. Gdzie się nie spojrzy, wszystkie bary zdominowane są przez muskularnych mężczyzn z idealnie wyrzeźbionym ciałem ( widzę, bo koszulek nie mają ), młode Brazylijki z dużymi biustami i mikrospódniczkami, wirują w rytm dochodzącej z głośnika muzyki. To mi się podoba, nie ma jednak gdzie zaparkować, więc Tarso proponuje genialną meksykańską restaurację parę przecznic dalej. Jedzenie pycha!


Byliśmy też w centrum Sao Paulo, gdzie mieści się rzymskokatolicka Katedra i bar z niesamowitym klimatem. Zatrzymujemy się oczywiście na piwko i śmiejemy się z głupkowatych żartów, które przychodzą nam do głowy. Wieczorem zostałam odwieziona do hotelu, z workiem wrażeń, z pełnym brzuchem i z kartą pełną zdjęć. Couch Surfing zaoferował mi spędzenie dnia w doborowym towarzystwie, więc dlaczego by z tego nie skorzystać? Z pewnością wrócę jeszcze do Brazylii, bo jedni mają sambę we krwi inni muszę się jej dopiero nauczyć. Ja zdecydowanie zaliczam się do tych drugich. Piękny dzień szybko minął i trzeba było wracać do Kataru. Aż się łezka w oku kręci. Na karnawał się jednak nie załapałam, ale widziałam przygotowania, budowę trybun i trasę przejazdu tanecznych platform. Może w przyszłym roku pojadę na karnawał do Rio?
 

A teraz idę odsypiać loty do Indii, nocne, długie i męczące. Kraj przypraw i curry, pije wodę w takich ilościach, jakby była święcona i nie daje chwili wytchnienia naciskając call bell z częstotliwością burzącą wszystkie dopuszczalne normy. Moja firma też nam gra na nosie, bo ciągle brakuje im załogi, i przez to CSD operuje jako CS, CS frunie jako F1 a dla nas biednych z ekonomii już nie było kogo przydzielić, więc na zapakowanym po ostatnie wolne miejsce samolocie, lecimy bez jednej osoby. Ja w kuchni, cała ekipa lata po miesiąc, dwa i nic tylko się rozpłynąć. Już na briefingu żałowałam, że nie zaraportowałam choroby. Ale drugi raz się nie nabiorę. A tym czasem borem lasem, wybiła godzina odpoczynku. Dobranoc.

piątek, 2 marca 2012

PIĄTY LUTEGO

Gramolę się z pisaniem ostatnio, ale dzisiaj jest mobilizacja, bo zaległości robią się coraz większe. Z wielkich plotek i nowości co u mnie w Katarze. Piątego lutego minął rok w kozie. To także imieniny mamy i dzień kiedy dostałam wizę do USA. W sumie można powiedzieć trzy w jednym. W pracy niewielkie zmiany. Zostałam przeszkolona na Airbusa 340, który lata m.in. do Paryża. Nie ciągnie mnie specjalnie do Europy, a tym samym zamykają mi się drzwi na inne samoloty. Niedługo przylatują do nas Boeingi 787 i nikt jeszcze nie wie jak to zostanie rozwiązane. Czy usuną 319, 320, 321 i przeszkolą na 787 czy może nie będę na nich latać. Z ploteczek podobno mamy ruszyć do Polski, ale jak i co może wyjaśni się za parę dni. Szczegółów zdradzić nie mogę. Latanie samo w sobie nie sprawia mi nadal radości, ale praca jest o wiele łatwiejsza niż na początku. Wszystko jest banalnie proste, choć czasem trzeba się trochę napocić. Doczekałam się wreszcie na wizę do USA, o którą aplikuje koza specjalnie dla crew. 7-mego marca mam rozmowę w ambasadzie, mam nadzieję, że niedługo powrócę do Nowego Jorku. Już się nie mogę doczekać.

Szykuję się też powoli na wakacje, które planuję spędzić w Kenii. Zostało jeszcze parę dni i nie mam dopracowanych szczegółów. Mam okropny grafik na marzec, szkolenia, loty do Indii i z powrotem, ale kwiecień już musi być piękny. Co jeszcze z nowości? Będę w Polsce z końcem maja a później w sierpniu, bo szykują się dwa ważne wydarzenia, na których nie może mnie zabraknąć. I tak leci czas, w życiu prywatnym żadnych zmian, w pracy elegancko, oby tak dalej. Nadrabiam zaległości w czytaniu i pisaniu. Aaaa..prawie bym zapomniała, słyszeliście o portalu i idei Couch Surfingu? Jestem początkującym surferem, ale powoli się rozkręcam. Więcej o CS napiszę w poście o Brazylii, gdzie spotkałam się z Tarso. Zachęcam do poczytania o CS, a moja relacja z Brazylii w następnym poście.

środa, 29 lutego 2012

SŁOŃ IDZIE W DRUGĄ STRONĘ - TAJLANDIA

Leżenie na plaży jest jak lody waniliowe, nigdy nie można mieć dość. I tak sobie leżymy, plażowy chłopiec przynosi zimne orzeźwiające napoje i cieszymy się słońcem, bo co chwilę przychodził sms, że w Polsce -20 stopni. Aż trudno sobie taka temperaturę wyobrazić z leżaka z widokiem na morze i bogatą roślinność. Ale żeby nam nie było za nudno, zapisaliśmy się na wycieczkę. Misia w teczkę i z samego rana przyjechał po nas młody człowiek, który był naszym prywatnym kierowcą. Myśleliśmy, że tak jak w Egipcie zrobią kocioł, pakując wszystkich do jednego autobusu i będziemy zwiedzać w grupie przypominającej pielgrzymkę, ale czekała na nas niespodzianka. Elegancki Jeep w jasnej skórze, był do naszej dyspozycji od początku do końca wyprawy i czułam się dosłownie jak na VIP tour.

Po ponad godzinie jazdy, wyspani, po śniadaniu zatrzymaliśmy się na parkingu. To był pierwszy przystanek w czasie zwiedzania, gdzie mieliśmy spotkać się oko w oko z małpiszonami. Różne historie słyszałam o małpach, więc zaufania bezgranicznego do niech nie miałam. Rosjanie, którzy Tajlandię też okupują w dużej ilości kupowali kilogramy bananów, to przy okazji skorzystaliśmy i pstrykaliśmy zdjęcia z futrzakami. Małe czy duże, wszystkie chciały banana i zwiać na drzewo. Mijając stragany dochodzi się do jaskini, z przeróżnymi figurkami bożków. Leży złoty Budda, ale zdecydowanie mniejszy jak ten z Bangkoku, turyści robią zdjęcia, mimo że światła jest niewiele. Po paru minutach wracamy do samochodu, prawie stając klapkiem małpie na ogon, ale by było krzyku. Śmieszne, te małpy - wytarliśmy laczki o trawnik, bo kierowca uznał, że na pewno mamy jakąś niespodziankę pod butem i może się trochę pobrudzić samochód. Jedziemy dalej. Jakbyśmy byli w buszu, piękne widoki, góry na przemian z małymi domkami, przed którymi wisi równo powieszone pranie i ludzie sprzedają to co uda im się zrobić, bądź ugotować. Małe stoiska z pieczoną kukurydzą i świeżymi owocami, przyciągają nasz wzrok i od razu zachciało mi się kolby kukurydzy.


Droga robi się coraz węższa i zakręty przypominają te w Grecji, gdy mieliśmy oglądać wiszące klasztory w Meteorach. Ok, przesadziłam, nie jest tak wysoko i tak strasznie, bo dookoła parno i zielono, w Grecji przepaść i szalony kierowca, który żartował sobie że pierwszy raz jedzie tą drogą, a ja zamykałam oczy ze strachu. Po prawej stronie strumyk, w którym prawie nie było wody i wystawały dość spore kamienie. I zaczęliśmy się zastanawiać gdzie ten rafting ze zdjęć, skoro tam na dole nie ma wody nawet do kolan. No, ale nic się nie odzywamy tylko kminimy w głowie co się wydarzy. Zatrzymujemy się w miejscu, gdzie mogłabym spędzić tydzień leżąc brzuchem do góry i patrzeć w niebo. Pięknie, mały staw, kilka rozbitych namiotów, szum strumyka, w samym środku zielonego raju. Przeszliśmy drewniany linowy most, i po drugiej stronie czekała na nas ekipa z raftingu. Przebraliśmy się w stroje i zostawiliśmy plecaki w metalowych szafkach. Kluczyk powiesiliśmy na szyi i trzeba było się spieszyć, bo lada moment otworzą tamę i zacznie się zabawa. I zagadka się wyjaśniła, skąd się bierze ten rwący potok ze zdjęcia. Kaski na głowę, szybkie szkolenie kto gdzie siedzi, jak ma wiosłować i kiedy i co gdy się jakimś cudem wpadnie do wody.
 




Wrzaski, piski, no i płyniemy. Różnokolorowe pontony obijają się o siebie, kierownik chlapie wszystkich wodą a na pomoście stoi fotograf i robi zdjęcia. Najbardziej bałam się, że wypadnę, zapominając czasami o wiosłowaniu, ale z ogromną ochotą pojechałabym na taką imprezę jeszcze raz. Przygoda niesamowita, z jednej strony my w pontonie, a z drugiej karawana na słoniu. Cudowny widok, krajobraz nie do opisania - znowu jestem w raju. Dopłynęliśmy do końca naszej trasy i czekał na nas samochód i ku naszemu zaskoczeniu także nasze klapki. Wszystko mokre, ale uśmiechy mówią tylko jedno, że jesteśmy zachwyceni. W bazie czeka na nas obiad iście królewski. Byliśmy sami, żadnej innej grupy, tylko my. Objedliśmy się jak bąki, jedzenie było naprawdę wyśmienite, brawo dla kucharza! Czas ruszać dalej. Przebraliśmy się w suche ubranie i pojechaliśmy dalej. Z daleka było widać już wioskę, do której zmierzamy. Zatrzymaliśmy się i zobaczyliśmy ogromne słonie, z kłami i metalowym siedziskiem na grzbiecie. Drewniany domek, z którego wsiada się na słonia przypomina duży domek na drzewie, na stole stoją kosze z bananami, które kupimy później. Na małpy bym grosza nie wydała, ale no słonia i owszem. Podchodzi pierwszy i wsiadam ja z Mamą, potem drugi i po chwili wszyscy ruszamy w drogę na słoniach. Piszczę z radości, a słoń jest cieplutki i ma na głowie pojedyncze długie, sterczące włosy jak druciana szczotka.








Opiekun słonia zapytał czy nie chciałabym usiąść za nim i słoń, chyba też się na to zgodził, bo jak tylko się ułożyłam nasz miły dotąd Pan, zszedł sobie i zajęty był odpalaniem papierosa. Mama krzyczała po polsku na całą dżunglę " halo, proszę Pana, proszę Pana, słoń idzie w drugą stronę" ja płakałam ze śmiechu. Słoń chodził po górach i błocie, w górę i w dół, bo strumyku i po kamieniach. Było wspaniale, nie zapomnę tego do końca życia. Na koniec kupiliśmy banany i podziękowaliśmy za niesamowitą przejażdżkę. Słoń też był zadowolony. Pełni wrażeń, wróciliśmy do naszego uroczego pokoju i przeglądaliśmy zdjęcia po milion razy. Fantastyczna wycieczka, której nie można pominąć będąc na Phukecie. Achh..juz myślę o kolejnym urlopie..a w planach Kenia.

poniedziałek, 20 lutego 2012

ULICA ROZPUSTY - PHUKET


Umówiliśmy się z Andrzejem na rogu ulicy. Ja myślałam, że tej przy plaży, ale jak się po dziesięciu minutach okazało, tej przy kantorze i "salonie tatuażu", salon to za dużo powiedziane. Między jednym skrzyżowaniem a drugim była minuta drogi, stąd też udało nam się spotkać. Wesoła rodzinka wyruszyła na podbój miasta - znowu przesadnie powiedziane, dwóch ulic, które tętnią życiem w nocy i nazywane były przez nas wariatkowem. Po prawej, po lewej, gdzie się da, stoją wózki z jedzeniem, w których się stołujemy. Plusem takiego wózka jest to, że codziennie można pojechać w inne miejsce i zacząć smażenie spring rolli. Jedzenie z krawężnika, jest pyszne i przede wszystkim świeże, zdarzało się, że trzeba było samemu obracać patyczek z kurczakiem, żeby się nie spalił, bo obsługujący wózek miał coś innego do roboty. Jak wygląda taki wózek? Niektóre to po prostu motorynki z całym wyposażeniem do smażenia po stronie pasażera. Inne przypominają bardziej  kuchnię polową z gazowym palnikiem, mnóstwem dodatków i magicznymi pojemnikami, w których tylko oni wiedzą, co się znajduje. Mimo, że na pierwszy rzut oka nie wygląda to zachęcająco, nie było dnia żebyśmy nie zjedli tam obiadu czy kolacji. Tanio, smacznie i wszystko robi się na Twoich oczach.


Mijamy stragany z pamiątkami, na ulicy jest straszliwy ruch, skutery przeciskają się między samochodami, naganiacze zapraszają do restauracji na owoce morza,  handlarze próbują namówić na kupno pstrokatego stroju kąpielowego ( kupiłam trzy ), a jak komuś braknie paliwa to też kupi na jednym ze straganów. Targowanie mamy opanowane, więc po drodze kupujemy kilka zbieraczy kurzu. Co kilka kroków znajduje się sklep seven eleven, coś jak nasza "żabka", można tam nawet zrobić samemu tosta i dobrać dodatki typu pomidor, ogórek, cebulka. Super pomysł, choć pewnie w Polsce sanepid by nie zaakceptował takiego pomysłu, a jakby zobaczył jak wygląda wspomniany wcześniej "wózek" to atak serca gwarantowany. Im bliżej Bangla Road, tym głośniej i restauracje powoli zamieniały się w bary z wszystkimi trunkami świata. My jednak głodni, decydujemy się na restaurację, marnie wyglądającą - ale w tamtych okolicach o dobrym jedzeniu z krawężnika, można tylko pomarzyć. A wracać się nam już nie chciało. Wysoka kelnerka wskazuje nam stolik przykryty ceratą i siadamy na plastikowych krzesłach. Rozglądamy się w około i tato rzuca skromnie: - ale tu mają ładne dziewczyny, na co ja odpowiadam - no żeby to jeszcze były dziewczyny, i zaczynamy się tak śmiać, że prawie płaczę ze śmiechu. I tak właśnie mój tato, przeżył pierwszy mini zawał, i spotkał się twarzą w twarz z ladyboyem, których w restauracji była spora większość.


Jedzenie było okropne, jak się można było tego spodziewać, ale piwko było takie jak lubię. Parę minut spacerem i wkroczyliśmy na Bangla Road, gdzie szliśmy jak zahipnotyzowaniu, bo tyle się działo. Z każdej strony słychać nawoływania na ping-pong show, na występy na rurze i darmowe drinki. Muzyka zwala z nóg a chwila nieuwagi powoduje, że gubisz się w tłumie. Dobrze, że Bozia dała trochę wzrostu to łatwiej nam się odnaleźć. Oszołomieni, nie wiemy w którą stronę patrzeć. Dziewczyny na witrynach wiją się jak kociaki, ubrane w skąpe stroje zasłaniające tylko to co konieczne. Na gigantycznie wysokich szpilkach paradują po barach, stołach i podestach, przesyłają w powietrze buziaki i zapraszają na show. Od tańców na rurce po show z rybką i kanarkiem. Skręcamy w poszukiwaniu ping-pong show, którego nie możemy sobie odmówić. Siadamy w pomieszczeniu, gdzie siedzi maksymalnie dwadzieścia osób. Przy słabym oświetleniu widać głównie Panie, panowie wyszli w połowie przedstawienia lekko zdegustowani. Ale do rzeczy. Sala przypomina mały pokój na środku podest, a my usadowieni na siedziskach wzdłuż czterech ścian. W około lustra i minimalna ilość dekoracji, z wyjątkiem balonów, która jak się później wyjaśniło były elementem przedstawienia. O występach i zdolnościach Tajek, można poczytać takie historie, że nie mieści się przeciętnemu Kowalskiemu w głowie, nam też nie.



Trafiliśmy chyba na najgorsze przedstawienie w całej Tajlandii. Na przeciw nas siedziały 3 osoby, które razem mogły mieć około trzysta lat. Elegancko ubrani, wyglądali na Skandynawów, może Niemców? Ta sama ciekawość, skłoniła nas żeby doczekać do finału gibania się na rurkach i oglądnąć ping-pong show. Młode dziewczyny, które bez przekonania wychodziły na scenę, miały miny jakby zaraz miały zasnąć i w myślach odliczały godziny do końca zmiany. Nie byliśmy pewni czy mają skończone osiemnaście lat...Wiało nudą okrutnie, ale jak już tam wleźliśmy i zamówili piwo, które przekraczało racjonalną cenę o 400 % no to siedzimy. Zmieniła się muzyka i w głośnikach usłyszeliśmy Madonnę i kawałek Frozen. Dwie chudzinki weszły na scenę odziane w stringi z paseczków i wielkie skrzydła. No myślę sobie, warto było czekać, show must go on. Potańczyły, pokazały dorobek spod skalpela i schowały się za kotarą. I przyszedł czas na to, na co wszyscy czekali. Na podest wdrapała się starsza kobieta, bo tak spokojnie mogą ją nazwać, wiek - około pięćdziesiąt lat, w podomce przypominającej czerwony szlafroczek, który gdyby nie to że prześwitywał, można by uznać, że jest fartuszkiem do sprzątania. W sandałach na płaskiej podeszwie i bardzo długich włosach, spiętych po bokach dwa czarnymi spinkami. Przygotowała rekwizyty i zorientowaliśmy się, że to jest nasza gwiazda wieczoru. Pominę szczegóły, bo zrobi mi się gorzej, w wielkim skrócie mówiąc pani wkładała sobie za kurtyną przeciwne rzeczy poniżej pępka, po czym dumnie jednym ruchem wyrzucała to z siebie oczekując skandowania i oklasków. Schodziła i wchodziła na scenę za każdym razem nas zaskakując, co następne wyłoni się babci z pomiędzy nóg. Zobaczyliśmy, kanarka, jakąś żmiją, kilka rybek i ping pongi. Zdecydowanie najciekawszym punktem programu, było strzelanie do balonów. Długowłosa położyła się na podłodze, zamontowała dmuchawkę i zestrzeliła wiszące na suficie balony. To mi się podobało...ale cała reszta zdecydowanie nie, i patrząc na miny staruszków siedzącym na przeciwko nas, im też się występ nie podobał.

Takich uciech na Bangla, nie brakuje. Można się bawić do białego rana, popijać drinki i korzystać z dobrodziejstw Tajlandii, która nie od dziś jest słynna z sexturystyki. Jeden wieczór i tyle atrakcji, że można zgłupieć. Szok kulturowy zaliczony, Bangla Road odkryta, pozostaje się cieszyć, że mieszkamy na drugim końcu ulicy i prędko tam nie wrócimy. Warto było zobaczyć, ale żeby przychodzić tam codziennie o nie, nie. Przed nami słoneczne dni na plaży, rafting i wycieczka na słoniu...o tym za parę dni.

niedziela, 12 lutego 2012

W KRAINIE MASAŻU - TAJLANDIA

Została mi jeszcze do opisania Brazylia i przygoda z Couch Surfingiem, ale na to musicie jeszcze trochę poczekać. Nie mam czasu rozpakować dobrze walizki, a dochodzi jeszcze pranie, poduczenie się tego co już przez wakacje ulotniło się z głowy, i wdrożenie z powrotem w rytm pracy. Wakacje, jak to wakacje bardzo mnie rozleniwiły i z wielką niechęcią ubierałam uniform na wczorajszy lot do Indii. No, ale nie było tak źle, lot całkiem spokojny, tyle że w nocy więc bardziej męczący i spać mi się chciało już po starcie. Przespałam 14 godzin i powróciłam do Doha, tyle było z mojego pisania. A teraz wygodnie, bo na kanapie i ciepło, bo w szlafroku zabieram się za pisanie.

Na urlop zabrałam rodziców, którzy pierwszy raz w życiu ( no takim życiu, które pamiętam bez oglądania zdjęć w wózku) pojechali wspólnie ze mną na wakacje. Sama trochę nie wierzyłam, że coś takiego jest możliwe, ale się udało. Dziękuję wam z całego serca za cudowny czas spędzony razem. Wiele to dla mnie znaczy i jestem dumna, że daliśmy radę.

Lot długi i męczący, szczególnie dla A. i T., bo ja dosiadłam się dopiero w Doha, więc raz dwa i już wylądowaliśmy na Phukecie. Obsługa pięciogwiazdkowa, bo Kasia z bloku obok i moja serdeczna przyjaciółka w Katarze, akurat obsługiwała nasz lot. Ma się to szczęście, na ponad pięć tysięcy załogi trafić na Polkę i to taką z która się spędza prawie każdy wolny dzień. Radości nie było końca. Odebraliśmy bagaże, A & T w stresie czy na pewno dolecą, bo nadane z Katowic mogły się gdzieś zapodziać. Ale doleciały i wyszliśmy szukać pana z kartką, który miał nas odebrać z lotniska. No miał i tyle wiedziałam na pewno. Obeszłam rządek Tajów z tabliczkami, potem tato, potem mama a człowieka ani śladu. Wygrzebałam numer do hotelu i poszłam dzwonić. W rezultacie kupiłam starter dla taty,  i wróciłam do walizek, żeby przełożyć kartę do telefonu. Niesamowicie gorąco, my w wymaganym stroju biznesowym rozpływamy się jak czekolada milka. Patrzę, a tam stoi jakiś buszmen, z włosami dłuższymi od moich z kucykiem fantazyjnie związanym na środku głowy, z którego uciekają kręcone czarne włosy. Trzyma w ręce dużą kartkę papieru z napisem Miss Dominika. No i jesteśmy uratowani. Poślizg 35 min. jak się później niechcący wygadał, był jeszcze na plaży gdy miał nas odebrać, a że nie przewidział korków no to się spóźnił. Przeprosił, ale wyglądał czadersko, więc zostało mu wybaczone.

Gdy dotarliśmy na miejsce, umierałam ze zmęczenia. Przywitano nas tak serdecznie i miło, że poczułam się jak w domu. Zatrzymaliśmy się w GuestHousie G&B, fantastyczne miejsce, za niewielkie pieniądze, blisko do plaży, wózków z lokalnymi nudlami i niezapomnianą atmosferą. Rano budziły nas koguty i czułam się trochę jak na wsi, ale po jednym wypadzie do centrum miasta, atrakcji mieliśmy aż za dużo, i cieszyliśmy się że mieszkamy z dala od tego wariatkowa. Ale nie ma to tam to, osobną notkę o wariatkowie i "lejdibojach" jeszcze dodam, nie można tego wątku pominąć i bęc. Pokój ogromny, spokojnie zmieściły by się ze cztery dodatkowe łóżka i jeszcze by zostało miejsce. Cisza, spokój idealne warunki na wypoczywanie po prawie roku latania. Jest książka, temperatura powyżej 30 stopni, klapki, strój kąpielowy - czyli ruszamy na plażę. Pierwszego dnia robiliśmy rozeznanie w terenie. Gdzie się najlepiej położyć, pod jaką parasolką, a czy z lewej, a czy z prawej, a to za blisko tych co głośno mówią a to za daleko od morza. W końcu padło na plastikowe leżaki w drugim rzędzie, zaraz za emerytami, których opalenizna wskazuje na to, że leżą tam już na pewno z miesiąc. Babuleńki z wiszącymi piersiami do pępka bez biustonosza, nie ciekawy widok jak na pierwszy dzień, ale i tak Fuerty nie przebije.

Niby pod parasolem, a od razu załapałam majtkowy róż i się zaczęło. Piekło tam, gdzie smarowałam się niedokładnie, czyli wszędzie po trochę. Wyglądałam jak dalmatyńczyk w białe łatki i marzenia o czekoladowej opaleniźnie po raz kolejny legły w gruzach. Co roku to samo. A słońce jakby tylko czekało na odpowiednią chwilę, żeby przyfasolić i spiec na raka. Obok na leżaku pojawił się osobnik z dużym ręcznikiem i o dziwo, bez parasola grzał się jak kurczak na rożnie. Tato od razu wypatrzył tysiąc panoramicznych i tak o to poznaliśmy Andrzeja, specjalistę od tortów i kremów brulee. Wieczorem umówiliśmy się na spacer po mieście, gdzie czekała na nas zabójcza dawka atrakcji...Słyszeliście o Bangla Road? Tego się nie da opowiedzieć, musicie to zobaczyć. Wrażenia z ulicy uciech, już niebawem. A teraz pakuję się na jutrzejszą Republikę Południowej Afryki i do łóżka, bo pobudka wcześnie rano.

sobota, 4 lutego 2012

TRZECIE URODZINY BLOGA

Udało mi się dostać do kawiarenki internetowej, więc krótki wpis co u mnie. Wakacje w Tajlandii, to była najlepsza dezycja w wyborze miejsca mojego pierwszego urlopu. Jest cudownie. Była przejażdżka na słoniu, na szczęście opiekun szedł z boku i nie wbijał słoniowi ostrego haczyka w delikatną skórę za uchem, i tylko dlatego się zgodziłam. Był rafting i masa śmiechu, karmienie małp bananami i niebiańskie plaże. Jedzenie prosto z krawężnika, soczki z mango i pieczona kukurydza. A jakby tego było mało, świeci słońce i opalenizna powoli robi się brązowa. Jest pięknie, zdjęcia wrzucę dopiero po powrocie, bo warunki na to nie pozwalają.

Nie wiem czy wiecie. ale wczoraj mój blog obchodził trzecie urodziny od pierwszego wpisu. Pamiętam, jak majstrowałam nad tłem i opanowaniem wszystkich tajników zamnieszczania postów, zdjęć itp. Kiedyś była inna czcionka, mniejsze zdjęcia, teraz staram się, aby było przejrzyście i ciekawie. Dziękuje za wsparcie, za miłe słowo, za to że czytelników przybywa. Pozdrawiam z gorącej Tajlandii !!!