sobota, 13 sierpnia 2016

LIKE SEX AND THE CITY

 Są takie miejsca, które się nigdy nie znudzą. Gdzie magia miasta, ludzi, gigantycznych wieżowców, wywołuje ciarki na całym ciele, przeplatane z diaboliczną euforią. Uśmiech jak świeży pachnący francuski rogalik i nutka podniecenia znowu we mnie zagościły. Ladies and Gentleman Welcome to JFK Airport where the local time is...

Hello NEW YORK piszczałam w myślach, gdy siedzieliśmy w busie, który mknął ulicami miasta na Manhattan. Nie przeszkadzało mi, że kierowca włączył maszynę, która zimnym powietrzem, raczyła nas gorącym, gotowa byłam się nawet rozpuścić - najważniejsze, że następne 24 godziny będą "in da city". Powieki jak z ołowiu powaliły mnie na łóżko, gdy tylko weszłam do pokoju. Noo dobra, nie jest tak źle, chwilka drzemki dobrze mi zrobi i jeszcze cała noc przede mną - pomyślałam. Budzik bzyczał co 20 minut, jakieś sześć razy na półśpiąco przekładałam moment pobudki, i jakimś sposobem wybudzić się z tej śpiączki, w którą moje ciało zapadło po trzynastogodzinnym locie. Raz, dwa, trzy, szybki prysznic, sukienka, szybkie przemalowanie paznokci na papieski róż i już biegłam do metra przy 3Av.

Przy Time Square poczułam się jak w Sex and the City, które też można oglądać bez końca. Mr.Big where are you? Nie mając wiele czasu, ani siły na nocne plądrowanie ulic Nowego Jorku, zdecydowałam, że kino w którym nie byłam od hmm..nie pamiętam kiedy, będzie jak oblizanie łyżeczki po wybornym serniku, albo nie, po bezie Pavlovej z marakują jadalną ha ha czyli z passion fruit.

Po kinie zamiast pustym o tej godzinie metrem, postawiłam na spacer z powrotem do hotelu, czyli 45 minut obserwacji tego, czego nie widzi się za dnia, gdy miasto budzi się do życia. Labiryntem ulic, mijam przedziwnych ludzi, masę bezdomnych i hałdy worków ze śmieciami, które do rana znikną, jakby ich tam nigdy nie było. Zaczepia mnie jakiś starszy Pan, okazuje się, że ma polskie korzenie, od miliona lat mieszka w Nowym Jorku i oczywiście zaprasza mnie na drinka. Uśmiecham się szczerze, bo to naprawdę urocze, jak można swobodnie sobie pogawędzić grubo po północy z nieznajomym, grzecznie odmawiam i spacerując pod rękę dosłownie 2 metry, znikam za następnym skrzyżowaniem. Studzienki dymią jakby pod dnem miały zamontowaną rurę od shishy, bezdomni chrapią na kartonowych matach, czas spać. Jutro będzie nowy dzień i trochę zwiedzania. Z widokami z Empire State Building, na szczyt którego nigdy nie dotarłam. Muuahhh

wtorek, 9 sierpnia 2016

VOUCHER

Nie mogłam się powstrzymać, żeby tego nie skomentować. Czego? Voucheru na posiłek, ciepło-słodko-gorzki. Pewnego dnia wyruszyłam na wycieczkę, odprawa, bilet, jak zwykle w biegu, przeskakują po dwa schodki, oby zdążyć. Podbiegając co kilka metrów, przeciskam się przez ludzi z wózeczkami, siateczkami, całym dobytkiem, którzy stoją jak święte krowy i blokują taśmę (dla tych last minute) czyli dla mnie.
-Przepraszam, przepraszam, przepraszam..
Przeciskania nie ma końca. W podskokach dobiegam do mojej bramki i z kropelkami na czole uświadamiam sobie, że boarding się jeszcze nie rozpoczął. Wracam ruchomymi schodami o piętro wyżej, aby wypełnić czas i zorientować się w nowościach MUST HAVE z duty free. Wracam po kilkunastu minutach, patrzę a przy bramce żywego ducha. O k...zamknęli mi bramkę, przez moje psikadełka.

Z zawałem serca i wypiekami na twarzy pytam obsługę naziemną, gdzie mój lot się zapodział. No i radość minęła - OPÓŹNIENIE. 4,5 godziny chodzenia tam i z powrotem, przymierzając wszystkie przecenione 50-70% okulary, nacierając się olejkami, kremami i błyszczykami z brokatem, ruszam na posiłek do restauracji wskazanej przez przemiłego Pana o szmaragdowych oczach. Głodna byłam już dość mocno, bo śniadanie pozostało tylko w sferze marzeń - więc wyobraziłam sobie bufet, pachnące pieczywo, kolorowe warzywa i owoce, jednym słowem raj. No i owszem był raj, ale nie dla tych z moich Voucherem. Pan w fikuśnej białej czapie wskazał na bufet po lewej, gdzie hmm..co tu dużo mówić, nie zdecydowałam się podjąć wyzwania i pokonać swoich leków. Sucha jajecznica, makaron z niczym, parówki, które pogodziły się ze swoim losem, ciastko i 4 ziemniaki. Czego chcieć więcej. Smacznego!


wtorek, 2 sierpnia 2016

POWIEDZIELI "TAK"


Zastanawiałam się jak to się wszystko zaczęło, i choć czasem pamięć zawodzi, swój udział w początkach naszej znajomości ma mój ukochany blog. A było to tak. Gdy leciałam do Kataru, nie znałam absolutnie nikogo. Pisałam do kilku wyszukanych przez Facebooka osób, ale trudno było uzyskać informacje – jak tam naprawdę jest. Kołowrotek myśli, czy dobrze robię, co mnie tam będzie czekać, no i strach przed nieznanym, rzucając się na głęboką wodę – wyjechałam.
Początki nie miały bajkowej scenerii, ale zdziwiłabym się, gdybym od razu wylądowała w królewskim zamku, a z okna oglądała ogród pełen malinowych róż. Twierdza to może jest, ale z okna słychać Muezina i można poczuć się jak w małym Pakistanie. Szybko się zadomowiłam, a blog nabrał charakteru łącznika, pomiędzy przyjaciółmi i najbliższymi w różnych zakątkach świata. Można było swobodnie czytać, oglądać kolorowe zdjęcia i przenosić się wirtualnie do miejsc przeze mnie odwiedzanych. Oprócz rodziny, blog spodobał się także tym, którzy tak ja kiedyś szukali jakichkolwiek informacji o pracy stewardessy w najlepszych liniach świata. I tak właśnie poznałam Ewę.

Od początku wiedziałam, że będziemy się mniej lub bardziej przyjaźnić, bo od Ewy biła niesamowicie pozytywna energia. Wspólne plażowanie, spotkania, śmiechy i rozterki, zbudowały coś wyjątkowego, co z czasem wygasło, ale nigdy nie straciło swej mocy. Babcia Ewy posyłała mi najpyszniejsze własnoręcznie robione pierogi, a ja zjadałam wszystkie w ciągu jednego popołudnia. Gdyby można było zamknąć smaki ulubionych potraw w słoiku, to byłby to wielki słoik i nazywał się „pierogi ruskie Ewy babci”. Parę lat w Katarze, zmieniło życia każdej z nas i choć nie spotykałyśmy się już tak często, wiedziałyśmy co słychać tu i tam. Od znajomego do kolegi, od kolegi do chłopaka, od chłopaka do narzeczonego, aż wreszcie stanęli na ślubnym kobiercu, Ewa i Ash pobrali się 30 lipca 2016 roku w Warszawie. 

Jestem szczęśliwa, że mogłam uczestniczyć w tym magicznym i niezwykle wzruszającym wydarzeniu w życiu Ewy i Asha. Mam nadzieję, że się nie pogniewają jeśli odkryję białą woalkę i opowiem troszkę o ślubie jak z tysiąca i jednej nocy. O godzinie 17-stej, wszyscy zaproszeni goście przytulali się do siebie, spoglądając w niebo, aby złośliwy deszczyk przestał padać. Kap, kap i po kilku minutach przez wciąż jeszcze zachmurzone niebo, przedzierały się złote promienie gorącego słońca. Ceremonia zaślubin odbywała się w ogrodzie, gdzie na białych drewnianych krzesełkach oczekiwaliśmy na Młodą Parę. Urocze dziewczynki o kasztanowych włosach sypały białe płatki róż, a z fortepianu rozbrzmiała uroczysta melodia, która oznaczało tylko jedno, zaczynamy ceremonię. Wszyscy goście powstali i wpatrywali się jak zahipnotyzowani w Młodą Parę, która z niezwykłą gracją spacerowała po jasnoszarym dywanie usłanym różami. Ewa wyglądała zjawiskowo, obłędnie, pięknie i niezwykle subtelnie. Od dzisiaj jesteście mężem i żoną – można się całować…

W białym namiocie, panowała atmosfera iście filmowa. Białe lampiony, ławeczki w stylu retro i prześliczne dekoracje, przeniosły gości do miejsca jak ze snów. Podano przystawki, dania główne i deser, i wszystko było naprawdę pyszne. Czujnym okiem i z wrodzonej ciekawości obserwowałam, czy gościom z najdalszych zakątków świata będzie smakowało, ale na talerzach leżały tylko sztućce, ułożone na za pięć piąta. Nie zabrakło przemowy Asha w języku polskim, i podziękowań dla rodziców. A później już tańcowaliśmy do białego rana. Każdy posmakował weselnego tortu i w świetle zimnych ogni uśmiechał się szeroko, widząc szczęście Ewy i Asha, którzy dbali o najmniejszy szczegół i bawili się wyśmienicie.

Miłość sprawia, że jesteśmy lepszymi ludźmi. To ona dodaje nam skrzydeł, to ona daje radość i poczucie spełnienia. Życzę Młodej Parze bajkowego życia, żeby zawsze mieli dla siebie czas i nigdy nie brakowało im cierpliwości. Aby kochali się miłością wyjątkową, wyśnioną i wymarzoną. Aby szanowali siebie i realizowali wspólne plany, wszystkiego najsłodszego na nowej drodze życia. Szczególnie podziękowania pragnę złożyć rodzicom Ewy, za miłe słowa i bardzo serdecznie przywitanie. Sto Lat Młodej Parze!


wtorek, 5 lipca 2016

DO KAWUSI

Do kawusi najlepsze jest ciacho. Jakie? Zdecydowanie, bez wahania sernik. Można go przygotowywać, na milion sposobów, a smakuje jeszcze lepiej na obczyźnie, gdy dostęp do takich smakowych wariacji jest mocno ograniczony.

Najlepszym miejscem, żeby zgubić mnie w supermarkecie jest dział - KUCHNIA. Godzinami mogę oglądać, dotykać i rozmyślać o słodkich wypiekach, foremkach i gadżetach, które jasna sprawa, zawsze chcę mieć. Nie planuję kariery cukiernika, ale wypieki i eksperymenty sprawiają mi dużo radości. A wracając do serniczka..no to się pochwalę. Szaleństwo! Istne cudo dla podniebienia.


czwartek, 30 czerwca 2016

POD WŁOS

Z dobrym fryzjerem jest jak z ciastem, albo ktoś wie co i jak, albo będzie zakalec. Kto swoje włosy ceni, wielbi i płacze za każdym razem, gdy wypadnie o kilka włosów za dużo, zrozumie dlaczego tak, ważne jest dzielić się wiadomością o tak genialnych miejscach.

Na mapie Krakowa, w sercu dzielnicy Kazimierz, przy ul.Kupa, mieści się niezwykły salon fryzjerski Avant Apres. Tam jest jak w zaczarowanej krainie. Z każdych włosów, zrobią istne dzieło sztuki. Moja praca ogranicza mnie baaaaaaardzo w zakresie koloryzacji włosów. Cztery lata bez farbowania, długie ponure, z ciemnym blondem, który cały czas marzył o pasemkach o odrobinie jasnego odświeżenia. Nie mogę mieć odrostów, a włosy noszę spięte, i dziękuję wszystkim świętym, że trafiłam do Pani Kamili Matysiak. Wizjonerka, włosowa wróżka, magia w szczotce. Wyjaśniłam wszystko od A do Z, i zaczęła się koloryzacja. Gąbeczki, maseczki, ploteczki i po 2,5 godzinach wyszłam jak Bogini. Nowa JA! Cudownie!

Nawet z końca świata, warto odwiedzić salon Avant Apres. Profesjonalizm, indywidualne podejście do klienta, przesympatyczni styliści i ciekawy wystrój sprawiają, że z ręką na sercu mogę polecić to miejsce. Bosko!


piątek, 17 czerwca 2016

ROWER


Mieszkając w Katarze już ponad pięć lat, wciąż wydaje mi się, że nic nie jest już w stanie mnie zaskoczyć. Haa..no i się pomyliłam. Przeoczyłam gdzieś fakt, że wszelakie usługi na katarskiej pustyni nie zawsze działają na poziomie jakiego się oczekuje. Jak dostać istnego szału wewnętrznego, który próbował wydostać się na zewnątrz i wystrzelić jak fajerwerki w sylwestra? Zapiszcie się na zajęcia "spinning" w hotelu Sharq Village w Doha - emocje gwarantowane.

Zaczęło się w grudniu. Wzięłam się ostro za moją mamę, aby chciała się więcej ruszać. Podniosła tyłek z kanapy i wzięła się za siebie. Nie chodzi tu tylko o efekty zewnętrzne, ale przede wszystkim o zdrowie. Młodsi nie będziemy, a po 50-tce, no hmm..chce się coraz mniej, a dupsko i cholesterol rośnie. Byłam jak egipskie muchy, które jak się raz przyczepią to już nie odpuszczą. Wręcz nękałam matulę codziennie, czy trening zaliczony, czy była, czy zrobiła Chodaka, czy nie kupowała śmieciowego jedzenia itd.

Można się było moją zdartą płytą naprawdę zadławić. Ale mamy pół roku za pasem i robimy podsumowanie co nastąpiło. Pani A. jest lżejsza o 8 kg, zmieniła nawyki żywieniowe, poprawiła o 180 stopni swoją kondycję fizyczną i zakochała się w rowerach. Rowery czyli Indoor Cycling prowadzone przez przesympatycznego instruktora Maćka, stały się wyznacznikiem tygodnia. Wszystko podporządkowane jest rowerom, od grafiku w pracy po spotkania z koleżankami. W drodze, na obiedzie, na spacerze od rana do nocy słyszę tylko Maciek i Maciek. Czy można dosłownie oszaleć na punkcie treningu na rowerach - można, Pani A.jest tego najlepszym przykładem.

Podczas krótkiego wypadu do domu, nie miałam nic do gadania i zostałam zapisana na "moje rowery". Nigdy wcześniej nie byłam na tego typu zajęciach, ale wiedziałam mniej więcej czego się spodziewać. Zajęcia były intensywne, prowadzone na najwyższym poziomie, nie było miejsca na kręcenie nosem. Maciek przygotowany do zajęć jak prawdziwy fachowiec, znawca tematu i widać z daleka, że doskonale zna się na tym co robi. Najfajniejsze jest to, że zaraża tym innych. Pozytywną energią, magnetycznym uśmiechem i niebywałymi zdolnościami aktorskimi. Można spokojnie wręczyć mu rowerowego Oskara.

Nie od razu załapałam bakcyla, ale spodobały mi się te "moje ukochane rowery" jak mówi Pani.A. Gotowa do działania znalazłam zajęcia w Doha, zapisałam się i pojechałam na pierwsze zajęcia. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że będę to też ostatnie zajęcie w tym miejscu. Ciśnienie mi skakało jak grzanki z tosterze, na miłość boską jak można wziąć gościa z ulicy i kazać mu pedałować? Tak, tak, dno i trzy metry mułu, ten człowiek nie miał zielonego pojęcia o zajęciach, które prowadził. Na całe szczęście nikomu nic się nie stało. Najgorsze jest to, że tania siła robocze wygrywa z profesjonalizmem i blokuje miejsce ludziom, którzy się na tym znają i wykonują swoją pracę z pasją.

Naładowana jak dzieci w oczekiwaniu na koniec roku szkolnego, nie dałam za wygraną. Obdzwoniłam hotele w Doha, w poszukiwaniu innych rowerów.
-hello, Im looking for spining classes, is it available at your fitness center?"
-Swimming madam?
-No, no, no - spinning not swimming.
-Swimming we have on Monday and...
-SPINNING!class I dont want to swim!
-Wait please. (słuchawka została podana innej osobie)

-Yes, hello? How can I help you?
- Hello, I would like to ask you If you have a spinning classes? Like you know, Indoor cycling, bikes..
-Aaaa..no Madam no have.

Świetnie,  po trzech próbach natrafiłam na Sheratona, nie jest w mojej okolicy, ale aż tak daleko to znowu nie jest. Dzwonie - są zajęcia, jest grafik, jest 25 rowerów jest konkret. Dzisiaj o 8:30 wyruszyłam na zajęcia, które były przezajebiste. Pani instruktor było spokojnie po 60-tce i dała nam taki wycisk, że kwiczałam w ostatnich minutach rowerowego szaleństwa. Było porządnie, tak jak to powinno wyglądać. Każdemu sprawdziła sprzęt, dopasowała siodełka, kierownice i cisnęła jak króliczki duracel. Tym sposobem znalazłam, wypełniacz skrzypiec, które na okres wakacji mają przerwę. Polecam gorąco!