Wszystko się zmienia, czas pędzi nieubłaganie, przyszedł więc czas na kupno samochodu. Życie w Doha zaczyna nabierać kolorów, szaleństwo na drodze i stres jest nie mały, dodać mogę że w Egipcie jeździło się cudownie w porównaniu do tego co dzieje się tu. Radości mojej i Gosi nie ma końca, bo auto kupiłyśmy na spółkę. Ach jak przyjemnie, ktoś chętny na jazdę próbną?
środa, 26 września 2012
KOCHAM JAZZ
Wszystko się zmienia, czas pędzi nieubłaganie, przyszedł więc czas na kupno samochodu. Życie w Doha zaczyna nabierać kolorów, szaleństwo na drodze i stres jest nie mały, dodać mogę że w Egipcie jeździło się cudownie w porównaniu do tego co dzieje się tu. Radości mojej i Gosi nie ma końca, bo auto kupiłyśmy na spółkę. Ach jak przyjemnie, ktoś chętny na jazdę próbną?
wtorek, 18 września 2012
A WSZYSTKIM SŁABO...
Na ostatnich lotach, nie było opcji, żeby ktoś nie korzystał z torebki pt."niedobrze mi, będzie paw". Papierowe torebki są dość istotnym wyposażeniem fotela, oprócz gazetki z duty free i miesięcznika Oryx, ratują nie tylko nas i nasze uniformy ( w dosłownym tego słowa znaczeniu ), ale także komfort pasażerów siedzących obok. Mówiąc krótko, zdarza się że załoga zostaje brzydko mówiąc obrzygana, bo delikwent nie zdążył dobiec do toalety. Wymiotują gdzie popadnie, w naszej samolotowej kuchni, na nas, w łazience do umywalki blokując ją na cały lot itd.itd. Jednym latanie nie służy, inni za dużo piją, a trzeci albo się zatrują albo turbulencje dają się tak we znaki, że momentalnie robią się zieloni na twarzy.
No i dzięki takim pasażerom, mamy jeszcze bardziej przyjemną pracę. Bo przecież ktoś to musi posprzątać. Dawno temu dziecko siedzące w pierwszym rzędzie, który oddzielony jest od klasy biznes firanką, zwymiotowało z dwumetrowym zasięgiem do klasy panów pod krawatami, no i się zrobiła heca. Parę tygodni temu dziewczynka, której dałabym około 4-5 lat, nasikała centralnie na sam środek alejki między siedzeniami. Najgorsze, jest to, że nawet nie sygnalizowała, że musi do toalety i podczas przyjmowania pasażerów na pokład myśląc, że nikt nie widzi, jak gdyby nigdy nic zrobiła wielką plamę na wykładzinę. A to, że była w sukience zakamuflowało całe zdarzenie. Bleee..Często mówi się też o brytyjskim dziecku, urodzonym w kraju przypraw, które posadziło "dwójkę" na siedzeniu, matka nacisnęła dzwonek po stewardessę i kazała to posprzątać. Gówniana praca, mówię wam. Na szczęście niecodziennie mamy takie atrakcje na pokładzie, ale jak nie obsikają pasażera siedzącego obok myśląc, że są w łazience i jakby lunatykując, to obleją drzwi samolotu albo drzwi toalety, bo i to i to już widziałam na własne oczy. Także jak komuś słabo, to staramy się szybko działać, bo zawsze może być gorzej.
I tak ostatnio po powrocie z Australii, po kilkunastogodzinnym odpoczynku, poleciałam do Arabii Saudyjskiej, z postojem na lotnisku. Upchnęliśmy bagaże, wszyscy zapięli pasy, gotowi do lotu, CS robi zapowiedź o przygaszeniu światła i każe nam usiąść na miejscach. Samolot powoli ustawia się w korku do startu i minutę przed włączeniem silników i wzbiciem się w powietrze, kobieta w czarnej sukmanie zaczęła się źle czuć i oznajmiła, że chce wysiadać. No i się zaczęły ceregiele. Kapitan wściekły, pasażerowie jeszcze bardziej, czyli wracamy z powrotem na terminal, żeby panią wysadzić, odnaleźć jej walizkę, karetka, lekarz, ochrona wszyscy postawieni w gotowości, bo to nigdy nie wiadomo, dlaczego Pani sobie wysiada, a jej mąż niewzruszony siedzi obok i udaje, że go nie ma. Nawet powieka mu nie drgnęła, żeby się zainteresować, że jego małżonka opuściła samolot na własną prośbę, a on siedzi jak słup soli i bawi się telefonem. Przeszukaliśmy samolot, czy czarna mamba niczego niechcianego nam nie podrzuciła i polecieliśmy z półtoragodzinnym opóźnieniem do Rijadu. Ale to małe piwo, w porównaniu z ciężarną, która na lotnisku w Doha, konkretnie w łazience urodziła dziecko, porzuciła je i poleciała dalej. Potok krwi na siedzeniu i akt desperacji, pokazuje że nie jest dobrze. Dzielnie musimy stawić i takim sytuacjom czoła.
Na szczęście, teraz kilka dni wolnego. Wczoraj winko, dzisiaj plaża, no i z newsów, planuję zakup samochodu. Na spółkę z Gosią, więc będziemy szaleć pośród diszdaszów w białych dżipach. Poszukiwania wymarzonego samochodu, który będzie mały, szybki jak błyskawica i niezniszczalny trwają. Czas wskakiwać w strój kąpielowy i się plażować, bo pogoda już idealna na opalanie. Wreszcie temperatura spada do 32 stopni. Uff..zaczyna się zima.
No i dzięki takim pasażerom, mamy jeszcze bardziej przyjemną pracę. Bo przecież ktoś to musi posprzątać. Dawno temu dziecko siedzące w pierwszym rzędzie, który oddzielony jest od klasy biznes firanką, zwymiotowało z dwumetrowym zasięgiem do klasy panów pod krawatami, no i się zrobiła heca. Parę tygodni temu dziewczynka, której dałabym około 4-5 lat, nasikała centralnie na sam środek alejki między siedzeniami. Najgorsze, jest to, że nawet nie sygnalizowała, że musi do toalety i podczas przyjmowania pasażerów na pokład myśląc, że nikt nie widzi, jak gdyby nigdy nic zrobiła wielką plamę na wykładzinę. A to, że była w sukience zakamuflowało całe zdarzenie. Bleee..Często mówi się też o brytyjskim dziecku, urodzonym w kraju przypraw, które posadziło "dwójkę" na siedzeniu, matka nacisnęła dzwonek po stewardessę i kazała to posprzątać. Gówniana praca, mówię wam. Na szczęście niecodziennie mamy takie atrakcje na pokładzie, ale jak nie obsikają pasażera siedzącego obok myśląc, że są w łazience i jakby lunatykując, to obleją drzwi samolotu albo drzwi toalety, bo i to i to już widziałam na własne oczy. Także jak komuś słabo, to staramy się szybko działać, bo zawsze może być gorzej.
I tak ostatnio po powrocie z Australii, po kilkunastogodzinnym odpoczynku, poleciałam do Arabii Saudyjskiej, z postojem na lotnisku. Upchnęliśmy bagaże, wszyscy zapięli pasy, gotowi do lotu, CS robi zapowiedź o przygaszeniu światła i każe nam usiąść na miejscach. Samolot powoli ustawia się w korku do startu i minutę przed włączeniem silników i wzbiciem się w powietrze, kobieta w czarnej sukmanie zaczęła się źle czuć i oznajmiła, że chce wysiadać. No i się zaczęły ceregiele. Kapitan wściekły, pasażerowie jeszcze bardziej, czyli wracamy z powrotem na terminal, żeby panią wysadzić, odnaleźć jej walizkę, karetka, lekarz, ochrona wszyscy postawieni w gotowości, bo to nigdy nie wiadomo, dlaczego Pani sobie wysiada, a jej mąż niewzruszony siedzi obok i udaje, że go nie ma. Nawet powieka mu nie drgnęła, żeby się zainteresować, że jego małżonka opuściła samolot na własną prośbę, a on siedzi jak słup soli i bawi się telefonem. Przeszukaliśmy samolot, czy czarna mamba niczego niechcianego nam nie podrzuciła i polecieliśmy z półtoragodzinnym opóźnieniem do Rijadu. Ale to małe piwo, w porównaniu z ciężarną, która na lotnisku w Doha, konkretnie w łazience urodziła dziecko, porzuciła je i poleciała dalej. Potok krwi na siedzeniu i akt desperacji, pokazuje że nie jest dobrze. Dzielnie musimy stawić i takim sytuacjom czoła.
Na szczęście, teraz kilka dni wolnego. Wczoraj winko, dzisiaj plaża, no i z newsów, planuję zakup samochodu. Na spółkę z Gosią, więc będziemy szaleć pośród diszdaszów w białych dżipach. Poszukiwania wymarzonego samochodu, który będzie mały, szybki jak błyskawica i niezniszczalny trwają. Czas wskakiwać w strój kąpielowy i się plażować, bo pogoda już idealna na opalanie. Wreszcie temperatura spada do 32 stopni. Uff..zaczyna się zima.
wtorek, 11 września 2012
GRUZIŃSKIE CHACZAPURI
Kilka tygodni temu otworzyliśmy nowe połączenie, tym razem na mapę połączeń kozy wkroczyła Gruzja i Azerbejdżan. Pomyśleć można, że nikt nie będzie latał do Tbilisi czy Baku, a jednak obłożenie samolotu zaczyna wzrastać. I ciągle się zastanawiam, gdzie i czemu ludzie tak latają? No biorąc szczególnie pod lupę tą część świata. Ale dobrze, dobrze, niech latają a koza niech otwiera nowe miejsca, będzie w czym wybierać przy kolejnym bidowaniu. Lot upłynął bardzo spokojnie, prawie nie brzęczały dzwonki, żadnych marud, życzyłabym sobie tylko takie loty.
W hotelu byliśmy koło szesnastej i od razu wybraliśmy się na kolację do centrum miasta. Na szczęście CS się od nas odseparował, miał swoje plany a że był wyjątkowo męczący, wieczoru w jego towarzystwie chyba bym nie udźwignęła. Mały samolot więc razem z pilotami było nas sześć osób, gdy usiedliśmy w ogródku w jednej z gruzińskich restauracji. Jedzenie pachniało tak oszałamiająco, że najchętniej zamówiłabym wszystko co jest w karcie. Czerwone wino, sery i wieprzowina zagościły na naszym stole i muszę się przyznać, że nie po raz pierwszy moje kubki smakowe zwariowały. Cudowne, pyszne, aromatyczne, aż się głodna zrobiłam. Mogłam zacząć od opisu miasta i teraz będzie mnie skręcać w brzuchu. Po kolacji wybraliśmy się do a'la jakiegoś znanego klubu , ale chyba nie trafiliśmy w najlepsze miejsce, bo ani atmosfera, ani muzyka, nie zrobiły na nas wrażenia.
Wieczorem to niewielkie miasteczko otoczone górami i mnóstwem zabytków, tętni życiem do samego rana. Z jednej strony rozpadające się domy, a z drugiej skórzane siedziska, designerski wystrój i bary z sziszą, skąd dochodzi klubowa muzyka. Miejsce przypomina nie jeden wakacyjny kurort, a cenowo można czuć się jak król wsi i okolic, bo jest bardzo, bardzo, bardzo przystępnie dla każdego. Następnego dnia z samego rana trzy stefki wyruszyły na podbój miasta z mapą i aparatami w ręce. Zaczęłyśmy od cerkwi, po drodze wstąpiłam do piekarni, gdzie trzy osoby przygotowywały świeże, pachnące chleby i bułeczki z soczewicą i cieciorką. Jeszcze ciepłe i za dosłownie grosze, a do tego dzięki niezwykłej gościnności mogłam wejść do środka, sfotografować wielki piec wbudowany w podłogę, półkę z pieczywem i babcię wyrabiającą ciasto. Brakuje takich miejsc, ojj tak. Miasteczko można zwiedzać na pieszo, bez żadnych przeszkód. Była piękna pogoda, więc z przyjemnością spacerowałyśmy uliczkami mijając muzea, targi kwiatowe i bazary z owocami. Częstowano nas 60% wódką między marchewką i selerem, robiłyśmy zdjęcia grającym w karty na masce samochodu mężczyznom i jechałyśmy kolejką linową, skąd podziwiać można malowniczy widok na całe miasto. Dawno już nie było miejsca, która by mnie tak mile zaskoczyło i naładowało taką energią. Pod koniec zwiedzania, zrobiło się już naprawdę gorąco i usiadłyśmy w restauracji z tradycyjną gruzińską kuchnią. Pyszne! Chętnie tam wrócę, nie tylko żeby zapełnić brzuszek, ale dla samej atmosfery, który jest nieziemska.
poniedziałek, 3 września 2012
ZAPOMINALSKA
Wysiadając z samolotu, trzeba mieć głowę na karku, oczywiście pod tym kątem, żeby niczego nie zapomnieć. Wróciłam wczoraj w nocy z Paryża, 256 osób wysiadło, dajemy znak kierowcy autobusu do odjazdu, a tu nagle po schodach wbiega filipińska niania arabskiej rodziny, krzycząc że zapomniała dziecka. Myśleliśmy, że to żart. Biegnie przez pół kabiny i ku naszemu zdziwieniu, wraca na rękach ze śpiącym chłopcem, który mógł mieć na oko z cztery lata. Ludzie zapominają różnych rzeczy, laptopów, podręcznych walizek, zakupów z duty free, ale tą Panią, wpisuję na pierwsze miejsce do księgi zakręconych. Jak można zapomnieć dziecka z samolotu? Pisałam już kiedyś, że w momencie gdy wszyscy wysiadają musimy przeszukać samolot pod kątem bezpieczeństwa i tego co mogło w nim zostać ukryte, a być tam na pewno nie powinno. I teraz wyobraźcie sobie sytuację, że sprawdzam moją zonę, a tam arabskie dziecko. Pozdrawiam serdecznie wszystkie nianie i przychodzi mi do głowy myśl. Ile miała dzieci pod opieką, że jej się jednego zapomniało?
środa, 29 sierpnia 2012
WESELE TYSI I SEBY
No nareszcie pojawił się wrześniowy grafik. Już myślałam, że nigdy go nie opublikują - nieroby. A to wszystko jak zwykle przez Ramadan, który na całe szczęście się już skończył. Po Ramadanie zaczął się Eid czyli kolejne święta, przez które kto tylko może bierze wolne. Dlatego też podejrzewam, że nie miał kto na czas przygotować rosterów. Doczekałam się Australii - Perth, nowej destynacji gdzie będę w pełni korzystała z dnia wolnego i jak zwykle już się nie mogę doczekać. Muszę pobuszować w internecie, co muszę obowiązkowo zobaczyć, a później zdam relację jak było. Reszta grafiku jest całkiem, całkiem, najważniejsze, że nie mam lotu do Hinduskowa, ale sbyje są jak pole minowe, zawsze może się pojawić jakiś niechciany przez nikogo Bombej albo Dheli. Oj oby nie.
Urlop w Polsce był cudowny. Wszystko ułożyło się po mojej myśli. W Katowicach byłam koło południa i mama z jamnikiem odebrała mnie z lotniska. Wizyta u babci, obiad i błogie lenistwo. Do Wesela Tyśki i Seby zostało kilka dni, więc przetrenowałam u fryzjera uczesanie w warkocz i pozałatwiałam sprawy, które zawsze przy okazji wizyty w domu trzeba ogarnąć. Mama podwiozła mnie pod dom Justyś, która wyglądała jak księżniczka w białej jak śnieg sukni ślubnej. Nie mogłam się napatrzyć, moja najlepsza przyjaciółka, którą znam już dwadzieścia lat błyszczała jak gwiazdy na czerwonym dywanie i lada moment wyjdzie za mąż. Nie byłabym sobą, gdybym przemilczała fakt, że fotograf wyglądał jakby szedł po mleko do sklepu, w tenisówkach, zwykłych gaciach i koszulce z krótkim rękawkiem. Żenada, ubrać się jak palant w takim ważnym dla wszystkich dniu. Oby zdjęcia wyszły ładnie, bo za strój ma dużego minusa. Kamerzysta zawstydził fotografa, bo nie można mu było nic zarzucić pod względem wyglądu, jednak profesjonalizm to profesjonalizm. Przyjechał Seba w eleganckim granatowym garniturze, w błyszczących lakierkach można się było przeglądać. Oboje prezentowali się szałowo.

Ślub odbywał się w kościele na Górze Św. Anny, gdzie prawie połamałam sobie nogi w moich wysokich szpilkach. Ale dzielnie walczyłam do samego końca. W aucie była zmiana, a potem dalej jak na szczudłach. Mały kościółek ma swoją niezwykłą atmosferę. Nie ma gapiów, pustych ławek i chłodu wielkiego molochu. Tato Justyny prowadził ją do ołtarza, a organista uderzał w klawisze kościelnych organów. No nie powiem, że łezka się w oku nie zakręciła. Rozpoczęła się ceremonia zaślubin, a mała Stellka znudzona zabawą zegarkiem Stefano, podjęła próbę zwrócenia na siebie uwagi głośnym gaworzeniem. Stellka, to ośmiomiesięczna siostrzenica Tyśki, jest przesłodka i chętnie był ją porwała. Mieliśmy małe kłopoty z synchronizowaniem kiedy wstać, kiedy siadać, kiedy klękać, więc egzamin praktyczny z "mszy" oblany. Po sakramentalnym "tak" zebraliśmy się przed kościołem i mimo, że ksiądz zabronił - posypał się ryż do sushi, grosiki i płatki róż. Życzenia, prezenty i pojechaliśmy do Izbicka, gdzie odbywało się wesele.
Jeśli ktoś szuka wymarzonego miejsca na zorganizowanie wesela, to z ręką na sercu mogę polecić Pałac w Izbicku www.palacizbicko.pl , pełen profesjonalizm od A do Z. Lubię się przyczepić, a naprawdę nie było do czego. Wyśmienite jedzenie, rewelacyjna obsługa, najlepsza organizacja jaką widziałam i zabawa do białego rana. Dj'e z Eski nie musieli namawiać do wspólnej zabawy, bo parkiet rozgrzany był do czerwoności. Tańce, hulanki, fontanna z czekolady i masa innych atrakcji towarzyszyła wszystkich gościom przez całą noc. Wszyscy bawili się znakomicie, aż żal było iść spać. Rano czekało na nas śniadanie i około trzynastej trzeba było opuścić pokoje. Druga część imprezy przewidziana była nad jeziorem w Januszkowicach. Wyborowe towarzystwo, rowerki wodne, słoneczko cały dzień i przypomniały się czasy szkoły średniej i studiów. Spędziłam cudowny czas, odpoczęłam i chętnie bym cofnęła wskazówki zegarka, żeby się znowu tam przenieść. Pozdrawiam ekipę z Poznania i zapraszam do Kataru, bo od 5 tego grudnia otwieramy długo oczekiwane połączenie do Warszawy. Będę stawała na rzęsach, żeby dostać się na ten lot, a jak się nie uda to chociaż na weekend odwiedzić stolicę. Czas urlopu szybko się kończy, czas wracać do pracy, bo zaraz Malediwy.
Urlop w Polsce był cudowny. Wszystko ułożyło się po mojej myśli. W Katowicach byłam koło południa i mama z jamnikiem odebrała mnie z lotniska. Wizyta u babci, obiad i błogie lenistwo. Do Wesela Tyśki i Seby zostało kilka dni, więc przetrenowałam u fryzjera uczesanie w warkocz i pozałatwiałam sprawy, które zawsze przy okazji wizyty w domu trzeba ogarnąć. Mama podwiozła mnie pod dom Justyś, która wyglądała jak księżniczka w białej jak śnieg sukni ślubnej. Nie mogłam się napatrzyć, moja najlepsza przyjaciółka, którą znam już dwadzieścia lat błyszczała jak gwiazdy na czerwonym dywanie i lada moment wyjdzie za mąż. Nie byłabym sobą, gdybym przemilczała fakt, że fotograf wyglądał jakby szedł po mleko do sklepu, w tenisówkach, zwykłych gaciach i koszulce z krótkim rękawkiem. Żenada, ubrać się jak palant w takim ważnym dla wszystkich dniu. Oby zdjęcia wyszły ładnie, bo za strój ma dużego minusa. Kamerzysta zawstydził fotografa, bo nie można mu było nic zarzucić pod względem wyglądu, jednak profesjonalizm to profesjonalizm. Przyjechał Seba w eleganckim granatowym garniturze, w błyszczących lakierkach można się było przeglądać. Oboje prezentowali się szałowo.

Ślub odbywał się w kościele na Górze Św. Anny, gdzie prawie połamałam sobie nogi w moich wysokich szpilkach. Ale dzielnie walczyłam do samego końca. W aucie była zmiana, a potem dalej jak na szczudłach. Mały kościółek ma swoją niezwykłą atmosferę. Nie ma gapiów, pustych ławek i chłodu wielkiego molochu. Tato Justyny prowadził ją do ołtarza, a organista uderzał w klawisze kościelnych organów. No nie powiem, że łezka się w oku nie zakręciła. Rozpoczęła się ceremonia zaślubin, a mała Stellka znudzona zabawą zegarkiem Stefano, podjęła próbę zwrócenia na siebie uwagi głośnym gaworzeniem. Stellka, to ośmiomiesięczna siostrzenica Tyśki, jest przesłodka i chętnie był ją porwała. Mieliśmy małe kłopoty z synchronizowaniem kiedy wstać, kiedy siadać, kiedy klękać, więc egzamin praktyczny z "mszy" oblany. Po sakramentalnym "tak" zebraliśmy się przed kościołem i mimo, że ksiądz zabronił - posypał się ryż do sushi, grosiki i płatki róż. Życzenia, prezenty i pojechaliśmy do Izbicka, gdzie odbywało się wesele.
Jeśli ktoś szuka wymarzonego miejsca na zorganizowanie wesela, to z ręką na sercu mogę polecić Pałac w Izbicku www.palacizbicko.pl , pełen profesjonalizm od A do Z. Lubię się przyczepić, a naprawdę nie było do czego. Wyśmienite jedzenie, rewelacyjna obsługa, najlepsza organizacja jaką widziałam i zabawa do białego rana. Dj'e z Eski nie musieli namawiać do wspólnej zabawy, bo parkiet rozgrzany był do czerwoności. Tańce, hulanki, fontanna z czekolady i masa innych atrakcji towarzyszyła wszystkich gościom przez całą noc. Wszyscy bawili się znakomicie, aż żal było iść spać. Rano czekało na nas śniadanie i około trzynastej trzeba było opuścić pokoje. Druga część imprezy przewidziana była nad jeziorem w Januszkowicach. Wyborowe towarzystwo, rowerki wodne, słoneczko cały dzień i przypomniały się czasy szkoły średniej i studiów. Spędziłam cudowny czas, odpoczęłam i chętnie bym cofnęła wskazówki zegarka, żeby się znowu tam przenieść. Pozdrawiam ekipę z Poznania i zapraszam do Kataru, bo od 5 tego grudnia otwieramy długo oczekiwane połączenie do Warszawy. Będę stawała na rzęsach, żeby dostać się na ten lot, a jak się nie uda to chociaż na weekend odwiedzić stolicę. Czas urlopu szybko się kończy, czas wracać do pracy, bo zaraz Malediwy.
wtorek, 28 sierpnia 2012
ŻYJĘ, ŻYJĘ
Jak plotki donoszą, nie zaprzestałam blogowania, a tylko chwilowo nie pisałam. A to bo urlop w domciu, wesele przyjaciółki, smutki i urodzinowe niespodzianki. Dzieje się jak zwykle bardzo dużo, i nie sposób nadążyć. Koza spóźnia się z grafikiem i już jajko trzy razy zniosłam, gdzie mnie katapultują w przyszłym miesiącu. Niedługo porządnie zabiorę się za pisanie, bo teraz uciekam na plażę, co by mi słońce nie zaszło. A jutro Malediwy więc podkład trzeba zrobić. Może nie będę wyglądać jak moja czekoladowa współlokatorka. Zaczęłam też czytać Millenium, więc musicie mi wybaczyć, że mało piszę. Dodam tylko, że w Gruzji jest przepięknie! Oczywiście mam zdjęcia! Buziaki
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















