wtorek, 1 września 2009

NIESAMOWITE PRZEŻYCIE - NURKOWANIE

Jak mówi Pani Magda, nurkowanie jest dla każdego. Dla małych, dużych, grubych, chudych, wysokich, niskich, dla pływających i niepływających. Pani Magda przyjeżdża do mnie na spotkania informacyjne i w niesamowity sposób opowiada o nurkowaniu głębinowym- czyli INTRO DIVING. Krótka prezentacja i ponad 50 % osób zawsze decyduje się spróbować. Nie każdy do końca świadomy, czego może się spodziewać pod wodą, ale z nutką ekscytacji czeka na dzień kiedy przyjdzie mu nurkować na głębokość 10 metrów.

Prezentacja dobiega końca i poszczególne osoby zadają nurtujące ich pytania. Widzę przerażenie w ich oczach i strach. Myśli krążą w ich głowach - czy przełamią swoje obawy i lęk, czy zejdą aż tak głęboko, czy będą potrafili uspokoić oddech i podziwiać zapierający dech w piersiach podwodny świat?
Wszystkie pytania zostają zaspokojone i otrzymują bilet na wycieczkę.
Zbiórka wczesnym rankiem. Jest 20 min czasu na zjedzenie śniadania i w drogę. No oczywiście można by jeść śniadanie nawet 50 min dłużej, bo kierowca ma spóźnienie. Godzinne czekanie, żołądek przyklejony do pleców i wypatrywanie egipskiego przewoźnika. Po godzinnym spóźnieniu, jest i nasz driver. Uśmiechnięci i w idealnych humorach pędzimy egipską autostradą do centrum nurkowego w Hurghadzie. W bazie czeka na nas zniecierpliwiona grupa przyszłych nurków oraz Pani Magda. Dostajemy koszyk z numerem oraz sprzęt - maski, pianki oraz płetwy. Idziemy na statek. Nowe piękne łodzie czekają w przystani. Grupa około 20 osób przygotowana na wielką przygodę. Wypływamy. Raptem parę minut od wypłynięcia zatrzymujemy się przy policji, która kontroluje stan naszej łodzi oraz zapisuje ile osób wypływa i na jaką rafę koralową się udajemy. Przyjemny wietrzyk, piękne widoki a w głowie wirują myśli o tym co czeka nas już za chwilę. Na górnym pokładzie, który został nazwany "słonecznym" zbierają się uczestnicy wycieczki i kilku instruktorów. Następuje podział na grupy według znajomości języka. Najliczniejsza grupa polska, niewielu Rosjan, Francuz z 8-9 -cio latkiem szczerbatym w 90- ciu procentach i z owłosionymi nogami ( jak na dziecko, które jest w wieku komunijnym to jakiś king kong) Anglik z rodziną i przystojniak z Polski ze swoim indywidualnym kursantem. Pokład słoneczny został podzielony na sekcje i każda grupka znalazła dla siebie trochę miejsca. Pani Ewelina zaczyna prezentację. Powoli i dokładnie wyjaśnia na czym będzie polegało dzisiejsze nurkowanie i odpowiada na szereg często zabawnych pytań. Pokazuje w jaki sposób należy wylać wodę z maski, gdy będziemy pod wodą a maska będzie nie do końca szczelna oraz pokazuje jak działa urządzenie a'la gwiezdne wojny służące do oddychania pod wodą. Następnie czas na lekcję komunikowania się. Do porozumiewania się pod wodą będą służyły nasze dłonie. Pani Ewelina pokazuje pierwszy znak - łączymy kciuk i palec wskazujący tak, aby powstało kółeczko, czyli OK jest SUPER. Znak numer dwa kciuk skierowany w dół, można by powiedzieć że nam się kompletnie nie podoba - oznacza NURKUJEMY. Trzeci podobny do poprzedniego, z różnicą iż kciuk wędruje do góry, trzeba oduczyć się przyzwyczajeń sygnalizując JEST SUPER, tym razem będzie oznaczało CHCĘ DO GÓRY. Amatorzy nurkowania często zmuszają instruktora do wyjścia na powierzchnię, na pytanie instruktora co się dzieje, dlaczego do góry ? osoba odpowiada " no przecież mówię że jest zajebiście".

Znaki opanowane. Przychodzi tzw. cykor. Pani Magda wyczytuje listę wg. imion i zaprasza na dolny pokład celem przygotowania i ubrania się w sprzęt. Wciskam się w piankę, szukam swojej maski z koszyka numer osiem, wkładam płetwy, beżowy zapina pas z ołowiem ( ciężki jak pieron) i siadam na drewnianej ławeczce z kilkunastoma butlami w około. Pluję do maski, żeby nie spróbowała mi pod wodą parować. Czuję w brzuchu wszystkie organy, jakby motyle, mrówki wszystko naraz. Zakładam butlę ( a myślałam że pas był ciężki) i nerwowo próbuję automat do oddychania, czy działa cz nikt nie odgryzł małych dzyndzelków ze środka. Niby działa, ale pewności nie mam czy zadziała pod wodą. Odgłos a'la gwiezdne wojny brakuje jeszcze Obiłankenobi i Skajłokera.




O matko jak się boję... Serce bije mi jak oszalałe. No i przyszedł mój koniec. Pani Magda podnosi butlę tak ciężką, że chyba od razu pójdę na dno. Wstaję i kaczym krokiem przesuwam się do krawędzi łodzi. Mój atak paniki i próbę wycofania się pominę, więc zacznę od tego jak już znalazłam się w morzu. Ku mojemu zaskoczeniu, unoszę się ślamazarnie na powierzchni. Nadal spanikowana pod okiem egipskiego instruktora wkładam głowę pod wodę. I ponownie ku mojemu zaskoczeniu, okazuje się, że automat działa rewelacyjnie i jestem gotowa nurkować i podzwiać rybki wszelakich barw i odcieni. Kciuk w dół i po kilku minutach byłam już 6 metrów pod wodą. Kolorowe ryby, małe i duże,ładne i brzydkie, mijały mnie jakbym była gigantyczną mega dziwną rybą. Pojawił się człowiek z kamerą, udawałam że macham i pokazywałam znak, że jest super. Kamerzyście to wystarczyło i popłynął do innych nurków, zmuszając ich do zbędnych ruchów w stronę kamery. Spokojny oddech pod wodą i podziwianie tych niesamowitych podwodnych głębin to jedyna rzecz, którą trzeba robić pod wodą. Wszystko pozostałe wykonuje za nas instruktor. No zapomniałam o wyrównywaniu ciśnienia poprzez zatkanie nosa aż poczujemy lekkie pyknięcie w uszach, ale to też bułka z masłem.


Spotkanie z najbrzydszą rybą na świece mureną i wyjście na powierzchnię. Nareszcie uśmiech i ogromna radość. Nie wierzę, że udało mi się tego dokonać. Pokonałam swój strach i zanurkowałam w morzu czerwonym. Ufff...czuję się bosko. Fantastyczne uczucie nie opuszcza mnie aż do obiadu. Chwila relaksu na łodzi i czas na drugie nurkowanie. Teraz już jak to się mówi "na śmietanie". Bez stresu, że się uduszę pod wodą na dodatek będę nurkować z Patrycją ( pracuje jako animator w hotelu i pojechałyśmy razem ).

Skok do wody i plum pod wodę. Nasz tryskający optymizmem instruktor rozbawia nas prawie do łez, które pod wodą są niewskazane, nie mówiąc już o uśmiechu. Nie chciałabym żebym nalała mi się woda do maski ani do maski ani to buzi. Drugie nurkowanie już o wiele przyjemniejsze. Wreszcie zobaczyłam oszałamiające rybki i inne stwory, które wcześniej dostrzegałam tylko w połowie ( źle naplułam do maski i delikatnie prawe oko mi zaparowało ). Żyjąca rafa koralowa z jednej strony przeraża a z drugiej zachwyca niesamowicie. Ktoś kto nigdy nie nurkował, nie jest w stanie wyobrazić sobie jakie skarby kryją się pod taflą wody. Podwodny świat kryje tyle tajemnic, co niebo pełne gwiazd. Zdecydowałam się na zrobienie kursu PADI. "Być w Egipcie i nie nurkować to siara co najmniej na całą Polskę" Z pozdrowieniami dla Madzi oraz wszystkich, którzy odważyli się zanurkować.

sobota, 15 sierpnia 2009

NOWOCZESNA ALEKSANDRIA

Najpiękniejsze w życiu to możliwość podróżowania. Można dowolnie przemieszczać się po różnych zakątkach świata i zachwycać się nie tylko pięknymi widokami, ale także poznawać to, co tak bardzo wszystkich fascynuje - kulturę, obyczaje i tradycje nowo poznanych miejsc. Wycieczkę do Aleksandrii planowałam już od dawna. Nawet moja Pani promotor, uznała wyjazd do Aleksandrii za priorytetowy i absolutnie obowiązkowy, podczas tak długiego pobytu w Egipcie. Nie ma się co dziwić, to miejsca jest zachwycające.


Wyruszyłam z Hurghady do Kairu około godziny 16-stej. Podróż minęła szybko, nie zatrzymywałam się po drodze. To co się dzieje w Kairze, przechodzi ludzkie pojęcie. Korki, wypadki i kierowcy szaleńcy. Zasady ruchu drogowego, przypomniały mi kampanię reklamową na bilbordach w całej Polsce pt. "prawo jazdy to nie prawo dżungli". W stolicy Egiptu mam wrażenie, że 70% kierowców nie ma pojęcia co to jest prawo jazdy i do czego służy. Serce w gardle, prawie wyskoczyło ze strachu. Kilkadziesiąt razy myślałam, że przejeżdżające samochody urwą mi lusterko, wjadą w bok w tył albo w przód samochodu.

Nieustające trąbienie, nawet jeśli wypadło akurat czerwone światło na skrzyżowaniu. Policja która teoretycznie kieruje ruchem, nie ma siły przebicia. Nikt, nikt , nikt nie słucha i nie uznaje policjanta, który za wszelką cenę usiłuje wprowadzić porządek na rondzie. Ruch w każdą stronę. Jazda pod prąd nikogo tam już nie dziwi. Na jednym z największych mostów, zrobił się korek. No właściwie nie tylko tam. Większa część miasta, jest przez cały czas zakorkowana. Zaskoczeniem była przyczyna takiego blokowania ruchu. Czy widzieliście kiedyś, żeby ktoś brał ślub na moście? Ja nie, ale wiedziałam, skąd się wziął ten koszmarny korek. Około 10 młodych par, kobiety ubrane w białe suknie i długie jak nil welony, podchodziły do barierki spoglądając na Nil. Orszak samochodów, który przyjechał wraz z nowożeńcami, zablokował praktycznie całkowicie ruch na moście. Unoszący się smog nad miastem, szary krajobraz, przerażająca bieda, którą w nocy zobaczyć można przez okna domów stojących zaraz przy głównej ulicy. W Kairze odnajduję motel-hotel, trudno jednoznacznie określić. Okolica mało przyjazna, ale dla mnie najważniejsze było łóżko aby wyspać się przed wyprawą do Aleksandrii. Ośmiopiętrowy budynek, przypominał zaniedbaną kamienicę na krakowskim Kazimierzu. Najstarsza na świecie winda, kraty, drewniane drzwi po obu stronach i osiem wielkich czarnych guzików, z których działa tylko jeden z numerem 8. Popatrzyłam z obawą na liny i modliłam się, żeby dostać się jak najszybciej na górę. Było już późno, kilkanaście minut po północy. Motel-hotel szybko przemienił się w motelik-hotelik z akcentem na motelik-straszny hotelik.



Wystrój - kwestia gustu. Brudne ściany, obklejone wpisami ludzi z całego świata, którzy mieli przyjemność spędzić tam choć jedną noc. Pokój z łazienką i niesamowitym widokiem na Kair. Z 8 mego piętra, aż zakręciło mi się w głowie. Warunki tragiczne. Karaluch zabity przed spaniem, głośny jak nawołujący Muezin wiatrak i nieprzyjemny zapach. Pomyślałam byle do rana. I tak był to jeden z lepszych, niedrogich miejsc noclegowych.
Rano wczesnym rankiem opuściłam moją kwartirę i ku mojemu zaskoczeniu winda była na dole. Ponieważ guzik nie działał, bo niby dlaczego miałby działać, milion schodów pokonałam pieszo. Pocieszający był fakt, że to schody w dół a nie w górę. Podjechałam rozpadającą się przy każdym kolejnym pokonanym metrze taksówką. Po 15 minutach dojechałam do stacji kolejowej.

Pociąg z wielką czarną lokomotywą i kilka osób biegających po peronie bez biletów. Znalazłam miejsce i pociąg ruszył. Po 2-óch godzinach byłam już na miejscu. Wysiadłam i złapałam taksówkę. Mówiąc dokładniej, to taksówka mnie złapała, a jeszcze dokładniej kierowca taksówki. Zaoferował city tour po Aleksandrii pokazując mi wygniecioną i pobrudzoną ulotkę.


Poprosiłam, aby zawiózł mnie do twierdzy Kajtbaj. Jedna z największych atrakcji na wybrzeżu Aleksandrii. Imponująca budowla, nad samym morzem przypominała średniowieczny zamek. Kupiłam bilet i weszłam do środka. Policja turystyczna kontrolowała wszystkich odwiedzających, ale mało precyzyjnie. Na dziedzińcu czerwony dywan prowadził do gigantycznych drzwi wejściowych. Niewielka scena przed wejściem oraz rząd krzeseł sygnalizowały jakieś wieczorne występy. Kilka kondygnacji, kamienne schody i labirynt korytarzy.

Zimne ściany nadawały temu miejscu czegoś magicznego, tak jakby się cofnąć o kilkadziesiąt lat. W środku panował ścisk. Tłocznie zrobiło się na schodach, ale nic dziwnego w końcu wybrałam się na zwiedzanie w piątek. Wolny dzień w Islamie i wszystkie arabskie rodziny też wpadły na pomysł, aby odwiedzić zamek. Cóż..kontynuowałam zwiedzanie, robiąc po drodze kilkadziesiąt zdjęć. Po kilku minutach, arabska rodzina poprosiła mnie o zdjęcie. W pierwszej chwili myślałam, że to ja mam zrobić im wspólne zdjęcie, ale szybko mnie poprawili.


Chcieli zrobić zdjęcie ze mną. No fakt byłam jedyną blondynką na zamku, jeśli nie w całej Aleksandrii. Uśmiechnęłam się szeroko i poszłam dalej. Po 20 minutach przestałam liczyć, ile osób już zdążyło zrobić sobie ze mną zdjęcie. Zaczęło się to robić męczące. Niczym gwiazda filmowa przechadzałam się po zamku, ciągnąc za sobą sznur gapiów i osób z telefonami komórkowymi, którzy liczyli na to, że uda im się zrobić chociaż jedno zdjęcie z ukrycia. Dziewczynę o jasnej karnacji i bladą jak ściana, w blond kicie i czerwonych paznokciach widzieli tylko na MTV.

Mimo wszystko miłe uczucie, sprawić komuś tyle radości jednym zdjęciem wykonanym telefonem komórkowym. Byłam przestawiana z miejsca na miejsce, aby było lepsze światło i mogli być pewni, że zdjęcie wyjdzie idealnie. Nie pozwiedzałam więc w spokoju i ruszyłam dalej na podbój Aleksandrii.



Deptak wzdłuż morza, obfitował w różnorodne pamiątki. Można było zakupić muszle wszelakich kształtów i rozmiarów. Na brzegu siedziały arabskie rodziny, wędkarze i młode pary trzymające się za ręce. Zakwefione kobiety samotnie na falochronie, a morze szumiało jakby chciało im coś powiedzieć. Deptak zaprowadził mnie do bryczek. Aż chciało by się powiedzieć do kuni. Ponieważ dochodziła godzina 12 -sta, miejscowa ludność udawała się w stronę meczetów, a dorożkarze czekali na naiwnych turystów. I pojawiłam się ja. Konie, nazywane przeze mnie kuniami, wyglądały jakby obchodziły ramadan przez cały rok. Biedne, marne, wychudzone aż serce się ściskało. I tak się ścisnęło, że po 2 minutach siedziałam już w czwarnej skórzanej dorożce, wsłuchując się w głos muezina, który dochodził z pobliskiego meczetu. No to wiooo.. Koń ruszył, a ja schowałam do kieszeni osłonę z aparatu i przygotowałam się do robienia zdjęć. Minęłam kilka stoisk z rybami i dotarliśmy do starej części Aleksandrii.



Piękne uliczki, kolorowe pranie dyndało z okien a miasto ucichło. Wszyscy udali się na popołudniową modlitwę. Mężczyźni słuchali kazania Immama, następnie wykonując "pokłony" charakterystyczne dla wyznawców islamu. Nie zrobiłam zdjęcia. Nie chciałam swoim zachowaniem nikogo urazić. Dorożka skręciła w lewo. Zachwycałam się pustymi ulicami i niesamowitym widokiem. Zupełnie inny charakter miasta, porównując dla przykładu z okropnym Kairem.


Niektóre domy przypominały ruinę, inne jakby czas się zatrzymał i zatrzymało cały urok aż do teraz. Dorożkarz zatrzymał się przy jednopiętrowej kamienicy.

Stary szary budynek z wybitymi oknami i częściowe zdewastowany. Jednakże intrygujący. Przejechał zakurzony tramwaj i gdy zniknął już z pola widzenia, mężczyzna opowiedział dlaczego się tu zatrzymujemy. Trudno w to wierzyć lub też nie, dom ten należał kiedyś do seryjnego mordercy. Podobno zakopał wiele osób pod swoją posiadłością..mówi się, że do dzisiaj są tam szczątki zamordowanych. Hmm..dom na samą myśl o tej historii wydał mi się bardziej przerażający jak na początku. Nie weszłabym do środka nawet za dopłata. Kolejne miejsca były już o wiele przyjemniejsze, choćby pod względem wyobraźni. Przejechaliśmy obok meczetu. Podobny meczet znajduje się w Hurghadzie. Piękny - nie można oderwać oczu. Dopracowany w każdym szczególe, biało - czerwony z dwoma minaretami. Za meczetem ukazała się Aleksandria z czasów rzymskich. Architektura, zieleń oraz zadbane otoczenie sprawia, że ta część miasta do złudzenia przypomina stolicę Tunezji. Wpływy europejskie i czas kolonializmu przyczyniły się do tego, aby nazywać Aleksandrię najpiękniejszym miejscem na północy Egiptu. Podobno nawet ludzie są bardziej otwarci i życzliwi. Sama się przekonałam już na twierdzy... Ostatni punkt programu to coś na co czekałam cały dzień.

Biblioteka aleksandryjska. Imponująca budowla. Wygląda jakby położyła się do snu. Oszklona ściana w żadnym wypadku nie przypominała biblioteki. Wyglądała jak tafla lodu, po której można by było wejść na szczyt. Nachyleniu mogło mieć najwyżej 20 stopni a wraz z dolną krawędzią zaczynał się kilkucentymetrowy basen wody.
Przed biblioteką ogromna kula, która okazała się być planetarium.

Na seans się niestety spóźniłam. A z kolei prze planetarium mozaikowe rzeźby ptaków i innych dziwactw. Woww.. Cudowne miejsce. Szkoda, że był to piątek i wizytę musiałam odpuścić. Po całodziennym zwiedzaniu przyszedł czas na pizzę. W znanej pizzeri z daszkiem w logo. Po wyczerpującej wyprawie trzeba było wracać. Dworzec w Aleksandrii za dnia, nie przypomina tego samego dworca po zachodzie słońca. Tłum ludzi, wałęsające się dzieci, tony walizek, siatek, toreb i plecaków. Coś okropnego. Podjechał pociąg zapełniony po sam dach. Ludzie wskakiwali w biegu wykrzykując arabskie słowa. Oknami drzwiami, ludzie śpiący na podłodze i podróżujący w miejscy gdzie łączą się dwa wagony. Brud, syf i totalny haos przypomniał mi obraz pociągu z Indii. Tym samym moje marzenie o Indiach znowu odsunęlam na dalszy plan. Chyba nadal nie jestem gotowa na taką wyprawę.

Aleksandria jest magiczna, piękna i bardzo przyjazna. Wszyscy są uśmiechnięci i bardzo sympatyczni. Uwielbiam to miasto - za pewne jeszcze tam wrócę.

czwartek, 13 sierpnia 2009

Z POZDROWIENIAMI DLA STESKNIONYCH

Po dlugim milczeniu,zazwyczaj jest poczucie winy i pisze sie prawie powiesc. A tu wlasnie nie! Nie pisalam, bo nie i basta. Wiadomosci i zle i dobre, z kazdej dziedziny po troche. W wielkim skrocie co tam u mnie. Pracuje, zwiedzam, milo spedzam czas i ciagle brakuje mi czasu. Odwiedzilam cudowna Aleksandrie oraz ohydny Kair. Opisze z najmniejszymi szczegolami moja wyprawe do Aleksandrii, upiekszajac nie jednym boskim zdjeciem. heh jedno udalo mi sie szczegolnie i chyba wysle je na jakis konkurs fotograficzny. Co do konkursow - bardzo dobra wiadomosc, ale o tym na pewno nie teraz - moja slodka tajemnica. Jak juz bede znac dokladne szczegoly, daty itp na pewno sie pochwale i przy lampce szampane obleje sukces.
W egiptowie wiele sie nie zmienia. No tylko tyle, ze mozna juz kupic paczki a'la ramadanowe. Wszyscy biegaja, sprzataja, przygotowuja dekoracje i oczywiscie kupuja lampiony. Male duze, srednie a niektore gigantyczne. Lampiony wygladaja podobnie jak nasze, z ktorymi zawsze skoro swit maszerwalo sie do kosciola. Te egipskie sa papierowe i bardzo kolorowe. Kolorowe sa takze szmaty, ktorymi dekoruja kawiarnie, restauracje, hotele, caffejki i sklepy. Masakra zacznie sie wraz z rozpoczeciem ramadanu czyli kolo 20 stego sierpnia. Nie ma to jak obchodzic urodziny gdy wszyscy poszcza od wschodu do zachodu slonca. Beda chodzic zli, naburmuszeni i wiecznie glodni. W ciagu dnia beda opryskliwi i leniwi, odliczajac godziny, minuty a potem sekundy do zachodu slonca. Wrzask Muezina z wszystkich mecztow swiata, modlitwa i wielkie ramadanskie sniadanie. Nie daj Bog, zebysmy mieli w tym czasie przylot wylot lub cokolwiek innego. Swiat muzulmanski jest wylaczony. Tak jak wylacza sie swiatlo gdy wylacza prad - tak wszystko na trzy cztery, zamiera w ciapatowie. Nie ma nikogo do odprawy pasazerow na lotnisku, nie ma nikogo na ulicach, w sklepach. Restauracje oblezone przez cala hurghade - jak sie nie naje czlowiek przed zachodem to potem przez co najmniej 3 godziny nie ma gdzie zjesc. Ahh..jeszcze tydzien i sie zacznie.

środa, 8 lipca 2009

LENIWIE

Jakoś mi dziś nudno. Na dyżurze spokój..cisza..nic się nie dzieje. Jeden człowiek zgubił klucz od pokoju i to jest wydarzenie tygodnia. Oprócz tego totalnie nic. Nareszcie mój operator komórkowy włączył mi telefon i mogę od czasu do czasu sprawdzać polską kartę. Trochę to trwało – ale tak to jest jak się nie płaci rachunków na czas. Aktualnie poszukuję lokum w Krakowie, żebym mogła gdzieś się podziać jak wrócę. Trochę czasu jeszcze tu będę, ale jakby się coś znalazło już teraz, to by było super.

Dzisiejszy dzień od rana do nocy w pracy. Najpierw dyżury, a póżniej city knur. Jak można jeździć na tą wycieczkę – nie wiem, ale kupują i trzeba jechać. Kupię sobie przynajmniej kartę do telefonu, bo powoli kończy mi się kredyt. Noga powoli się goi – no dokładniej mówiąc kolano. Turyści wporządku, hotel ok., pogoda super – czego chcieć więcej ??? Nie mam weny – to oznacza, że trzeba kończyć.

poniedziałek, 6 lipca 2009

IMIENINY

Nie znam Egipcjanina, który wie co kryje się pod słowem imieniny ale uświadomiłam chociaż kilka osób. Kochani rodzice pamiętali po wpadce urodzinowej Taty nawet kilka dni wcześniej otrzymałam życzenia. Dziękuję wam pięknie, cudownie dostać telefon od najbliższych gdy do domu tyle kilometrów. Dzisiaj wylot - przylot - zakwaterowanie więc cały dzień praktycznie na pełnych obrotach i ze świętowaniem będę musiała poczekać. Wprawdzie nie wszyscy obchodzą imieniny, ale ja raczej tak. Zawsze to okazja do świętowania. Nowe pachoły jakieś takie wydają mi się dziwne. Jutro info, może będzie ok. Słońce gorące, młode pary honeymooners się zjeżdżają jak na kolonię, mrówki , gekony i inne maleństwa w pokojach uatrakcyjniają zdecydowanie pobyt moim turystom.

A ja sierota popsułam sobie kolano. W dzień wolny zachciało mi się grać w siatkówkę. Oprócz zakwasów mam też uszkodzone kolano. Niby plażówka, ale piasek już nie pierwszej jakości i się zdarło aż do krwi. Polewam wodą utlenioną i patrzę jak się pieni. Szczypie potwornie, ale jestem twarda - trochę panikuję, ale w spódnicy na infie będzie wyglądało dramatycznie. Oprócz kolana, to reszta ok. Jestem już zdrowa. Żadnych dolegliwości - hamdullla. ( dzięki Bogu)

Już lipiec..jak ten czas leci.

piątek, 3 lipca 2009

BRAK CZASU

Biegam, biegam i biegam…brak czasu nie pozwala ostatnio na pisania na moim ukochanm blogu. Cieszę się, że są osoby, które się tego domagają, a to bardzo mobilizuje. Zabrałam dziś komputer ze sobą za dyżury. Piątkowy słoneczny dzień – mało osób pojawi się na dyżurze, więc spokojnie będę mogła zebrać wieści z Egiptowa i napisać szczegółowo co słychać.
Jadę taxówką do Royal Makadi. W końcu po kilku tygodniach walki, proszenia i narzekania nie podstawiają mi więcej Yalla Busów ( busiki – lokalny transport w Egipcie ), które mało tego ciągle się spóźniały, to jeszcze były wolne jak żółwie a ja cały czas jestem ograniczona czasowo. Teraz mój szofer mknie przez pustynię jak szalony. Po prawej piach po lewej piach, za około 20 min będę w hotelu Royal. Totalny wygwizdów, oprócz hotelowych atrakcji nie ma wiele w około. No właściwie nic nie ma, oprócz dwóch dziko pasących się wielbłądów. Słońce wysoko, grzeje potwornie a piasek błyszczy od palących promieni słonecznych. Tydzień powoli się kończy a ja stresję się kolejnym przylotem. Zaczyna się to czego nikt nie lubi czyli overbook. Hotel nie przyjmuje naszych pokoi gwarancyjnych ( czyli takich które niezależnie od tego czy mamy tam gości czy nie – mają być ) i trzeba będzie szukać dla pachołów nowego. Naród będzie zły, a nawet powiem więcej – na lotnisku w poniedziałek będzie siwy dym. Bo jak by tu Panu i Pani wytłumaczyć, że rozumiemy iż za wakacje płacili już w listopadzie i teraz hmm..szkopuł ale tam nie ma dla nich miejsca i zostaną przekwaterowani do innego hotelu X, o podobnym standardzie lub wyższym.

Już po dyżurze. Nawet trochę osób się pojawiło, kupili nurkowanie i Kair na dwa dni ku mojemu zdziwieniu. Ku zdziwieniu w tym sensie, że nie zawsze jest grupa na Kair 2dni. Sympatyczni ludzie, co ostatnimi czasy rzadko się zdarza. W moim Menavillku ponad 100 paxów ( pax to osoba w slangu turystycznym). Mała babcia podczas wczorajszej kolacji pozwoliła sobie zadać mi pytanie. Cytuję „ Pani Dominiko, proszę mi wytłumaczyć, jak to jest, że ja mieszkam na dole i obok w pokoju wprowadzili się Araby” z buzią pełną zmarszczek babcia ciągnie dalej, „ bo ten hotel to nie ma 4* i jak ja byłam w hotelu (jakimśtam) to to były 4 gwiazdki ale tu, to jakaś kpina” wysłuchuję ze stoickim spokojem. Babcia natomiast mówi „ Araby palą tak śmierdzące papierosy, że wytrzymać nie idzie, czy w całym hotelu nie ma innych pokoi ? Dlaczego są zakwaterowani obok mnie” Jakbym to ja ich tam specjalnie zakwaterowała..Z drugiej strony co tu się dziwić, że Arabowie mieszkają drzwi obok skoro jesteśmy w Arabowie. To tak jakby się skarżyć w Polsce, że mamy sąsiadów Polaków. Babcia nie była usatysfakcjonowana, że w hotelu są też inne narodowości jak Francuzi, Rosjanie, Niemcy i także Arabowie. Hehe..ręce opadają.

A teraz siedzę w restauracji Amalia i czekam na spagetti. Głodna jestem strasznie. W tle leci Aisha i się rozmarzyłam. Strasznie lubię tą piosenkę. Nie umiem śpiewać w oryginale, ale chociaż po polsku nucę pod nosem. Lalal..lalal..tak sobie śpiewam. Uuuu…aisha …aisha ekutemła. Dzisiaj pewien osobnik nazwał mnie osobą nietolerancyjną, bo się wyśmiewałam, że słucha disco polo. No każdy słucha co lubi i o gustach się nie dyskutuje. Ale żeby od razu o nietolerancji, ja wolę Madonnę i Justina inni wolą disco polo na kasety. Tu za to w moim arabkowie hitem jest Elissa, super śpiewa i extra wygląda. Laska że hej, można posłuchac na YouTube. Dziś mam zamiar nauczyć się jednej miłosnej pioseneczki. Mam tekst napisany po arabsku, teraz tylko przysiąść i się nauczyć. Dzień jeszcze młody. Spagetti było pyszne. Idę do pokoju odpocząć.
Zawsze obiecuję, że napisze więcej a potem nie mam czasu. To dziś nie obiecuję nic.