piątek, 11 czerwca 2010

PORZUCONA

Śniadania w hotelu Wingate by Wyndham na Manhattanie były przepyszne. Doskonały wybór najróżniejszych smakołyków, miła obsługa i ładny wystrój. Soki ze świeżo wyciśniętych pomarańczy, słodziutkie mm..smakowały jak nigdy. Gofry, dżemy, serki, jogurty wszystko smakowało wyśmienicie, co w USA wcale nie jest takie oczywiste. Amerykańskie śniadanko, które miałam już okazję spróbować, dalekie było od śniadaniowego raju w hotelu Wingate. Ach.. co ja bym dała, żeby ktoś mi robił takie śniadanie choć raz w tygodniu, co by nie być za bardzo wymagającą.

Ruszyliśmy w miasto, tym razem postanowiłam zrobić większe zakupy, gdyż jak nie trudno się domyślić, naszych walizek nadal nie było. Niebieski t-shirt, który kupiłam dzień wcześniej nie był bardzo twarzowy, ale lepszy taki niż czarny golf po raz tysięczny prany suszony, prany, suszony a pogoda była wręcz cudna jak na Nowy Jork. Wyszło słoneczko i zrobiło się naprawdę gorąco, tym samym ubrałam chinki, zwane także popularnie japonkami i opuściłam rezydencję w poszukiwaniu sklepu dalekiego od nazwy Daffy's. 

Gdy wybierasz się na wymarzony urlop w grupie, musisz liczyć się z tym, że nie zawsze będzie tak jak się planowało. Dwie osoby to już tłum, a co dopiero gdy byliśmy w pięć? Towarzystwo miało zupełnie inne gusta i niechętnie zaglądało do sklepów, którym ja nie mogłam się oprzeć. Kupno butów czy torebek, ograniczało się do oglądania wystawy i powoli zaczynałam się denerwować. Traciłam czas w ciucholandzie, gdzie moi koledzy kupowali to i owo, a ja nie miałam możliwości wejść do fikuśnie wyglądającego sklepu z tysiącem, fantastycznych, cudownych, błyszczących bucików. I co z tego, że nie były to buty od Jimmy Choo, przecież nie było by mnie stać nawet na sznurówki od Choo. Ale właściwie chyba bym takich nawet nie chciała. 

Kierując się w kierunku piątek alei, zobaczyłam coś na co czekałam przez całe miesiące, przygotowując się do wyjazdu. Doskonały, boski i upragniony sklep z oszałamiającą bielizną Victoria Secret. Dwa piętra, obsługa ubrana na czarno, gotowa odszukać i pomóc w dopasowaniu każdego koloru, rozmiaru i fasonu majtek, staników, piżamek i innych. Weszłam do środka i zwariowałam. Mimo, iż chłopcy nie byli zadowoleni z postoju w sklepie Victoria, postawiłam na swoim i zostałam, żeby dokonać zakupów. Spotkanie w jednej z pobliskich kawiarni po godzinie, było idealnym rozwiązaniem, więc umówiliśmy się na dalsze zwiedzanie miasta. Pozwoliło mi to na swobodne przymiarki boskich staniczków w kolorach, jakiś nie jestem w stanie sobie wyobrazić, nawet w sklepie z farbami.

Po 2 godzinach przymierzania, oglądania i zachwycania się tym co można uszyć z kawałka materiału, zorientowałam się, że jestem spóźniona na miejsce zbiórki już jakąś godzinę. W niebieskim t-shircie, z portfelem szczuplejszym o kilkaset dolarów, pobiegłam na 31 ulicę gdzie czekali moi znajomi. No przynajmniej do momentu kiedy biegłam, tak mi się właśnie wydawało. I kiedy z wywalonym językiem, spocona i rozczochrana dobiegłam do kawiarenki, gdzie mieli czekać Król Romów, Szczepan, Otek i Adaś, zorientowałam się, że żadnego z nich tam nie ma. Zostawili mnie i sobie poszli bez słowa. Jak złodzieje. Bo przecież można było powiedzieć, że nie będą na mnie czekać. Z uwzględnieniem faktu, że nie wysunęłam nosa z majtek i staników, a doskonale wiedzieli gdzie jestem. Hmm..Wściekła jak egipskie muchy, rzuciłam na ziemię cały mój dotychczasowo zebrany dobytek, w postaci czarnej skórzanej torby, ładnej torby z Victorii oraz kilka dodatkowych zawieszek, które utrudniały mi swobodne przemieszczanie się. Odnalazłam kartę do publicznej budki telefonicznej i zadzwoniłam do mojego Pawła. Opowiedziałam o mojej frustracji i o tym jaka jestem zła i rozczarowana, że tacy z nich kumple, zostawili mnie na pożarcie w wielkim mieście. Mój mężczyzna jak zawsze powiedział kilka miłych słów, które mnie uspokoiły, przynajmniej na następne 10 min.

Kończąc rozmowę telefoniczną, zaczepił mnie przypadkowy przechodzień, który spoglądając na mnie z litością zapytał czy wszystko w porządku. No dobra, nie wyglądałam ani na zadowoloną, ani na w miarę zadowoloną, ani na taką u której jest wszystko OK. odpowiedziałam jednym zdaniem, uwzględniając wulkaniczny pył, zgubiony bagaż, okropny hotel i fakt, że zgubiłam właśnie swoich znajomych. Jako kosmitka czułam się świetnie. Pod budką telefoniczną zostałam sama z numerem telefonu przechodnia, zapisanym na paragonie z Victoria Secret.


środa, 9 czerwca 2010

MIEJSKA DŻUNGLA

Po śniadaniu, które niestety nie było śniadaniem u Tiffany'ego, zmieniliśmy hotel. Z brzydkiej i obskurnej miejscówki przy siódmej alei, przenieśliśmy się o dwie przecznice dalej, do rewelacyjnego kameralnego i bardzo gustownie urządzonego hotelu. Skoki na wielkie, ogromne, gigantyczne łoże zostały uwiecznione moim ukochanym Nikonem. Szybki prysznic w celu odświeżenia się i ruszyliśmy w nowojorską dżunglę. Ogromne budynki zachwycały, a moja głowa skierowana była prawie cały czas w niebo. Mimo, iż na ziemi też wiele się działo - spacer w otoczeniu tylu niezwykłych budowli, był rozkoszą. Drapacze chmur, lśniące w słońcu szczyty wysokich wieżowców i ciekawa architektura.

Można śmiało powiedzieć, że miasto wygląda dokładnie tak, je je sobie wyobrażałam. Czasami oglądałam filmy, choć raczej rzadko i oprócz tego, że jest boskie jest dokładnie takie jak je opisują. Ruszyliśmy w stronę piątej alei, gdzie najbardziej luksusowe marki prezentowały swoje kolekcje na fantazyjnie urządzonych witrynach sklepowych. Istny busz. Tłumy ludzi, turyści, dziwacy, weekendowi imprezowicze, biali, czarni ( a właściwie powinnam powiedzieć afroamerykanie) beżowi, każdy ma swój kawałek chodnika. W poszukiwaniu dostępu do internetu, odwiedziliśmy sklep Apple sąsiadujący z Central Parkiem. Woooow...czegoś takiego to ja jeszcze nie widziałam. Elektronika na wyciągnięcie dłoni w dosłownym tego słowa znaczeniu. Olbrzymia powierzchnia sklepowa mieściła wszystkie możliwe Iphony, Ipody, I..komputery i wszystko co można sobie wyobrazić. Każdy sprzęt można było przetestować, korzystając także z możliwości sprawdzenia poczty elektronicznej czy posłuchania ulubionej muzyki. Stolik dla dzieci i gry dla najmłodszych, także znalazły swoje miejsce w tym oszałamiającym sklepie. Uśmiechnięta obsługa w niebieskich koszulkach doradzała i pomagała w dokonaniu najlepszego wyboru.


W sklepie spędziliśmy ponad godzinę, gdyż znalezienie bezprzewodowego bezpłatnego internetu w Nowym Jorku jest wyczynem. Nie zrobiliśmy zakupów, ale przynajmniej zobaczyliśmy jakie funkcje ma nowy Ipad, który niedawno wszedł na rynek. Pojechaliśmy metrem kilka stacji, aby zobaczyć symbol Nowego Jorku. Statua Wolności, choć widziana z daleka, jeszcze raz utwierdziła nas w przekonaniu, że naprawdę tu jesteśmy, w mieście, gdzie wszystko może się zdarzyć i gdzie spełniają się marzenia. Na wyspę nie popłynęliśmy - właściwie nie wiem dlaczego, chyba nie było to odpowiednia pora na eskapady na drugi brzeg, ale ta część opowieści trochę mi się zapomniała. Po drodze zatrzymaliśmy się na Wall Street. Oczywiście nie mogło się obyć bez zdjęcia z legendarnym bykiem i jego złotym przyrodzeniem. Niestety mój aparat zmarł, na skutek braku doładowania, które znajdowało się w bagażu, którego wciąż ze mną nie było. Zdjęcie zrobione przez Adasia, niby jest, ale pozostawia wiele do życzenia.. eee..szkoda gadać.

Byczek był całkiem sympatyczny i o wiele większy, niż go sobie wyobrażałam. Hmm.. no cóż, w drodze powrotnej do hotelu zaglądnęliśmy do kilku sklepów sieci Daffy's. Duży ciucholand i nic więcej. Ok, kupiłam tam śliczne, granatowe balerinki, które są najwygodniejszymi butami na świecie, ale szukanie wśród takiej ilości "szmat" czegoś co się potencjalnie nadaje, jest obłędem. Nie cierpię tych sklepów, a niestety na każdym kroku, człapałam za grupą, która nie omijała żadnego. Kolejna podróż metrem gdzie kupiłam najpotrzebniejsze kosmetyki. Wprawdzie nie potrzebowałam, aż tak bardzo kosmetyków za 200 dolców, ale co tam, raz się żyje !!!

Wyczerpana całodziennym bieganiem po sklepach i ulicach Nowego Jorku, dotarłam do hotelu. Obtarte stopy, pięty, palce, pod palcami i na palcach. Dobrze, że chociaż plastry miałam pod ręką. Obolała, zmęczona i przeładowana informacjami poszłam spać.

A następnego dnia...stało się coś, co się stać nie miało.

sobota, 5 czerwca 2010

JAJKO, SZCZUR I HOTEL NA 7 AV

Można by pomyśleć, że zwariowałam. JA, która nigdy przenigdy nie chciała jechać do Stanów, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zostałam oczarowana jakże fantastycznym miastem. Po przylocie na JFK airport, bez bagaży w średnich humorach i mega zmęczeni, ruszyliśmy metrem na Manhattan, gdzie zamierzaliśmy spędzić nocleg - gdziekolwiek będzie to możliwe. Byłam skłonna na nocleg w parku, w metrze a nawet w windzie w dwudziestopiętrowym budynku, aby można było naładować akumulatory na poranne zwiedzanie Nowego Jorku.

Stare nowojorskie metro, nie zrobiło na mnie dobrego wrażenia. Włochate gryzonie z długimi ogonami, czuły się tam najwyraźniej jak w siódmym niebie, nie zwracając uwagi na nikogo, przeskakiwały pomiędzy torowiskami, a od czasu do czasu zaglądały także na perony. Szczury na stacji metra? gdybym była po dwóch głębszych, można by podejrzewać, że to białe myszki, które zdecydowanie bardziej wolałabym wtedy zobaczyć. Plaga szczurów stała się uporczywym problemem. Jak donosi niemiecki tygodnik "Stern", na każdego Nowojorczyka przypada jeden gryzoń, biorąc pod uwagę, iż w mieście żyje około 8 milionów ludzi, liczby mówią same za siebie.

Po północy dotarliśmy do hotelu Pennsylvania. Olbrzymi hol przypominający poczekalnię dla podróżnych, gigantyczna kolejka do recepcji oddzielona elastyczną taśmą i wizja około godzinnego oczekiwania na swoją kolej. Hotel położony był na przeciwko Medison Square Garden, najpopularniejszej hali sportowo-widowiskowej może i nawet na świecie. Znajdowaliśmy się w samym sercu Manhattanu. Okolica zdumiewała swoją architekturą, różnorodnością ludzi, sklepów, fast foodów i odmiennością stylu życia.

Po ponad godzinnym oczekiwaniu, udało nam się załapać na ostatnie wolne miejsca w hotelu, po bardzo nieatrakcyjnych cenach. Promocje last minute a nawet last second, zdecydowanie tam nie obowiązują. Weszliśmy do pokoi i zaczęłam się zastanawiać, czy aby przypadkiem nie lepiej było wybrać noclegu w metrze. Standard hotelu porównałam z 1 gwiazdkowym hotelem w Egipcie, bo lepszego porównania, chyba znaleźć się nie da. Fujj...Fujj..Fujj..Żółta, obdrapana, obskurna wanna z foliowo-plastikową zasłonką, której wolałam nie dotykać. Woda owszem była, ale na temat różnorodności barw wypływających z kranu, można by długo dyskutować. Bez bagaży, piżamy, ciuchów na zmianę w ohydnych warunkach poszliśmy spać.

Następnego dnia, zgodnie uznałam, że pobyt w hotelu Pennsylvania, trzeba czym prędzej zakończyć. Głodna jak wilk, poszłam ze Szczepciem na śniadanie. Była 7 rano i patrzyliśmy podekscytowani jak Nowy Jork budzi się do życia. Tłumy spieszących do pracy ludzi, gdzie prawie każdy trzymał w ręce szczelnie zamknięty kubek gorącej kawy, przemieszczały się w zawrotnym tempie. Rozglądając się po okolicy, wyznaczyliśmy kilka miejsc, gdzie wreszcie uda nam się usiąść i coś zjeść. Bary szybkiej obsługi a właściwie samoobsługi to coś najbardziej normalnego na świecie - w przypadku gdy światem jest Nowy Jork. Nie znaleźliśmy ani piekarni, ani małego marketu gdzie mogłabym kupić coś na ząb, więc postanowiliśmy zaryzykować i zamówić jakiś smakowity zestaw śniadaniowy.

Smakowite zdecydowanie nie było. Świeże kanapki ze zmutantowanym jajkiem, boczkiem i serem, nie chciały przejść przez moje gardło. Tylko dlatego, że nie lubię jajek, a to które okupowało moją kanapkę było ściętym białkiem wielkości bułki i grubości ponad 2 centymetry. Jajko i boczek opuściły moją kanapkę, tak szybko jak się tam znalazły i mimo wmawiania sobie, że to nie jajo i nie boczek, nie zostały w pełni skonsumowane. Popijając herbatę, rozmyślałam nad planem dnia i miejscami, które koniecznie muszę tego dnia zobaczyć...

piątek, 4 czerwca 2010

DŁUGA DROGA - czyli jak spełniał się amerykański sen


Kiedy dawno temu, pragnęłam polecieć do Stanów, niesympatyczny konsul odmówił mi przyznania wizy. Był to czas kiedy na trzy lata obraziłam się na wszystko, co związane było z Hameryką. Moje obrażanie skończyło się jednak w lutym tego roku. Propozycja znajomych o wyjeździe do Nowego Yorku, była tym czego w środku deszczowo-śniegowych dni potrzebowałam najbardziej.

Otrzymanie wizy okazało się formalnością, a możliwość wjazdu do Stanów przez okres 10 lat jest satysfakcjonującym zadośćuczynieniem. Omijając szczegóły, 16 kwietnia stawiamy się na lotnisku Balice w Krakowie. Szczepan zwany "darem losu" Król Romów, Adaśko, Ciocia Ocia i ja. W komplecie ruszamy do odprawy bagażu i zaczynają się pierwsze przygody...



Zdjęcie powinno mówić już samo za siebie. Wybuch wulkanu uniemożliwił nam kontynuowanie podróży. Z 6 godzin , które mieliśmy spędzić na lotnisku w oczekiwaniu na przesiadkę do Amsterdamu - zrobiło się kilka dni.Lotnisko w Pradze przyjęło nas podobnie jak tysiące innych pasażerów, czyli długie kolejki, telewizja i koczowanie na walizkach.


Żeby nie stracić za dużo, a mimo wszystko zyskać będąc skazanym na pobyt w Pradze, poszukaliśmy sympatycznego hotelu niedaleko centrum. Baza wypadowa na zwiedzanie miasta była powiedzmy nie taka zła. Po pysznym śniadanku, wyruszyliśmy w poszukiwaniu pięknych zabytków, o których wiele razy słyszałam, ale nigdy nie miałam okazji zobaczyć tego miasta na własne oczy. Urokliwe zakątki, złota uliczka i niesamowita atmosfera tego miejsca sprawia, że chyba na każdym Praga potrafi zrobić ogromne wrażenie.


Wielokrotnie zjawiamy się na lotnisku z nadzieją, iż oprócz Pragi także inne lotniska otworzą swoją przestrzeń powietrzną. Niestety do szczęściarzy to my nie należeliśmy. Po kilku dniach zwiedzenia, kręcenia się i obracania, udało nam się załapać na popołudniowy lot do Amsterdamu. Dzięki nieobecności kilku pasażerów, o godzinie piętnastej siedzieliśmy w samolocie Czech Airlines do miasta dziwek, zioła i kolorowych tulipanów.


W Amsterdamie mieliśmy zawitać na jeden lub dwa dni, na co byliśmy już przygotowani. Jednakże, po wylądowaniu przesympatyczna pani w turkusowym uniformie linii KLM, oznajmiła, że znalazła dla nas miejsca w samolocie do Nowego Yorku jeszcze tego samego dnia, a dokładniej mówiąc - za godzinę. Nie czekając ani minuty dłużej, nadaliśmy bagaże na lot do NY i przeszliśmy do odprawy bezpieczeństwa.

Za oknem stały olbrzymie samoloty holenderskich linii lotniczych KLM, a pasażerowie okupowali wszystkie miejsca w poczekalni. Mix narodowości, kultur i religii opanował całą poczekalnię, a co dopiero będzie w Nowym Yorku...
Grubasy i chudzielce, młodzi i starzy, z dziećmi i bez dzieci, Muzułmanie, Żydzi i inni, aż chciało by się powiedzieć - I MY.

Po kilkunastu minutach oczekiwania, zaproszono nas na pokład samolotu giganta. Wygodne siedzenia, jeśli siedzenia w samolocie można określić mianem wygodnych. Wbudowane telewizorki w poprzedzającym nasze fotele siedzeniu, koce, słuchawki, szybki instruktarz i lecimy.

Lot trwał około 7 godzin. Cały czas serwowane były przekąski, napoje, słodycze i inne. Nie trudno było głodować, a różnorodność podawanych posiłków była zadowalająca. Oglądnęłam kilka filmów, które prezentowane jako nowości, pokrywały się z tym co wyświetlane jest aktualnie na wielkim ekranie. Trochę spania, trochę nauki arabskiego, trochę słuchania radia, trochę gry w tetris i jakieś zgadywanki, trochę filmów, trochę seriali, trochę programów o podróżach i byłam na miejscu.

Lotnisko JFK, nie zrobiło na mnie żadnego wrażenia. Zwykłe, bardzo zwykłe, wręcz prze-zwykłe. Niezwykłe jednak stało się szybciej jak myślałam. Po odprawie paszportowo-wizowej, podeszliśmy pod taśmę, na której wolno przesuwały się bagaże nadane w Amsterdamie. Ku mojemu zaskoczeniu, przygoda trwała dalej. Moja rażąca walizka koloru pomarańczowego, jak akcja "bądź widoczny na drodze" a w tym przypadku, "bądź widoczny na taśmie bagażowej" - nie stanęła swoimi czterema maleńkimi kółeczkami na amerykańskiej ziemi. Nie tylko moja żarówa nie doleciała, ale wszystkie nasze bagaże. Mogłam zapomnieć o naładowaniu aparatu, ubraniu świeżyć pachnących ciuchów następnego dnia i uczesaniu blond kity. W bagażu podręcznym znajdowała się tylko książka, bilet lotniczy i okulary przeciwsłoneczne. Zestaw godny prawdziwego podróżnika.


Późnym wieczorem wyjechaliśmy z lotniska w poszukiwaniu noclegu na Manhattanie...

wtorek, 11 maja 2010

WYRZUTY SUMIENIA


Oj dzieje się, dzieje... Świat odkrywa przede mną nowe miejsca o których niebawem napiszę. Niesamowite przeżycia, widoki, których można pozazdrościć. Cudowne wspomnienia i jeszcze trochę Meksykańskiej opalenizny z pewnością sprawią, że pisanie będzie największą przyjemnością. 

Niebawem wyjazd do Egiptu - jak to się mówi za chlebem. Pisanie pracy magisterskiej powoli dobiega końca, ale zanim dobiegnie, napocę się jeszcze trochę. Życzę wszystkim miłego dnia i obiecuję się poprawić.

piątek, 25 grudnia 2009

NADCHODZI CZAS WIELKICH ZMIAN

Kochani, strasznie przepraszam, że przez tak długi czas, nie napisałam nawet jednej linijki. Zmiany przyszły bardzo spontanicznie i narobiły mętliku nie tylko w mojej głowie, życiu, obowiązkach ale i w zupełnie innych dziedzinach. Poznałam wiele ciekawych osób i zmierzyłam się z sytuacjami, które wpłynęły na postrzeganie tego co mnie otacza trochę inaczej, z większym dystansem i odrobiną refleksji.

Mam ochotę znowu gdzieś wyruszyć w nieznane. Przede mną ciężki okres. Pisanie pracy magisterskiej, egzaminy i szukanie pracy. Pomiędzy tym będę jeździć na łyżwach, chodzić na basen, kąpać się w pianie i pić wino. Nie można odmawiać sobie przecież przyjemności, które powodują, że jesteśmy uśmiechnięci i pełni energii.

Polubiłam na nowo Kraków, mam ochotę krążyć po jego urokliwych uliczkach i robić rzeczy, które do tej pory były odstawione na dalszy plan. Zaczynam żyć od nowa, jestem szczęśliwa i czuję się bosko. Nadrabiam zaległości książkowe i marzę... Bardzo to lubię. Po powrocie z Włoch, nie mogę przestać się uśmiechać. Świąteczna atmosfera sprawia, że nie potrafię się złościć- coś we mnie pękło, tylko Kasza wie co..i Ci co mnie dobrze znają...