U mnie ciągle nauka. Nie ma chwili wytchnienia i jak jeden dzień się skończy, następny zaczyna się od powtórki z poprzednich wykładów. A jest tego tyle, że mój mózg już się buntuje i nie chce przyswajać żadnych informacji. Jeden wolny dzień w tygodniu, czyli piątek przeznaczony na zakupy i naukę, bo zaczyna się spory egzamin praktyczny i ustny, do którego czy chcę czy nie chcę muszę się wykuć na blachę. Na szkoleniu nie ma czasu na nudę, nasz trener Anil ma anielską cierpliwość i możemy się tylko cieszyć, że trafiłyśmy na tak dobrego nauczyciela. Znam już wszystkie zakamarki, guziki i nazwy w Airbusie 319,320,321 i teraz męczymy A330. Większy o wiele bardziej mi się podoba. Też sobie kiedyś taki kupię...hehe
środa, 9 marca 2011
czwartek, 3 marca 2011
STRAŻAK SAM
Ostatni egzamin zaliczony z jedną pomyłką, którą zrobiła większość grupy. Wszystkie odpowiedzi poprawne, a należało jak się okazało wybrać tą najbardziej najlepszą, głupota - ale najważniejsze, że zaliczone. Przeszliśmy do praktyki, czyli zajęcia z gaszeniem pożaru. No z tym pożarem to bez przesady, ale to zaraz opowiem. Po egzaminie pojechałyśmy na ćwiczenia. Miałam dresik, sportowe buty, koszulkę, na zmianę, inne dziewczyny preferowały szpilki i strój biznesowy. No jak kto woli, jak było im tak wygodnie to czapka z głowy.
W Doha, o której by się nie wyjechało jest korek. Wielkie białe samochody stoją i trąbią na siebie, tak jakby miało to rozładować korek. A tak w ogóle, to są strasznymi kierowcami. Pełno wypadków, jeżdżą naprawdę na wariata i w nosie mają przepisy. No chyba, że taksiarze, którzy nie chcą zawracać na znaku zakaz zawracania - to tylko oni jeżdżą jeszcze w miarę ok. Patrzę przez okno naszego busa, ninja za kierownicą, anioły i reszta. Po godzinie dotarliśmy na miejsce. Budynek szkoleniowy położony na końcu świata, ale wyposażony we wszystkie potrzebne sprzęty do treningów różnego rodzaju. Przebieranki, wypełnianie ankiety i zaczęły się ćwiczenia z gaśnicą.
Pomieszczenie przypominało kabinę w samolocie, powiedzmy klasę bardzo ekonomiczną. Na początek trzeba było ugasić pożar w piekarniku wielkości skrzynki na listy, takiej czerwonej jak jest na poczcie. Każda z dziewczyn dostała maseczkę ochroną, która przebierała różne wcielenia. A to na nosie, a to na głowie a to na oczach, dziewczyny miały ubaw po pachy. Dostałyśmy okularki i rękawice wielkości XXXL, przez które o wiele trudniej obsługiwało się niewielką gaśnicę. Drugie zadanie i drugi pożar był w toalecie, rach ciach i ugaszone. Zadanie wykonane wzorowo i można było wracać do "domu". Godzina była wczesna więc z Meksykanką i Kostarykanką wybrałyśmy się na souk, zjeść coś typowo arabskiego i zapalić shiszę. Pyszności !!! Cudna atmosfera, jabłkowy dymek z shiszy i 21:30 niczym kopciuszek szukałyśmy karety, która przed 22:00 dowiezie nas do naszego damskiego akademika. Udało się, zameldowałyśmy się na kilka minut przed dziesiątą. Więźniowie wrócili. Czas spać.
W Doha, o której by się nie wyjechało jest korek. Wielkie białe samochody stoją i trąbią na siebie, tak jakby miało to rozładować korek. A tak w ogóle, to są strasznymi kierowcami. Pełno wypadków, jeżdżą naprawdę na wariata i w nosie mają przepisy. No chyba, że taksiarze, którzy nie chcą zawracać na znaku zakaz zawracania - to tylko oni jeżdżą jeszcze w miarę ok. Patrzę przez okno naszego busa, ninja za kierownicą, anioły i reszta. Po godzinie dotarliśmy na miejsce. Budynek szkoleniowy położony na końcu świata, ale wyposażony we wszystkie potrzebne sprzęty do treningów różnego rodzaju. Przebieranki, wypełnianie ankiety i zaczęły się ćwiczenia z gaśnicą.
Pomieszczenie przypominało kabinę w samolocie, powiedzmy klasę bardzo ekonomiczną. Na początek trzeba było ugasić pożar w piekarniku wielkości skrzynki na listy, takiej czerwonej jak jest na poczcie. Każda z dziewczyn dostała maseczkę ochroną, która przebierała różne wcielenia. A to na nosie, a to na głowie a to na oczach, dziewczyny miały ubaw po pachy. Dostałyśmy okularki i rękawice wielkości XXXL, przez które o wiele trudniej obsługiwało się niewielką gaśnicę. Drugie zadanie i drugi pożar był w toalecie, rach ciach i ugaszone. Zadanie wykonane wzorowo i można było wracać do "domu". Godzina była wczesna więc z Meksykanką i Kostarykanką wybrałyśmy się na souk, zjeść coś typowo arabskiego i zapalić shiszę. Pyszności !!! Cudna atmosfera, jabłkowy dymek z shiszy i 21:30 niczym kopciuszek szukałyśmy karety, która przed 22:00 dowiezie nas do naszego damskiego akademika. Udało się, zameldowałyśmy się na kilka minut przed dziesiątą. Więźniowie wrócili. Czas spać.
poniedziałek, 28 lutego 2011
CIEMNA STRONA MOCY
Skończyło się już szkolenie pt."serwis". Nie ma już wózeczka, nie ma serwowania przekąsek, gorących ręczników i miksowania drinków. Zaczęło się wkuwanie zasad bezpieczeństwa i nauka, której studenci na pewno by mi nie pozazdrościli. Gaśnice, nadajniki, kaptury przeciw zaczadzeniu i inne, muszę mieć w jednym palcu. Procedury wyuczone jak w wojsku, nie można swoimi słowami, tylko tak jak jest w książce, słowo w słowo. Więc co mi pozostaje, siedzę i czytam, powtarzam i staram się zapamiętać.
Dzisiaj pierwszy egzamin z procedur i zasad postępowania w przypadku dekompresji, pożaru, przymusowego lądowania i ewakuacji. Nie jest to wcale takie proste jak się wydaje, a słuchanie trzeci dzień o katastrofach lotniczych i przyczynach np.dekompresji, nie nastraja optymizmem. Mam nadzieję, że nie będę musiała nigdy z tej wiedzy i umiejętności korzystać.
Nurtująca wszystkich kwestia zakazu palenia w samolocie, została rozwiana. Gdy osoba zapala papierosa, stwarza zagrożenia pożaru, a wiemy jak szybko samolot potrafi się spalić. QA ma bardzo restrykcyjne przepisy, za zapalenie papierosa od razu osobnik przekazywany jest policji i odpowiednim slużbom i zostaje wpisany na czarną listę, także z pewnością takiego Pana lub Pani drugi raz na pokładzie QA nie zobaczymy. Jest się czego bać. A gdyby ludzie zdawali sobie sprawę, że taki niewinny papieros może doprowadzić do katastrofy, może inaczej podchodziliby do tego tematu.
Dzisiaj wstępny egzamin, trzymajcie kciuki! Jutro podsumowanie i nie ma zmiłuj 86 % żeby zdać, poniżej może być krucho. Pozdrawiam z coraz to gorętszego Qataru. Zaczynają się upały.
Dzisiaj pierwszy egzamin z procedur i zasad postępowania w przypadku dekompresji, pożaru, przymusowego lądowania i ewakuacji. Nie jest to wcale takie proste jak się wydaje, a słuchanie trzeci dzień o katastrofach lotniczych i przyczynach np.dekompresji, nie nastraja optymizmem. Mam nadzieję, że nie będę musiała nigdy z tej wiedzy i umiejętności korzystać.
Nurtująca wszystkich kwestia zakazu palenia w samolocie, została rozwiana. Gdy osoba zapala papierosa, stwarza zagrożenia pożaru, a wiemy jak szybko samolot potrafi się spalić. QA ma bardzo restrykcyjne przepisy, za zapalenie papierosa od razu osobnik przekazywany jest policji i odpowiednim slużbom i zostaje wpisany na czarną listę, także z pewnością takiego Pana lub Pani drugi raz na pokładzie QA nie zobaczymy. Jest się czego bać. A gdyby ludzie zdawali sobie sprawę, że taki niewinny papieros może doprowadzić do katastrofy, może inaczej podchodziliby do tego tematu.
Dzisiaj wstępny egzamin, trzymajcie kciuki! Jutro podsumowanie i nie ma zmiłuj 86 % żeby zdać, poniżej może być krucho. Pozdrawiam z coraz to gorętszego Qataru. Zaczynają się upały.
piątek, 25 lutego 2011
MOJA KULTURA DZISIAJ BARDZO SŁONECZNA
Zastanawiacie się pewnie, dlaczego wybrałam właśnie taki tytuł dzisiejszego posta. Jest on związany z ostatnimi zajęciami, które mieliśmy z naszą trenerką Arą. Dzień wcześniej, mieliśmy się zastanowić czym jest kultura w danym kraju, jaki ma wpływ na nas i jak można scharakteryzować najlepiej to pojęcie. Niby proste, ale z moją współlokatorką dyskutowałyśmy bez końca przy obiedzie. Bo właściwie o co chodzi? Czy o zwyczaje, które są charakterystyczne w danym kraju, czy bardziej o przesądy, obchodzenie świąt, czy może ceremonie ślubne, pogrzeby itp.
Zajęcie były najnudniejsze nad wszystkie najnudniejsze, które dotychczas były. Myślałam, że usnę na siedząco i odbiję na stole pieczątkę i zostawię ślad czerwonej szminki na zeszycie. Prezentacja multimedialna, pojęcia, pojęcia, pojęcia czy w jaki sposób przypomnieć nam czasy szkoły, a niektórzy muszą sięgnąć pamięcią daleko. Część dziewczyn latała już od 18 roku życia, więc z edukacją nie były za pan brat. Potem w grupach kilkuosobowych ( w mojej 2 Polki, 2 Węgierki i ja ) na dużym papierze miałyśmy narysować, co uważamy za kulturę. No i zaczęło się myślenie, wszystkie grupy zaczęły rysować, a my dyskutowałyśmy jak to trafnie zobrazować. Pomysł narysowania pudełka czekoladek, nie przypadł mi do gustu, ale bombonierka zajęła centralne miejsce bloku do rysowania.
Był cukierek z aureolą, symbolizujący wpływ kształtowania się kultury poprzez wierzenia religijne, obrzędy itd. Potem cukierek w kształcie telefonu, czyli komunikacja, porozumiewanie się między ludźmi. Kolejne łakocie przedstawiały flagę węgierską jako różnice językowe, wpływ historii na kształtowanie się kultury itd. No i dochodzimy wreszcie do niepodważalnego hitu tego wieczorku. Cukierek w kształcie słońca i chmury. O co chodzi z chmurą? Dwie koleżanki reprezentujące barwy biało-czerwone i jedna szmygrywygrysz uznały, że na naszą kulturę ma wpływ pogoda. Ciśnienie mi się podniosło i na pewno zrobiłam minę zaskoczenia, bo niech mi ktoś wytłumaczy, w jaki sposób deszcz, czy szron na szybach wpływa na naszą kulturę? Włosi i Hiszpanie mają siestę, bo przekazywali to z pokolenia na pokolenie, bo w taki sposób odpoczywają w ciągu dnia, Arabowie też mają zajebiście ciepło a siesty nie mają. Więc w jaki sposób moja pogoda w Polsce wpływa na moją kulturę tutaj w Qatarze?
No ale jak to mawia kolega kukułka, jedni lubią czekoladę, drudzy jak im nogi śmierdzą. Brak słów, trzeba zmykać do miasta, bo dzisiaj święty piątek, a to jedyny wolny dzień w tygodniu. W planach muzeum a potem kolacja na souku. Ciao !
Zajęcie były najnudniejsze nad wszystkie najnudniejsze, które dotychczas były. Myślałam, że usnę na siedząco i odbiję na stole pieczątkę i zostawię ślad czerwonej szminki na zeszycie. Prezentacja multimedialna, pojęcia, pojęcia, pojęcia czy w jaki sposób przypomnieć nam czasy szkoły, a niektórzy muszą sięgnąć pamięcią daleko. Część dziewczyn latała już od 18 roku życia, więc z edukacją nie były za pan brat. Potem w grupach kilkuosobowych ( w mojej 2 Polki, 2 Węgierki i ja ) na dużym papierze miałyśmy narysować, co uważamy za kulturę. No i zaczęło się myślenie, wszystkie grupy zaczęły rysować, a my dyskutowałyśmy jak to trafnie zobrazować. Pomysł narysowania pudełka czekoladek, nie przypadł mi do gustu, ale bombonierka zajęła centralne miejsce bloku do rysowania.
Był cukierek z aureolą, symbolizujący wpływ kształtowania się kultury poprzez wierzenia religijne, obrzędy itd. Potem cukierek w kształcie telefonu, czyli komunikacja, porozumiewanie się między ludźmi. Kolejne łakocie przedstawiały flagę węgierską jako różnice językowe, wpływ historii na kształtowanie się kultury itd. No i dochodzimy wreszcie do niepodważalnego hitu tego wieczorku. Cukierek w kształcie słońca i chmury. O co chodzi z chmurą? Dwie koleżanki reprezentujące barwy biało-czerwone i jedna szmygrywygrysz uznały, że na naszą kulturę ma wpływ pogoda. Ciśnienie mi się podniosło i na pewno zrobiłam minę zaskoczenia, bo niech mi ktoś wytłumaczy, w jaki sposób deszcz, czy szron na szybach wpływa na naszą kulturę? Włosi i Hiszpanie mają siestę, bo przekazywali to z pokolenia na pokolenie, bo w taki sposób odpoczywają w ciągu dnia, Arabowie też mają zajebiście ciepło a siesty nie mają. Więc w jaki sposób moja pogoda w Polsce wpływa na moją kulturę tutaj w Qatarze?
No ale jak to mawia kolega kukułka, jedni lubią czekoladę, drudzy jak im nogi śmierdzą. Brak słów, trzeba zmykać do miasta, bo dzisiaj święty piątek, a to jedyny wolny dzień w tygodniu. W planach muzeum a potem kolacja na souku. Ciao !
wtorek, 22 lutego 2011
100 %
Dzisiaj wielki dzień, który rozpoczął się egzaminem z wszystkiego co dotychczas było omawiane. Materiał całkiem spory, ale możecie być ze mnie dumni. 100 % poprawnych odpowiedzi! Jestem taka szczęśliwa, że gdybym była w normalnym kraju poszłabym na drinka, a tak napiłam się herbaty z cytryną Były też indywidualne rozmowy z naszą trenerką, jak nas ocenia, co powinno się poprawić itd.. Podobuje mi się. Dziś ostatnie już ćwiczenia w makiecie i serwowanie kanapek. Smaczne, choć połowę grupy po jedzeniu pokładowym bolą brzuchy. Ja zaopatrzona we wszystkie możliwe leki, jakoś się trzymam. Jutro dostaniemy nową księgę do nauki. Już się nie mogę doczekać :P
niedziela, 20 lutego 2011
BEEF or CHICKEN ???
No i zaczęły się zajęcia praktyczne. Wreszcie coś kreatywnego i na pewno ciekawszego niż siedzenie w klasie z włączoną na maksa klimatyzacją. Praktyka trwała cztery dni i zaczynała się od serwowania drinów. Niby łatwe, a wcale się takie nie okazało. Najgorsze nauczyć się nazw, proporcji, kolejności przygotowywania koktajli i innych napoi. Zapamiętać do którego trzeba dać lód, gdzie nie, a gdzie zapytać czy łosie chcą czy nie chcą. Ogarnąć co gdzie stoi, w jakiej kolejności - nic nie może być przekręcone, pokręcone, zgięte, zagięte, a już nie daj Bóg, podane inaczej niż według ściśle określonych standardów. Nie ma mowy o odwróceniu logo czy podaniu nie tą ręką co trzeba. Jest do wkucia cała masa informacji, które nie zawsze chcą zaprzyjaźnić się z moimi szarymi komórkami.
Drineczki były dla mnie trochę stresujące. Jako amator alkoholowy pod każdym względem, miałam przygotować Bloody Mary i inne wymyślate, wysokoprocentowe trunki. W głowie jeden wielki miks, czy wszystko dobrze zapamiętałam i czy się nie pomylę. Ale po to tu jestem, żeby popełniać błędy, potem już nie będzie to mile widziane. Kolejne dni były stresujące, bo dochodziły nowe elementy. Serwowałyśmy śniadania i obiady, kodowałyśmy wszystkie możliwe opcje posiłków, który kontynent co dostaje, czemu tak a nie inaczej. Znowu stos informacji do wyrycia. Jak ma wyglądać wózek, co na nim, w nim itd. Zaczęło się też ocenianie przez naszą trenerkę, więc ciśnienie skoczyło i nie było osoby, która nie chciałaby tego zadania wykonać perfekcyjnie - choć każda z nas popełniała ciągle błędy.
Drineczki były dla mnie trochę stresujące. Jako amator alkoholowy pod każdym względem, miałam przygotować Bloody Mary i inne wymyślate, wysokoprocentowe trunki. W głowie jeden wielki miks, czy wszystko dobrze zapamiętałam i czy się nie pomylę. Ale po to tu jestem, żeby popełniać błędy, potem już nie będzie to mile widziane. Kolejne dni były stresujące, bo dochodziły nowe elementy. Serwowałyśmy śniadania i obiady, kodowałyśmy wszystkie możliwe opcje posiłków, który kontynent co dostaje, czemu tak a nie inaczej. Znowu stos informacji do wyrycia. Jak ma wyglądać wózek, co na nim, w nim itd. Zaczęło się też ocenianie przez naszą trenerkę, więc ciśnienie skoczyło i nie było osoby, która nie chciałaby tego zadania wykonać perfekcyjnie - choć każda z nas popełniała ciągle błędy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)